niedziela, 17 lutego 2013

PIASTOWIE W KRĘGU DWORU CESARSKIEGO KONSEKWENCJE HISTORYCZNE




  Zanim tekst ten ukaże się w druku Polska będzie już pełnoprawnym członkiem NATO*, a więc ponownie związana z Zachodem. Korzystając z frazeologii parlamentarnej możemy sformułować pogląd, że geopolityczna reorientacja części sceny politycznej wywodzącej się z rodu piastowskiego związanej z kulturą Zachodu dokonała się w czasach Władysława III Wygnańca, Bolesława Wysokiego, jego syna Henryka Brodatego i potomka tegoż, Henryka Pobożnego. Był to pomyślny czas dla średniowiecznej Europy... . Minęło ponad siedemset lat. Ponowny związek z Zachodem poparła w znakomitej większości reprezentacja polskiego narodu w Sejmie. Zaskakującym wyjątkiem było siedmiu/!/ posłów, których poglądy ogłoszono w  mediach jako demonstrację politycznej niepoczytalności. Te aktualne wydarzenia stały się pretekstem do przedstawienia niezwykle ciekawych, ale i skomplikowanych duchowych losów pogranicza w XII i XIII wieku.
W obszarze cywilizacyjnym ukształtowanym przez ten czas, najczęściej poza nie pomyślnymi dla Polski działaniami, przyszło nam żyć z losu historii.
 Przestrzeń kulturowa stworzona przez Niemców i Polaków staje się wspólną przestrzenią  europejską. U jej podstaw legły działania polityczne i duchowość religijna. One ukształtowały jako niezwykle istotne czynniki wartość tych obszarów, ich indywidualność wytyczoną przez sztukę, urbanistykę i architekturę – dobra kultury o znaczeniu ponadregionalnym. Andrzej Tomaszewski pisząc o dziedzictwie kulturowym zachodnich i północnych ziem Polski stwierdza :
„... Wielkie style artystyczne średniowiecznej Europy – romanizm i gotyk – głosiły sztukę uniwersalną, ponadnarodową i ponadpaństwową, będącą wspólną własnością chrześcijańskiego Zachodu. Wielkie ośrodki tej Sztuki : Włochy, Francja, Niemcy – wspólnie ją tworzyły. Ruchliwość panów fundatorów i ruchliwość artystów, przemierzających kontynent bez pasz portów i wiz sprzyjała jednolitości sztuki”.
Kultura dworska cesarza Fryderyka Barbarossy i jego żony Beatrix z Burgundii wywierała wpływ na tę część Europy, której fragmentem istotnym było lubuskie pogranicze.
Badania wokół dziedzictwa kulturowego na Ziemiach Zachodnich wiążą się z działalnością śląskiego Piastowicza Bolesława I Wysokiego. Z jego dramatem politycznym i doniosłą rolą w zagospodarowaniu tych obszarów. Był synem zwierzchniego Księcia Polski Władysława III  Wygnańca i Agnieszki. Matka pochodziła z cesarskiego rodu Cesarza Henryka IV co decydowało o stosunku do władców niemieckich.
Bolesław  w wieku 20 lat był już doświadczonym administratorem i dyplomatą, co potwierdził w trudnych debatach pokojowych jakie toczono w Kłodzku w 1137 r. Przyniosły one kres waśniom toczonym między Polską Krzywoustego a Czechami. Ojciec Bolesława, Władysław miał ambicje polityczne podtrzymywane przez żonę, która pragnęła zostać królową Polski. Zakrawa to wręcz na paradoks biorąc pod uwagę jej stosunek do Polski. „Chętnie otaczała się Niemcami, wśród nich szukała zawsze towarzystwa i do wszystkich posług używała wyłącznie swych rodaków. Polaków lekceważyła, wyrażała się o nich z pogardą, że „są niechlujni i zawżdy cuchną „. Nie podobały się Jej polskie obyczaje i mowa, polski strój, polskie potrawy. Zygmunt Boras przytacza także rzekome słowa jakie małżonka kierowała do udręczonego Wygnańca „Asaż ojciec twój Bolesław umierając nie ustanowił cię panem nad wszystkimi braćmi? Asaż tobie jako pierworodnemu nie powierzył rządów państwa i ostatnią wolą nie przekazał aby Cię we wszystkim słuchano... . Odbierz zagarnione przez braci twoich dzielnice a oszczędź sobie i dzieciom swoim niesławy”.
W takiej atmosferze wzrastał Bolesław Wysoki szukając metody i drogi do zjednoczenia senioratu, który w 1138 ustanowił Krzywousty mianując Jego ojca, najstarszego syna /seniora/ pryncepsem. Przypomnijmy jeszcze, że okres ten rozpoczyna w dziejach Polski długotrwały okres wojen, gdzie przelewa się bratobójcza krew. Odwrotną stroną medalu jest fakt, że podziały wyzwoliły energię, ambicję przewodzenia, która musiała być poparta siłą i możliwościami ekonomicznymi. Szukano więc możnych sprzymierzeńców.
Wiwisekcja duchownych związków ze sprzymierzeńcami dobieranymi zazwyczaj spektakularnie, jest mało możliwa. Brała się ta potrzeba nie tylko z powodu wypełnienia „woli ojców” lecz z ambicji zrealizowania własnej, podejmowanej wręcz z nadludzkim wysiłkiem polityki. Ojciec Bolesława Wysokiego, Książe senioralny wygnany z ojcowizny, dziedzicznej prowincji Śląska, został przygarnięty przez przyrodniego brata swojej żony Agnieszki na dworze Króla Konrada III.
Tak więc dzieje pogranicza zadecydowały, że jego dzieci wychowywały się na samym szczycie, dworze królewskim i później cesarskim. Zwłaszcza Bolesław Wysoki notowany jest w literaturze przedmiotu, jako wierny druh i kompan wojennych wypraw Fryderyka Barbarossy. Jest nawet taki opis jak podczas wypraw do Italii popisał się swoją odwagą wyzywając do pojedynku jakiegoś mediolańczyka, „męża niezwykle silnego i bitnego”. Bolesław zrzucił go z konia, posługując się kopią, dobił leżącego mieczem i zdarł z trupa bogatą zbroję. Cesarz udzielił mu nagany za narażenie życia i pochwały za zwycięstwo.
Interesy polityczne Bolesława związane były z Fryderykiem. Od Jego siły militarnej, dobrej woli i interesu ekonomicznego zależał, ewentualnie, nawet tron w Polsce a nie tylko powrót na Śląsk.
Wszystko zależało także od właściwych sojuszy, które zawierał ojciec Bolesława i on sam. Zapewne dlatego zrodziła się koncepcja aby losy swojego rodu związać z potężnym bawarczykiem,
Bertoldem von Andechs, księciem Chorwacji, Dalmacji i Meranu. Bolesław Wysoki mierzył też wysoko. To był ród, z którego dwie córki Bertolda były małżonkami królów. Decyzja ta pozwalała mieć nadzieję, rychłego powrotu na ojcowiznę „gdyż wolał umrzeć niż dłużej znosić nędzę wygnańca” wyjaśnia kronikarz z XIV wieku, Piotr z Byczyny. Bertold swoją córkę przeznaczył do zakonu. Było oczywiste, że w przyszłości na stanowisko przeoryszy. Jednak zmienił zdanie i wyraził zgodę na jej związek z jednym spadkobiercą Bolesława, Henrykiem.
Ta rola przypadła Henrykowi po śmierci trzech synów Bolesława. Istniała szansa, że przez silny Śląsk Jadwiga zasiądzie na tronie królewskim w Krakowie. Decyzja jednak ostateczna leżała w rękach Boga. Tak zdawały się mówić tamte czasy, gdyż wszystko, co na ziemi przenikała głęboka religijność, intensywna, wręcz mistyczna. Zaczął się proces uniezależnienia Śląska a nade wszystko wielki wpływ sprzymierzeńców na tworzenie ze wschodnich rubieży Rzeszy niemieckiej obszaru na jej wzór i podobieństwo. Wielką rolę odegrały zakony, męskie, żeńskie i rycerskie. Szczególną estymą obdarzał Bolesław zakon cystersów czego dowodem są nadania dla tego zakonu w Lubiążu. Na miejscu Kościoła katolickiego, który rzekomo miał około roku 1050 wznieść Kazimierz Odnowiciel, osadził zakonników i w roku 1175 nadał im „na wieczne czasy rozległe dobra ziemskie, zarówno w bezpośrednim sąsiedztwie świątyni, jak i w innych okolicach Śląska”.
Zygmunt Boras zaznacza, że jest to najstarszy dokument tego typu na Śląsku. Książę, który nakazał zatrudniać przy budowie tylko rzemieślników Niemców, osiedleńcom pracującym na roli niezależnie od narodowości, gwarantował wolność „zobowiązującą do pełnienia posług i składania opłat jedynie opatowi”.
Ewa Maleczyńska charakteryzując te czasy pisze, że „jest to zupełnie wyraźna zorganizowana inwazja gospodarcza duchowych feudałów niemieckich na Śląsku”.
Bolesław Wysoki tak uzasadniał swoją decyzję: „skutkiem szybkiego biegu czasu dni żywota ludzkiego przemijają jak cień i znikają jak dym, roztropną zatem jest rzeczą zaradzić zbawieniu duszy, której życie, jak wiemy trwa wiecznie”.
Przed śmiercią zobowiązał Henryka, aby miejsce w którym zejdzie z tego świata przekazać cystersom z Lubiąża. Zmarł w Leśnicy niedaleko Wrocławia w grudniu 1201 r. Syn wykonał wiernie testament ojca przekazując cały bogaty okręg we władanie Opata zapewniając ojcu zbawienie wieczne. Warto w tym miejscu zacytować, dla szerszej perspektywy Teresę Wąsowicz. „Kościół w Polsce średniowiecznej szeroko sobie przyswajał wpływy Europy łacińskiej, dziedziczącej kulturę śródziemnomorską. Pośrednikiem w jej przyswajaniu był kler, początkowo obcy, później z przewagą polską. Spośród biskupów wrocławskich wiemy o kilku, że pochodzili z Włoch, Belgii, Francji i Niemiec, a już od XI w. znajdujemy wśród nich Polaków. Kanonicy wrocławscy w XII i XIII w. są w znacznej mierze pochodzenia miejscowego, związani z możnymi rodzinami śląskimi”.
 
Henryk z Jadwigą zawarli ślub około 1188 r. Taki, więc ponad dziesięć lat mógł młody małżonek korzystać z rad ojca przyjmując nawet, że ślub miał miejsce w roku 1190. Małżonkowie z dworskim orszakiem wyjechali do Legnicy, Głogowa i być może do Krosna.
Zamki w Legnicy, Głogowie i Krośnie zawierają ślady działalności budowlanej z czasów gdy zamieszkiwali w nich Jadwiga i Henryk. Ulubionym miejscem pobytu Henryka był właśnie Głogów. Przyjmuje się, że ród Piastów zbudował potęgę Śląska. Autor niniejszego opracowania pisał w 1972 roku „Na podstawie najnowszych opracowań, jak również badań archeologicznych, nie w całości zresztą publikowanych, należy przyjąć, że szczególnego znaczenia nabrały grody od VIII do połowy X wieku na Środkowym Nadodrzu. Powstały one jako grody wielkie, gęsto zabudowane i osiągały do tysiąca mieszkańców. W większości były to grody plemienne Lubuszan powstałe nad brzegiem Odry. Już przed X w. tkwiły w tych grodach zalążki przyszłych miast /np.Głogów, Krosno Odrz.../. Głogów, Lubusz czy Krosno liczyły zapewne wtedy po więcej niż tysiąc mieszkańców. W tych miastach rzemieślnicy pojawili się w X i XI w. Do połowy XIII w. teren Środkowego Nadodrza w całości leżał w granicach Polski Piastowskiej. Zachodnie pogranicze przekraczało albo opierało się o Odrę”.
Powyższy cytat jest pretekstem, aby ponownie powtórzyć, że nie były to pustacie, które dotknęła dopiero cywilizacja wraz z niemieckimi osadnikami. Zagospodarowanie na szeroką skalę nastąpiło w czasach Henryka i Jadwigi i nie ma szans ani potrzeby kruszyć kopii podejmując inne stanowisko w tych sprawach.
„Owa szeroka przestrzeń, która oddzielała Polskę od zachodnich sąsiadów, gwałtownie malała. Wczesnofeudalny pas graniczny stopniowo zmienił się w wąski przesmyk, upodabniał się do granicy typu linearnego” pisał o tych czasach autor tego opracowania. Zapewne też powstała nowa sieć drożna łącząc liczne wsie, które powstały z inicjatywy i nadania pary książęcej. Reformowano także ustrój miejski, zakładano nowe ośrodki. To wszystko otoczone było ludźmi posługującymi się obcym językiem.
Autochtoni zostali poddani ciężkiej próbie wraz z napływem osadników z przeludnionego zachodu. Porządkowanie urbanistyczne polegało zazwyczaj na rozbudowie istniejącego ośrodka. Ludność rodzima najczęściej pozostawała na miejscu dawnego zamieszkania. Świadczą o tym chyże stanowiące osobne jednostki administracyjne. Głoszone poglądy, że rugowano pierwotnych mieszkańców nie wytrzymują dzisiaj krytyki. Raziły też wywody niedoceniające ludności, która z pokolenia na pokolenie tutaj zamieszkiwała. Historia obsługująca cele polityczne jednostronnie naświetlała te procesy. Nazwano je kolonizacją niemiecką. Nie należy sądzić, że negatywna konotacja zostanie przezwyciężona czytając tekst Renaty Schumann z roku 1993. „Zasiedlanie części Europy wschodniej przez Niemców w XIII wieku, sięgające aż po rdzenne obszary Polski i dalej aż na Bałkany, uchodzi w dziejach za jeden z najważniejszych procesów cywilizacyjnych na naszym kontynencie. Jak na pasie transmisyjnym przenosili emigranci niemieccy swoją rzymsko-chrześcijańską spuściznę kulturalną na słowiński wschód...”.
Istnieje zgodny pogląd historiografii niemieckiej i polskiej, że za czasów Henryka Brodatego rozwinęło się pogranicze lubuskie i że był to proces pokojowy. Zresztą trudno, aby był inny gdy każde ręce do pracy były jednakowo cenione. Władza pozostała w rękach możnych. Życie duchowe organizowały kościoły, które powstawały w nowych wsiach gdzie ziemię pozyskiwano karczując lasy. Świadczą o tym nazwy nowo powstałych siedzib jak również wsi znacznie wcześniejszych, których topografia miejsca wskazuje na genezę ich powstania. Liczne Dąbia, Laski, Dąbrowy, są tego przykładem. Kompetentnie pisze na ten temat w swym artykule Stanisław Kowalski. Kościoły składające się tylko z nawy i prezbiterium były budowlami prostymi. Z polnego kamienia i rudy bagiennej trudno było uczynić środek artystycznego wyrazu. Zachwycają jednak proporcjami i lokalizacją. Najważniejsze, że były jedynym autorytetem moralnym, surowo przestrzegającym prawd wiary. W Krośnie Odrzańskim w czasach Brodatego powstał w mieście klasztor dominikanów, którego mnich otrzymał pełnomocnictwo głównego, pierwszego inkwizytora na Śląsku. Pełnomocnictwa udzielił osobiście papież Benedykt XIII.
Księżna Jadwiga całym swoim życiem poświadczała głęboki związek z nauką kościelną i wiarą przekraczając wymogi duchowieństwa w zakresie umartwiania się i postów.
Nie sposób jednak nie powiedzieć, że dla Kościoła była wzorem doskonałym. Warto przyjrzeć się bliżej życiu którego przesłanie jest nadal aktualne. W dniach pielgrzymek do kraju Jan Paweł II dwukrotnie przywoływał na pamięć św. Jadwigę Śląska i śmierć jej syna poniesioną na pograniczu.
W hagiografii Jadwigi  „Legenda maior de beata Hedwigi” czytamy, że wyszła za Piasta ulegając raczej woli ojca niż własnej skłonności jako dziecko, mając dwanaście lat. Tak więc wyjeżdżała na Śląsk w naszym mniemaniu dziewczynka. Nie wiemy dokładnie kiedy i gdzie urodził się Jej małżonek. Przyjmuje się, że Henryk był od niej starszy osiem względnie dziesięć lat. Dwudziestoletni młodzieniec w tamtych czasach to dojrzały mężczyzna. Wiemy jednak, że ten mąż zaprawiony w rzemiośle wojennym nie był piśmienny. Analfabetyzm wówczas też był normą. Jadwiga „femina litterta” uczyła go poprawnie pisać i czytać. Imponowała chyba Henrykowi, ale czy od pierwszego wejrzenia począł ją miłować?. Kiedy też uprosił jej miłość, czy w dniu ślubu czy już wcześniej?. Zygmunt Boras pisze, „Jadwiga po prostu podobała się Henrykowi i to przez całe życie. Miłość małżonków była wzajemna o czym zaświadcza sama Jadwiga mówiąc, że Henryk był tym, który największą miłość jej posiadał...”. Litować się tedy powinniśmy nad losem Henryka, nieboraka bardzo miłującego, odstawionego od małżeńskiej łożnicy. Najpierw obdarzyła go licznym potomstwem, potem oddana macierzyństwu utraciła potrzebę kontaktu
z mężem do tego stopnia, że postanowiła zamknąć za sobą furtę klasztorną. Zrobiła to w sposób zadziwiająco konsekwentny, tak, że nawet w czasie konania Henryka, nie była przy nim obecna. Już wcześniej nie wchodziła do Jego komnaty bez świadków, zawsze w otoczeniu dwórek aby nie zgrzeszyć wobec ślubów czystości na które się zdecydowała po sześciokrotnym porodzie. Los
bezlitośnie zabierał jej owoce miłości. Pierworodny syn zmarł krótko po urodzeniu. Córki, Zofię i Agnieszkę Bóg także „powołał do grona aniołów”. Dopiero Konrad, czwarte dziecko osiągnęło dojrzałość. Po nim był Henryk znany jako Pobożny, którego dramatyczny los utwierdził Jadwigę w potrzebie przebłagania Boga za grzechy własne i cudze. Była jeszcze córka Gertruda która jako ksieni klasztoru w Trzebnicy pochwalała religijne gesty matki.
Lokalni kronikarze pełni dumy piszą, że klasztor franciszkanów w Krośnie ufundowała św. Jadwiga w 1221 r. „w obrębie osiedla słowiańskiego”. Mało tego, dodają ponadto, że osobiście przybył do miasta na jej zaproszenie św. Franciszek. Miał być świadkiem powstania najstarszego klasztoru na Śląsku, później podporządkowany klasztorowi w Złotoryi, który powstał dwa lata po krośnieńskim. Mnisi z Krosna udawali się do klasztorów : w Budziszynie /1240/, Gorlic /1245/, Lubonia /1248/, Żytawy /1260/, Lwówka /1274/, Żagania i Legnicy /1294/, Żar /1299/, że ograniczymy się tylko do XIII w. Franciszkanie, pauperes christi uważali, że ubóstwo jest cnotą gwarantującą zbawienie. Engelbert Franciszkanin, fanatyczny mistyk był spowiednikiem Jadwigi a potem autorem kompilacji o jej życiu. Lecz to nie wyjaśnia złożoności powodów i intencji. Może tego wymagała epoka i właśnie to wielkie poświęcenie było wkalkulowane w politykę księcia
i jego dalekowzrocznej małżonki. Kto to wie? Jest faktem, że dziełem o wielkim znaczeniu gospodarczym i społecznym młodych dopiero co poślubionych małżonków był plan budowy klasztoru
żeńskiego w Trzebnicy. U progu XIII wieku /1202/ za aprobatą Papieża, co było aktem doniosłym, zakonnice wprowadziły się do tymczasowego konwentu. „Legenda” donosi, że „Radą i prośbą nakłoniła małżonka do ufundowania  z własnych środków klasztoru cystersek”. Posag Jadwigi wynosił 30 tysięcy grzywien i został przeznaczony na ten cel. Powtórzmy za Renatą Schumann „Klasztor żeński miał służyć dobru ogółu, pogłębić proces chrystianizacji niedawno ochrzczonego kraju oraz szerzyć kulturę chrześcijańską. Ponadto klasztor był schroniskiem dla kobiet niezamężnych. Zakonnice uczyły liczne wychowanice klasztorne i miały opiekować się chorymi. Do klasztoru trzebnickiego przyjmowano zarówno szlachcianki jak i mieszczanki /co nie było w owych czasach rzeczą oczywistą/ oraz zarówno Niemki jaki Słowianki. Trzebnica była pierwszym klasztorem na obszarze wschodnim. Stąd wywodziły się wkrótce dalsze fundacje klasztorne”.
Źródła potwierdzają, że Henryk za namową żony ofiarował klasztorowi dobra ziemskie w postaci rozlicznych wsi z ich czynszami i dochodami, „które starczyłyby dla wyżywienia tysiąca osób”.
W Trzebnicy istniała już w połowie XII w. doskonale zorganizowana włość książęca obejmująca kilka sąsiednich wsi, przekazana fundowanemu wówczas klasztorowi przez Henryka Brodatego ...” pisze Karol Maleczyński. Wzniesiono też kościół pod wezwaniem św. Bartłomieja Apostoła.. Budowla w roku 1219 została uroczyście poświęcona. Ważny to obiekt chociażby z tego powodu, że nie kryty był gontem a płytkami z ołowiu. Powtarza się opinia, że Jadwiga była wyjątkowo zaangażowana w prace budowlane w Trzebnicy. Wyjednać nawet miała u małżonka, aby do trudnych prac fizycznych przeznaczył skazańców, którzy miast „płacić szyją” mogliby się wykupić wysiłkiem i skruchą przy wznoszeniu domu bożego. „Każdy grzesznik mógł  lżejszą lub  cięższą pracą przy budowie odpokutować”.
A i wybór miejsca na klasztor poświadcza dramatyczna legenda związana z życiorysem księcia. Książę tonął w bagnie. Było to podczas  polowania. Pozostał sam jako, że się zbytnio oddalił od towarzyszy, tropiąc zwierza. Uczynił wówczas ślub, że o ile Bóg rękę mu poda przeto on zbuduje w tym miejscu klasztor. Stało się to jedynie dlatego, że małżonka nie zapomniała o ślubach męża czego nie można powiedzieć o niewdzięczniku. Nalegania żony dały jednak rezultat. Księżna wiele spraw rozwiązała dla dobra kościoła gdyż „Henryk w tych sprawach nie chciał się z ukochaną żoną spierać”. Z trudem znosił Jej łzy i błagania lecz był już zupełnie bezsilny gdy padała przed nim na kolana. W ten sposób wymogła też na mężu zgodę na wstrzemięźliwość i to bezwzględną na przeszło dwadzieścia lat. Książę z pobudek religijnych i zapewne z żalu wyciął sobie tonsurę mniszą i zapuścił brodę. Jadwiga utraciła zapewne wiarę w sens życia doczesnego przez liczne nieszczęścia, które ją dotknęły a co spowiednik zinterpretował  jako karę za grzechy.
Młodsza siostra Jadwigi Agnieszka zwiedziona grzeszną miłością króla Francji Filipa II Augusta wyszła za niego za mąż. Okazał się jednakże bigamistą i Papież Innocenty III nie uznał tego związku a wręcz przeciwnie uznał ją za grzeszną nałożnicę przez co umarła ze zgryzoty wyrzucona poza  nawias życia dworskiego. Druga jej siostra Gertruda poślubiła króla Węgierskiego Andrzeja II. W wyniku intryg została rozsiekana szablami. Bracia Jadwigi, Henryk i Ekbert, późniejszy biskup Bambergu, zostali wplątani w spisek Ottona Wittelsbacha, królobójcy Filipa szwabskiego. Otton poniósł za swój czyn straszliwą śmierć. Bracia, których wina była dyskusyjna, skazano jednak na banicję. Skonfiskowano także majątek rodowy. Gdy w końcu ich uniewinniono zamek był już zburzony a dobra ziemskie nie do odzyskania. Jakby tego było mało, doświadczyła jeszcze zgryzoty z powodu waśni swoich synów Konrada i Henryka, co doprowadziło do bratobójczej walki. Rodzicom nie udało się pogodzić braci.  Polała się krew na polach w pobliżu Legnicy. Konrad poniósł klęskę a wkrótce potem podczas polowania spadł z konia i poniósł śmierć na miejscu. Te ponure doświadczenia i niemożność ich uniknięcia spowodowały coraz głębszą ucieczkę w ascezę graniczącą z sadyzmem w odniesieniu do siebie i najbliższego otoczenia. Jadwiga chodziła w habicie mniszki, umartwiała się postami, ćwiczyła do krwi ciało, spała na twardym łożu. Lubowała się wręcz  w wynajdywaniu metod i sposobów aby degradować ciało. Nawet duchowni w najbliższym otoczeniu byli bezradni. Gdy brodziła w śniegu boso, nakazali, w imię Jezusa, aby nosiła obuwie. Okazała się posłuszną i buty przewiesiła przez ramię. Powtarzano rymowaną złośliwą fraszkę na jej temat : - Una missa non est contenta ducissa /jedna msza nie zadowoli księżnej/.
Wiele goryczy doznała od niej synowa Anna z Przemyślidów jakby nie było z rodu królewskiego. Anna żona Henryka prawdopodobnie czynnie zapracowała na Jego przydomek, gdy pod namową zdziwaczałej świekry zmuszała męża do długotrwałych postów seksualnych. On także dyscypliną smagał skórę na plecach i lędźwiach po to aby „żądze płynące z podszeptów szatana” poprzez ból i krew nie miały do niego dostępu. Umartwianie księcia bywało tematem anegdot, którymi w sposób nie wybredny syciło się pospólstwo określając go pobożnym.
Dziwactwo teściowej Anny przedstawione zostało nawet na ilustracji „Legendy” o św. Jadwidze, wielokroć opisywaną sceną kąpieli Bolesława Rogatki. Świadkami kąpieli są cztery osoby – staruchy którym Jadwiga obmyła nogi i w tej samej wodzie kąpie swego wnuka, syna Anny. Anna zakrywa twarz  rękoma nie chcąc świadkować tej scenie pokory. Z czasem jednak Anna dała się zdominować przez władczą teściową a swoją religijnością zasłużyła sobie nawet na łaskę błogosławionej.
Jadwiga o mało a zrealizowałaby swój program wychowawczy tak do synowej jak i wnuków. Trzy wnuczki przeznaczyła do klasztoru w Trzebnicy lecz tylko jedna dała pełną satysfakcję babci. Drugą ocaliła choroba, kolejną bez pokory mimo kąpieli w cebrzyku, wykradł z klasztoru jej brat, pasażer wyjątkowych podróży historycznych, niesforny od najwcześniejszych lat i mimo wszystko podziwiany przez badaczy, Bolesław Rogatka. Wykradł i wydał za Księcia Wielkopolski Przemysława I. Trzeba uczciwie powiedzieć, że brat wykradł obie siostry. Agnieszka jednak wróciła i po latach została przełożoną zgromadzenia. Wnukowie także się nie spisali. Rogatka hardy i zuchwały nazwany księciem Wagabundą „przyjmował z otoczenia wszystko co najgorsze”. Aż strach pomyśleć, że to brud z kąpieli oszpecił jego duszę. Trudno się dziwić, że nie zmuszono go aby czuł powołanie. Dwóch Jego braci babcia wysłała na studia do Paryża i Padwy. Władysław został biskupem Salzburga. Konrad był proboszczem głogowskim a gdy został biskupem zrzucił sukienkę i ożenił się z piękną Salomeą, córką Księcia Władysława Odonicza z Wielkopolski. Nie sposób dzisiaj dojść czy to uczucie czy nade wszystko konieczność polityczna. Duchowość św. Jadwigi skazała na osamotnienie Jej męża. „Głębokie uczucie do niej, a może również głęboka religijność sprawiły, że i książę wytrwał w swym ślubie czystości.... . Żył jak mnich i tylko gdy był bardzo rozżalony na świat i ludzi, sprowadzał sobie chłopa spod Henrykowa nazwiskiem Kwiatek, który jak nikt inny umiał bawić Księcia wesołymi, a niekiedy bardzo sprośnymi anegdotami”. Koniec doczesnej drogi spustoszonej przez brak miłości pogłębia śmierć księcia. Dopadła go w krośnieńskim zamku. Tam „Henryk złożony został nagle ciężką niemocą... . Jadwiga mimo wielokrotnych próśb męża, nie pospieszyła z odwiedzinami... . Gdy po kilku dniach poczuł się gorzej przyjął sakrament”... . Zmarł 19 marca 1238 r.
Może usprawiedliwi ocenę zachowania Jadwigi informacja, że z Jej małżonka aż po śmierć nie została zdjęta klątwa biskupia, która  w czasach średniowiecza działała jak trąd, jak dżuma zaraźna. „... Wiadomo zaś, że chodziło tu nie o sprawy religii, lecz polityki i dochodów...” – umarł obłożony interdyktem książę ...”który tak wiele zdziałał dla dobra Kościoła, dzięki któremu powstała Trzebnica, Henryków, Kamieniec, zakon augustianów na Piasku we Wrocławiu, Nowogród Bobrzański i wiele innych...  który zdołał zjednoczyć w swym ręku obszerne terytorium dawnej monarchii Piastów, ciągnące się od Nysy Łużyckiej i Odry aż po Nidę i Dunajec a nawet Sam i Wieprz...” ubolewa nad niegodziwością tamtych czasów i ze współczuciem odnosi się do ostatnich dni życia księcia Zygmunt Boras.
„... Jadwiga silna osobowość, we wszystkim rządziła się mądrością... . Nie można było Jej się przeciwstawić” twierdzi Irena Schumann... . „Pełen rozsądku i umiaru, miał na względzie przede wszystkim dobro swego Księstwa. Wobec swoich poddanych starał się być sprawiedliwym...” pisze o Henryku Zygmunt Boras.
„... W otoczeniu Jadwigi nie było sporów ani intryg. Księżna miała szczególny dar łagodzenia  konfliktów i jednocześnie wygrywania spraw spornych...” opisuje księżną Irena Schumann. Natomaiast Teresa Wąsowicz widzi „Nieprzeciętność postaci księżnej Jadwigi ... w jej zdecydowanej linii postępowania, dążenia do swoistego ideału świętości z zachowaniem wszystkich uprawnień księżnej panującej, w braku jakiejkolwiek rezygnacji w ingerencję wszystkich spraw męża, synów, w politykę kościelną, jak również i państwową...”.
Miłość Jadwigi i Henryka, ich współżycie małżeńskie to tajemnica motywów i niezwykłości poczynań ludzi zanurzonych w cienie średniowiecza. To z tamtego czasu wywodzi się nasza intensywność duchowa, modyfikowana przez kościół, reformowana przez filozofów, szerząca się siłą nieokiełznaną, przenikającą całe życie obyczajowe.
Czy na ironię historii nie zakrawa fakt że dopiero po 761 latach po śmierci Henryka Brodatego   dotyka go duchowa pociecha wypowiedziana tu i teraz przez prefekta watykańskiej Kongregacji Doktryny Wiary Kardynała Josepha Ratzingera, że... „Kościół... nie przestaje kochać swoich synów i swoich córek w trudnych sytuacjach małżeńskich i w konsekwencji nie powinni oni tracić nadziei na zbawienie wieczne”...
To małżeństwo zrodzone z politycznej potrzeby przeszło nie tylko do historii i literatury. W powszechnej świadomości odegrało rolę symboliczną na zgodę i akceptację małżeńskiego cierpienia. Stało się także dowodem na świętość, którą można osiągnąć poprzez dramat ludzkiego losu. Jadwidze „nic nie zostało oszczędzone żaden ból. Na dwa lata przed Jej śmiercią – zmarła w październiku 1243 r. – na Śląsk napadli Tatarzy. Syn Jadwigi, Henryk stanął pod Legnicą do walki z hordami najeźdźców uchodzącymi za niezwyciężone”.
Podaje Renata Schumann, że „jego wojska były dziesięciokrotnie słabsze liczebnie”. Jadwiga wraz z mniszkami z Trzebnicy ukryły się w tym czasie w zamku krośnieńskim. W przypływie mistycznej iluminacji przewidziała okaleczenie ciała swojego syna po śmierci.
Kronikarz Gustaw Adolf Mathias wspomina, że z wieży zamkowej zobaczyła go jak na spienionym koniu, jako rycerz bez głowy, spieszył aby matce donieść o klęsce. Wcześniej jeszcze w Trzebnicy w jego intencji poleciła modły słowami „Módl się za mego syna, gdyż jemu nie będzie dane zejść w łożu z tego świata”.
Grażyna Humeńczuk w opracowaniu – Aktualizacja bitwy legnickiej /1241/ pisze „Fenomen bitwy legnickiej polega na narosłej wokół niej tradycji kulturowej. Jest wiele przyczyn tego zjawiska. Niewątpliwie należą do nich: egzotyczny przeciwnik reprezentujący odmienny sposób wojowania i kulturę, miejsce bitwy czyli Śląsk, dzielnica o skomplikowanej historii, okres historyczny, średniowiecze zdominowane przez chrześcijańską wizję świata. Już sama nazwa „Tatarzy” implikowała wartościowanie, bowiem wskazywała na ich piekielne pochodzenie /Tartarus – piekło/.
„Napastnicy przybyli w celu zgładzenia chrześcijańskiego świata”... . Grażyna Humeńczuk w  sposób  ciekawy i ze znawstwem, prowadzi nas przez politykę, dyplomacje i manipulacje tym wydarzeniem, którego rola stale jest aktualna, od czasów średniowiecza aż po czasy nam współczesne. Doniosłość wydarzenia i jego ranga była dyktowana aktualną potrzebą, nobilitacją i usprawiedliwieniem praktyki politycznej. Bitwa pod Legnicą, czyn rycerskich elit europejskich preparowana jeszcze długo po 1241 roku, to także legenda kształtująca świadomość prostaczków, to wreszcie rozpasane wizje polityków i wodzów, którzy poprzez skojarzenia wydarzeń historycznych tworzyli karkołomne schematy na aktualny użytek. Postępowanie Henryka przed śmiercią stało się także wzorem obowiązującym w małżeństwie. Otóż obawiając się o przyszłość Anny w roku 1239 a więc na dwa lata przed śmiercią wydał dokument mocą którego do niej należały dochody z wrocławskich sukiennic oraz „wiele posiadłości i czynszów w różnych miejscowościach, które jednak pobożna niewiasta po śmierci męża rozdała Kościołowi na cele dobroczynne”. O ile przyjmiemy za prawdę liczebność wojska „dziesięciokrotnie słabsze” i wiedzę o tym fakcie to słowa Pobożnego kierowane do rycerstwa są wręcz złowieszcze , że „większej wagi i główniejsze było takie zwycięstwo, gdzie przez śmierć pozyskiwało się tryumf ducha, że prawdziwszy to tryumf, trwalszą zapewniający chwałę jemu samemu i rycerstwu jego, gdy za wiarę i religię chrześcijańską szczęśliwie polegnie, niż gdyby po otrzymanym zwycięstwie zachowali się przy życiu a splamili jaką niesławą”. Te słowa i ta śmierć to także waga hagiografii św. Jadwigi. Powracając do Grażyny Humeńczuk, przytaczam za  Autorką „W XIX w. edukacja historyczna Polaków była narzędziem o narodowe wyzwolenie... . Do arsenału historii sięgała zarówno literatura, jak i sztuki piękne... . Przesłanie dzieł Matejki i Wyspiańskiego nawiązywało do ówczesnego położenia zniewolonego kraju. Śmierć Księcia Henryka II interpretowano jako ofiarę chrześcijańską, pozwalającą żywić nadzieję na zmartwychwstanie, odrodzenie narodu polskiego”. „Sakra bitwy legnickiej użyta została /także/ dla podniesienia chwały pruskiego oręża” i nie tylko. W 1941 padła Jugosławia i Grecja. W Legnicy na uroczystej, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, akademii zorganizowanej z inicjatywy NSDAP Gauleiter tego obszaru „Na postawione przez siebie pytanie... /o naukę płynącą z bitwy legnickiej/ udzielił odpowiedzi z której wynikało, że konieczne będą ostateczne rozstrzygnięcia na wschodzie”... . To była konieczność gdy odkryto przez niemieckich humanistów pokrewieństwo narodów słowiańskich z Tatarami. Autorka przytacza liczne przykłady argumentacji służącej rozpalaniu nienawiści i mobilizujących do czynu zbrojnego. Już wcześniej podczas wojen religijnych bitwa legnicka mobilizowała przeciwko Tatarom, Turkom i husytom, później przeciwko Polakom, Serbom i bolszewikom. Po 1945 roku wreszcie i my możemy się dowiedzieć, że to dzięki Henrykowi stał się możliwy nasz powrót na Ziemie Odzyskane. Przecież to piastowska dziedzina Bolesława Wysokiego, Henryka Brodatego potwierdzona okrutną śmiercią Henryka Pobożnego dająca szczególne przywileje nam z piastowskich korzeni mieszkańcom Śląska, spadkobiercom kultury o której historiografia polska mówi, że była ona „czołem cywilizacji polskiej”.
Poprzedzając 750 rocznicę bitwy, Muzeum Miedzi w Legnicy zorganizowało konkurs na współczesne wyobrażenie tego wydarzenia przez artystów różnych dyscyplin. Pozyskano dzieło realistyczne  i awangardowe. Ich rangę wysoko oceniono na wystawie pokonkursowej. Nie sposób dzisiaj przecenić doniosłości tego wydarzenia, którego wartość artystyczną ostatecznie oceni czas. Taki jest los sztuki. W roku 1991 w Legnicy także z inicjatywy Muzeum odbyła się sesja historyczna. Podsumował jej obrady J. Strzelczyk pozytywnie oceniając aktualną i merytoryczną wartość obrad jako że „stał się możliwy prawdziwy dialog nauki polskiej i niemieckiej”. Grażyna Humeńczuk dodaje, że „dotyczy to także sfery polityki oraz wzajemnych kontaktów między obywatelami obu narodów. Jest to chyba najważniejsze wezwanie dla aktualnych czasów. O ile w sferze polityki można mieć nadzieję, że przywódcy obu narodów od spotkania Helmuta Kohla i Tadeusza Mazowieckiego w Krzyżowej stają się prawie zażyłe to wiele jeszcze wody upłynie zanim dotyczy to „obywateli obu narodów”.
Polskie doświadczenia z praktyki politycznej z Niemcami są dramatyczne. Ocena wypracowana w czasie pokoju o naszej pracy i kulturze w oczach Niemców urosła wręcz do rangi negatywnego symbolu. Helga Hirsch korzystając z badań świadomości społecznej przez  Emnid – Institut ustaliła, że 87%. Niemców uważa Polaków „gorszych nawet od Rosjan i Turków”. /Śmiechu warte. „Wprost” nr 10. 7. 1999/.  Stereotypowe wyobrażenia mają długi żywot.
W lutym bieżącego roku /1999/ Andrzej Kwilecki w Muzeum Lubuskim w Zielonej Górze wygłosił wykład o kształtowaniu się losów pogranicza i pojęciu tego określenia na przestrzeni historii. Autor zaproponował nowy termin w odniesieniu do czasów najnowszych – międzgranicze. Pogranicze to obszar dzielący Niemców i Polaków. Międzygranicze nie powinno dzielić a wręcz określać przyjazne stosunki między obu narodami.
Pokojowa polityka gospodarcza Henryka i Jadwigi przyczyniła się w sposób doniosły do zagospodarowania całego wielkiego obszaru nadodrzańskiego w okresie średniowiecza. Być może dopiero teraz przyszedł czas na skuteczny finał starań o współżycie europejskich sąsiedzkich narodów. Osadnicy z całej zachodniej Europy zasiedlali ją a siła duchowa ich jednoczyła. Jadwiga z rodu niemieckiego została kanonizowana w 1267, w 1978 roku stała się patronką Dnia Wyboru Polaka na Ojca Świętego. Oby modły przy jej grobowcu w Trzebnicy do którego pielgrzymują zarówno Niemcy i Polacy stały się po wsze czasy jedynie miejscem kontemplacji. Stan ducha obu narodów jest bowiem najważniejszy. Konfesja Świętej Jadwigi stworzyła szansę aby międzygranicze lubuskie, jak niegdyś w odległej przeszłości tak i dzisiaj odegrało kluczową rolę w porozumieniu z kulturą i cywilizacją współczesnego Zachodu. Człowiek bez transcendencji jest czymś małym. Musi się wznieść na poziom obywatela Europy porzucając mentalność lokalnego mieszczanina z jego stereotypami stworzonymi przez nacjonalizm. Dotyczy to zarówno Niemców jak i Polaków.           

Zielona Góra wrzesień-październik 1989


Bibliografia
Z. Boras.                               Książęta Piastowscy Śląska. Wydawnictwo „Śląsk”. Wydanie drugie poprawione i uzupełnione. Katowice 1978

G. Humeńczuk.                    Aktualizacja bitwy legnickiej /1241/, w: Wokół niemieckiego dziedzictw
kulturowego na ziemiach Zachodnich i Północnych. Wydawnictwo Instytutu
Zachodniego. Poznań 1997.

S. Kowalski.                         Zabytki Środkowego Nadodrza.  Lubuskie Towarzystwo Naukowe, Zielona Góra 1972.

K. Malczyński.                     Z dziejów wsi śląskiej w okresie przed kolonizacją na prawie niemieckim,
w: Szkice z dziejów Śląska. Książka i Wiedza. Warszawa 1955 r.

E. Maleczyński.                    Próby odbudowy  Państwowości polskiej w oparciu o Śląsk w XIII., w: Szkice z dziejów Śląska. Książka i Wiedza, Warszawa 1955.

J .Muszyński                         Krosno Odrzańskie. Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa
– Poznań 1972.

A. Tomaszewski.  Polityczne granice europejskich dóbr Kultury, w: Ochrona Dziedzictwa Kulturowego Zachodnich i Północnych Ziem Polski. Stowarzyszenie Konserwatorów Zabytków. Polski Komitet Narodowy ICOMOS, Warszawa 1995 r.

R. Schumann.                       Święta dwu narodów. Forum. Nr 45.7.X.1993 r.

T. Wąsowicz.        Legenda Śląska. Wrocław – Warszawa – Kraków, Zakład Narodowy imieniem Ossolińskich,  wyd. Polskiej Akademii Nauk 1967.

B. Zientara.                           Henryk Brodaty i jego czasy. Warszawa 1975.






*  POLSKA W  NATO
W dniu 12 marca 1999 około godz. 19:15 w mieście Indenpendence /Niepodległość/ 50 km. na południowy wschód od Kansas City w stanie Missouri szef polskiej dyplomacji Bronisław Geremek przekazał protokół ratyfikacyjny przystąpienia Polski do Sojuszu amerykańskiej sekretarz stanu Madeleine Albright. O przekazaniu dokumentu został poinformowany sekretarz generalny NATO Javier Solana. Nasz protokół spoczął
w Archiwum Narodowym w Waszyngtonie obok protokołów 19 członków tej organizacji.


               

ŚLĄSK LUBUSKI – NASZ WSPÓLNY DOM




          Płodne w wiele zjawisk społecznych i politycznych całe obszary w Europie nazywane pograniczem stanowiły także pretekst do określania historycznej przynależności mającej usprawiedliwić aspiracje czy konkretne działania na rzecz samookreślenia i suwerenności. Dyskusja nad nazwą Ziemia Lubuska w latach pięćdziesiątych toczyła się w atmosferze „prawdomówności” historycznej. Jednak „Ziemia Dziadoszan” się nie przyjęła mimo zacietrzewienia niektórych regionalistów powołujących się na uzasadnienia plemienne, dające prawo do określania etosu mieszkańców z jego odrębnością.
         „Studia nad początkami i rozplanowaniem miast nad środkową Wartą i dolną Odrą” (tom I rok 1967, tom II rok 1970) pod redakcją znakomitych znawców problemów pogranicza z Instytutu Zachodniego w Poznaniu Zdzisława Kaczmarczyka i Andrzeja Wędzkiego obejmowały obszar Ziemi Lubuskiej, Nowej Marchii, Wielkopolski, Dolnego Śląska i Dolnych Łużyc. Obszar ten nazwano potocznie Ziemią Lubuską lub zamiennie Środkowym Nadodrzem, co nie było uzasadnione ani historycznie, ani geograficznie. Obie nazwy jednakże istnieją w świadomości społecznej i historia polityczna je zaakceptowała przedkładając proces integracyjny nad historię i geografię.
         Powszechnie wiadomo, iż poznańscy uczeni odkurzyli pergaminy i z cienia przeszłości wywołali nazwę, która w 1945 r. miała się Niemcom jednoznacznie kojarzyć jako reakcja na ich imperialne zakusy. Gród Lubusz dający przymiotnikowa nazwę dla całego pogranicznego obszaru w środkowym biegu Odry, leżący po niemieckiej stronie odrzańskiej miał wpisane w swoje dzieje stały opór przed zakusami Niemców. Dzisiaj musimy sobie uświadomić, że nazwa przyjęła się w czasie, gdy nie było jeszcze za Odrą „naszych przyjaciół” z NRD. Byli tam Niemcy, którzy spopielili Warszawę, a nad Polską unosiły się jeszcze dymy obozów koncentracyjnych.
         Nie kwestionując potrzeby takiej pamięci trzeba sobie uświadomić, że po II wojnie nie tylko doszło do niespotykanej w skali Europy wędrówki ludów, ale o bardziej istotne, do przesunięcia granic państwowych. Niemcy zabierając w miarę możliwości dobytek ruchomy, w tym archiwalia nie zabrali nazw historycznych z obszarów, które od wieków zagospodarowywali. Archiwalia są związane z ziemią na której powstały i narodowością, która je wytworzyła. A więc nie mamy do czynienia z mocą dokumentów, które ustaliły raz na zawsze nazwy dla tych obszarów. Polska społeczność od prawie 50 lat tworzy dokumentację tych ziem, tworzy je także na obszarach, które z mocy historii utraciły w nazwach swój historyczny sens i mocą historii tworzy na nowo określony ład polityczno – społeczny. Andrzej Toczewski poprzez nazwę Śląsk Lubuski powołuje się na dziedzictwo cywilizacyjne polskich ziem zachodnich, starając się rozróżnić urbanistykę i formy architektury dla obszarów, które ją określają akcentując równocześnie ich specyfikę i rozwój. A więc uwzględniając dawny zapis archiwalny zaznacza przede wszystkim aktualne różnice w kulturowym zagospodarowywaniu, gdzie Zielona Góra wraz ze swoim awansem w każdej dziedzinie może być tego wręcz symbolicznym centralnym wyznacznikiem, desygnowana na stolicę jako część Śląska zawsze naturalnie związanego z Polską. Nie sądzę, aby określenie Śląsk Lubuski spotkało się z wrogością. Jestem przekonany, że Andrzej Toczewski lansujący tę swoją serdeczną nazwę, po konsultacji z grupą miarodajnych naukowców zakreśli dokładnie obszar geograficzny dla tego naszego domu. Nazwę już uzasadnił historycznie, teraz czeka go jeszcze trud wydzielenia z topografii szeroko pojętego Środkowego Nadodrza granic geograficznych tego obszaru.
         W roku 2000 na Zjeździe Wypędzonych (BdV)  w Berlinie kanclerz Gerhard Schroeder oznajmił: „Wiemy dziś lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, że Pomorze Zachodnie, Prusy Wschodnie, Śląsk, Królewiec, Szczecin, Wrocław, Gdańsk oraz Sudety należą do naszego dziedzictwa kulturowego, ale nie należą do naszego państwa”. Wiemy i potwierdzamy zaznaczając, że w pojęciu Śląsk Lubuski nawiązujemy do tradycji i historii naszego kraju. Nazwa ta, bowiem związana jest obszarowo z okresem polskiego władztwa na Śląsku i z kulturą piastowską, co w świetle słów kanclerza ma dla nas istotne znaczenie. Z tego okresu pochodzą ślady naszej cywilizacji. Andrzej Toczewski tworzy tę nazwę jako zgodną z jej przynależnością historyczno- geograficzną uwzględniając obecne realia terytorialne.
         Historia jest wiecznie żywa, mówił profesor Andrzej Kwilecki w lutym 1999 r. wygłaszając wykład w Muzeum Ziemi Lubuskiej o kształtowaniu się losów pogranicza i pojęciu tego określenia na przestrzeni dziejów. Prof. Andrzej Kwilecki zaproponował nowy termin w odniesieniu do czasów najnowszych – międzygranicze. Pogranicze było pojmowane dotychczas jako obszar dzielący Niemców i Polaków. „Międzygranicze nie powinno dzielić, ale wręcz określać przyjazne stosunki między obu narodami”. Mamy jeszcze w pamięci, że pogranicze Środkowego Nadodrza to szlak konspiracyjny przed 1939 r. obszar podszyty strachem w czasach trudnej historii z mieszkańcami darzącymi się wzajemną podejrzliwością, miejsce czasowego pobytu podejrzanych typów, szpicli, prowokatorów, donosicieli i wywiadowców. Od czasu kształtowania się państw narodowych obszar ten miał swoich „Wieszateli”, wśród wielu grup etnicznych i religijnych z tendencjami narodowymi aż po nazizm  włącznie. Andrzej Toczewski proponuje nazwę dla pogranicznego obszaru odwołując się do pokojowej polityki Henryka Brodatego i jego małżonki Jadwigi. Właśnie piastowsko – niemiecka inicjatywa znacząco zaważyła  na losach ziem zachodnich ukształtowanych gospodarczo przez autochtonów i kolonistów sprowadzonych z całej przeludnionej Europy będącej pod wpływem Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Czy podobny „kocioł” etniczny nie był charakterystyczny dla mieszkańców tej ziemi po drugiej wojnie światowej, gdy z dalekiej Syberii, Kazachstanu, z akcji Wisła, z podziemnych organizacji politycznych o różnych orientacjach „przyjeżdżali” osadnicy na Ziemie Odzyskane, aby tutaj zasiedlać ten obszar obok rodzimej społeczności, w ramach polityki zwanej „sprawiedliwością dziejową”. Z amalgamatu wierzeń i języków powstało społeczeństwo mówiące dzisiaj najczystszą polszczyzną. Obawy, aby wspólna Europa pozbawiała tożsamości stał się polem dyskusji i polemik poza politykami Unii Europejskiej. Andrzej Osęka w artykule – „Straszno bez komunizmu” (Gazeta Wyborcza Nr 210 8- 9. 09. 2001) pisze: - „Regionalizm stał się wręcz modny, uchodzi za nowoczesny. Miasteczka czy wsie staja się ośrodkami lokalnego patriotyzmu, terenem działania ludzi na poziomie obywatelskim. Przypomnijmy, że w Peerelu tego rodzaju inicjatywy, jeśli rodziły się niezależnie od władzy, były tępione bezlitośnie i zastępowane fikcyjnymi...” Teresa Bogucka w artykule – „Państwowe czy społeczne” w tej samej gazecie: „W Polsce tez widoczne są podziały - zmieniają się granice, epoki, ustroje, mijają pokolenia, a Kongresówka, Wielkopolska, Galicja ciągle się różnią. Widać to w systemach wartości, aktywności, w opcjach wyborczych, stopniu prężności gospodarczej”. Tworzenie społeczeństwa obywatelskiego to mobilizacja do współzawodnictwa w określonym miejscu czy regionie. Rozwiązywanie problem społecznych w dziedzinie gospodarki i kultury w budowaniu celów wspólnych dla Śląska Lubuskiego. Stąd troska Autora nazwy o dookreślenie w świadomości społecznej terytorium, na których tworzymy wspólny polski dom. Śląsk Lubuski łączy nas siłą duchową nazwy zakotwiczonej w odległej przeszłości, przerzuca pomost na tym rozległym międzygraniczu lubuskim i wydziela nasz region określając go jako wspólne pole działania przeciwko amoralnej prywatności. Działa z przekonaniem, że prospektywna potencja tej nazwy wyprowadzona ze Śląska łączy się i doprowadzi do Śląska. Propozycja uruchomiła zastęp konserwatywnych uczonych negujących określenie tego obszaru jako odrębnego terytorium historyczno-geograficzne. I bardzo dobrze to świadczy o „naszym domu”, o przywiązaniu, ba nawet o miłości. Może jednak nie zaszkodziłby remont tej przystani i zmiana szyldu nad wejściem do zajazdu.

Do zielonogórskich przyjaciół z ul. Fabrycznej 20


                                                  Zielona Góra 29.III.2007.                     

Halinko i Witku. To jest list sprawozdanie z nieudanego życiorysu, także troszkę refleksji nad kiepskim życiem erotycznym, a generalnie pisany do Przyjaciół z poczuciem humoru.

Wieczorem biorę pastylki na sen [tylko wydawane na receptę]. I nie muszą być one najlepsze gdyż zamiast utulić mnie w objęciach Morfeusza, nie przymierzając jak jakiegoś pedała, przeciągają mnie przez smugę zwątpienia, co prawda nie zbyt długo trwającą, ale dosyć pesymistyczną. Teraz przez trzy miesiące mam wzmocnić się w domu. Zielona Góra mało sprzyjała mi w tym właśnie zadaniu. Wynika to z mojej tendencji do hulaszczego trybu życia i niepohamowanej twórczej woli gwałcenia niektórych przykazań Dekalogu. Złe prowadzenie, oprócz nadużywania napojów wyskokowych, wyrażało się ponadto wchodzeniem w konflikt z nakazem: „Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego ani żadnej rzeczy, która jego jest”, niestety nie stało się moim kategorycznym imperatywem. A nawet wręcz przeciwnie. Gdybym był tak przystojny jak Ty, Wituś zapewne na tym żywotnym odcinku ludzkiego losu miałbym znaczniejsze osiągnięcia  a i dziewczyny miały by bardziej gładką urodę i mniej nachalne parcie na wywiązywanie się z przyrzeczeń wypowiadanych w uniesieniu.
„Kochasz?  Kocham. Ożenisz się? Nie. To złaź.
Niestety jestem już ostatecznie totalnym eunuchem i jedynie smutne wspomnienie pozostało w formie żalu, że tak mało użyłem z tego kosmicznego porządku świata.
Teraz rano wstaję, pełznę do łazienki wzmocniony „Pasem Pani Teresy”, i myję się cały czas obawiając się, aby mi szwy nie popuściły. Brzuch mam pokrojony  koncertowo i tylko nut brakuje na tej pięciolinii. A ponieważ, nie dowidzę, nie dosłyszę, nie dowącham, nic mi nie smakuje. A do tego jeszcze cierpną mi stopy i ta cholerna szósta chemia uczyniła ze mnie kompletnego Cyrankiewicza w zakresie owłosienia. Świecący czerep i odstające uszy. Nawet do lustra chodzę tyłem, aby ratować resztki poczucia estetycznego.
Ten list do Was piszę abyście wiedzieli, że nawet w okresie mojego Holokaustu zachowuje wolę życia i właśnie zastanawiam się czy potrafię zrobić jutro żurek, na który nagle dostałem apetytu.
Pozdrawiam Waszą całą rodzinę i melduję, że KOCHAM WAS  Janek

Wielce Szanowny Pan Kazimierz Rojowski Artysta Malarz



                                            
Drogi Kazku !

Nie byłem na otwarciu Twojej wystawy w naszym Muzeum w lipcu. Cały miesiąc byliśmy w Kamińsku, koło Murowanej Gośliny, na obrzeżu Puszczy Zielonki. Tam ja byłem zaopatrzeniowcem dla trójki moich wnucząt, babcia była kucharką a także trzymała reżim wobec dwóch dziewczynek. Wnuczek 18. letni wsiadał na rower i tyle go widzieliśmy. Był jeszcze pies, przemiły brzydal, jamnik ostro włosy, wyposażony w zaskakującą osobowość, rodem chyba z piekła. Toteż, gdy mnie pytano, czy wakacje połączyłem z wypoczynkiem, raczej milczałem. Tyle na moje usprawiedliwienie.
Po twojej wystawie oprowadził mnie Leszek Kania, komisarz ekspozycji, który zrealizował swoje zamierzenie sprzed lat.
Nasze Muzeum wydało w roku 1994. z okazji 40. lecia ZPAP obszerny katalog-rozmowę, na temat środowiska plastycznego, z tym zamiarem, aby był to jakiś materiał do monografii, która od kilku lat powraca jako program do zrealizowania. Leszek Kania był wówczas także komisarzem tej wystawy. Na tej wystawie byłeś obecny 7. pracami. „Pejzażem zimowym” i „Bramą” z roku1959. i pięcioma  z lat 60.  W tym katalogu, wspominając historię, zauważyłem, że Kazimierz Rojowski opuścił Zielona Górę w roku 1979. na rzecz Poznania. Leszek wówczas powiedział: „Odwiedziłem Kazimierza Rojowskiego w bieżącym roku. Nie miałem dotąd okazji poznać Go osobiście. Było to niezwykle sympatyczne spotkanie. Pan Kazimierz należał do najbliższych przyjaciół Mariana Szpakowskiego. Byli w jednej pracowni u profesor Haliny Rudzkiej-Cybisowej. Razem przyjechali do Zielonej Góry. Jest „encyklopedią lubuską”, czyli kopalnią wiadomości o naszych plastykach. Bardzo cenię Jego twórczość, szczególnie na wpół abstrakcyjne kompozycje pejzażowe, które powstały u nas w latach sześćdziesiątych. Obecnie z różnych względów mniej czasu poświęca pracy artystycznej, choć ciekawostką jest fakt, że jeden z Jego obrazów trafił do Muzeum Watykańskiego, jako dar osobiście wręczony Janowi Pawłowi II. Wiem, że Artysta nosi się ostatnio z zamiarem zorganizowania indywidualnej, retrospektywnej wystawy. Chętnie widzielibyśmy ją również u nas w Muzeum”.

Kaziu, to był rok 1994. Dużo się od tego czasu wydarzyło. Ja jestem już emerytem. Muzeum kieruje dr Andrzej Toczewski, który przeznaczył  parterowe sale na galerię, oddając je do dyspozycji Leszkowi. W ten sposób powstała stała galeria sztuki współczesnej, „Nowy Wiek”. Andrzej dał Leszkowi wolną rękę i w ten sposób Kania zrealizował swoje marzenie.
W roku 1956. gdy Staszek Kowalski, kolega ze studiów poznańskich i ja, rozpoczynaliśmy pracę u Klema, nasz Szef  wprowadził nas w krąg swoich znajomych. Wtedy poznaliśmy pionierski Oddział ZPAP, dlatego, że Prezes Klem Felchnerowski zebrania często robił u siebie w biurze, a Ty i Maryś Szpakowski byliście w Zarządzie Oddziału ZPAP w Zielonej Górze.
Kaziu pamiętasz? Komórka konserwatorska mocno była zasilana plastykami. Artystą była Halina Karpowicz i pracująca na zlecenia Alojza Zacharska. Potem Panie zmieniły nazwiska. W biurze prawie codziennym  gościem był Ignacy Bieniek, jako że po studiach pracował w charakterze malarza konserwatora w Rawie Mazowieckiej. Tam Ignac miał tego słynnego osła, którego potem legenda przeniosła do Cigacic. Jak tylko weszliśmy na Twoją wystawę to właśnie nadodrzańskie dęby z Cigacic, wspaniały dramatyczny obraz, przypomniały mi, że tam była ta wasza, dzisiaj już owiana legendarną nostalgią, słynna kolonia artystyczna. Po latach nikt już nie pamięta, że dojazd był utrudniony, że kiepskie zaopatrzenie, że absolutne niezrozumienie waszego zawodu, wpisywało Was w grupę społeczną niepracujących niebieskich ptaków, których w socjalizmie piętnowano. Dzisiaj wspominamy czule tamte czasy a dachy zielonogórskich domów widoczne z wysokiej skarpy pradoliny słusznie stały się powodem do natchnionego obrazu spokoju. Kaziu, wyobraź sobie, że pamiętam pierwsze Wasze wystawy. Ignacego Bieńka,  z roku 1957.i Twoją z 1958. Nawet pisałem krótkie omówienia do naszej Rozgłośni. Cała sprawa była wtedy kontrowersyjna
i głośna ze względu na formę. Przeminął socrealizm traktowany raczej jako epizod, kto zechciał się ubabrać w politykę to zrobił to na własny rachunek. Teraz w roku 1956. w czasie odwilży, zapanowała prawdziwa orgia twórcza. Władza wolała sztukę zaangażowaną w „budownicwo sprawiedliwości społecznej”, ale Twoja wystawa w Salonie przy ulicy Żeromskiego, to były dzieła abstrakcyjne, tworzone w pasji nieskrępowanej jeszcze do niedawna obowiązującą doktryną. Tymczasem Ignac wystawił dzieła realistyczne. Ty wcześniej udowodniłeś, że warsztat figuratywny nie jest Tobie obcy. Pokazałeś jednakże w kolejnej wystawie taki dynamiczny gest malarski, że Ignac poczuł się wręcz dotknięty spontanicznością  Twojego działania. Wywołałeś dyskusję na znacznie szerszą skalę aniżeli tylko omawianie wystawy. Ważna była świadomość plastyczna i nasz stosunek do polskiej drogi w sztuce, która z trudem była wypracowywana w okresie międzywojennym. Te znakomite efekty przerwała wojna a potem polityka realizowana według scenariusza radzieckiego. Nie należało wyrzucać uczciwych, serdecznych realistycznych prac na śmietnik. Ale tak już jest, że w polityce nawet ci co próbują oszlifować ostre kanty doktrynalnych nakazów, giną wraz ze śmiercią doktryny. Taki jest los reformatorów totalizmu.
Kaziu. Mój kochany! To były czasy, gorące, pełne dyskusji, zapału. Ten, kto nie uczestniczył w tamtym czasie w tych sporach nie jest w stanie wczuć się w ich temperaturę. To, co zostało wywojowane w latach pięćdziesiątych pozostało już na stałe.
Kiedy tak Leszek mnie oprowadzał po tej Twojej wystawie, to wraz z Jego słowami, niezależnie od intencji, przesuwał mi się w pamięci film wydarzeń, który na twojej wystawie stał się syntezą tych wszystkich niepokojów i poszukiwań jakie były udziałem Klema Felchnerowskiego i Mariana Szpakowskiego. Byliście silną grupą. Tak mi się wydaje, że indywidualność Witka Nowickiego kroczyła własną ścieżką. I On i Wy otworzyliście szeroko bramę na wolność i niepodległość sztuki. Jakoś nie mogę się oderwać od tego myślenia o was wspólnie. O Ignacu Bieńku, Ali Zacharskiej-Markoli, o Juliuszu Majerskim, a każdy z Was stworzył przecież sztukę rozpoznawalną, tylko do jego nazwiska przypisaną.
Z okazji Salonu jesiennego 1972. Ryszard Kiełb napisał w „Nadodrzu” /Nr.23/. -”Świat Rojowskiego to pełne dyscypliny utrzymane w chłodno zimnej tonacji kompozycje pejzażowe. Autor konsekwentnie realizuje swoistą pełną wyrzeczeń drogę artystyczna...” Nie tylko Kaziu tutaj tak wysoko Ciebie oceniono. Gdy pochyliłem się nad gablotą gdzie wystawiono zagraniczne recenzje o twojej twórczości to wręcz w sercu mnie zakłuło, że to nie my wystawiamy Tobie taki pomnik.
Wielkie wrażenie wywarły na mnie prawie monochromatyczne kompozycje pejzażowe z pogranicza miękkiej abstrakcji geometrycznej. To „geometryczne” myślenie najpełniej się objawiło w realistycznym „Pejzażu z Południa”/1996/.    Kaziu! Bardzo się cieszę, że poznano Ciebie w Anglii, Belgii, Francji, Monako nie licząc krajów bliższych nam, w dawnych czasach, ustrojowo. Nie dziwi mnie, że Twoje nazwisko figuruje w międzynarodowych leksykonach sztuki. Kaziu! Kończę ten list napisany do Ciebie z potrzeby serca. Życzę Tobie zdrowia, nadal tak silnej woli twórczej  i oby łaskawy los pozwolił nam się spotkać na kolejnym wydarzeniu artystycznym jakim zawsze jest Twoja wystawa.

                            Oddany Tobie Janek Muszyński.  Sierpień 2001.


P.S.  Kazimierz Rojowski urodził się 4. 03. 1927. w Wieliczce. Akademię krakowską ukończył w latach 1948 - 1953. Dyplom uzyskał w pracowni prof.
 H. Rudzkiej-Cybisowej w 1954. r. W latach 1954-1979 mieszkał w Zielonej Górze. Następnie w Poznaniu. Lubuską Nagrodę Kulturalna za twórczość artystyczną otrzymał w 1958.r. W 1963 wyróżniono Go na Ogólnopolskieiej Wystawie Malarstwa i Grafiki „Złote Grono”. 

Marian Kruczek w Krakowie !



W „Dzienniku Polskim”[19.VII. 1999r.]- „w Muzeum Inżynierii Miejskiej „Żelazne Metafory”...  pierwsza pośmiertna, indywidualna wystawa Mariana Kruczka w Krakowie...”

To zdanie zacytowane wyżej pochodzi z notatki „Rzeżby i reliefy Mariana Kruczka - Cudaki ze złomowisk i śmietników”, którą odnotowano wystawę z czerwca ubiegłego roku. Serdecznie Marian Kruczek został przyjęty w swoim mieście. Wśród pudeł tramwajów, sanockich, eberswaldzkich, wrocławskich, warszawskich, gdańskich i norymberskich zaistniał jako artysta osobny. „Szanowni Państwo, pisał w przedmowie do skromnego katalożku, wydanego z tej okazji  Pan Stanisław Pochwała, Dyrektor Muzeum Inżynierii Miejskiej -zafascynowani miłością i pietyzmem, z jakimi Marian Kruczek odnosił się do „ zdartych maszyn” zdecydowaliśmy się na zorganizowanie wystawy jego dzieł w naszym Muzeum”.

W tymże katalogu Joanna Budyn-Kamykowska odnotowała... „Wystawie dzieł Mariana Kruczka, które Tadeusz Śliwiak żartobliwie nazywa gadzią menażerią, nadałam tytuł Żelazne metafory...Epitet żelazne - w sensie dosłownym jest ukłonem w kierunku organizatora wystawy, ale też wskazuje tworzywo, którego używał Marian Kruczek. Kolega, z Akademii Sztuk Pięknych, profesor Tadeusz Chrzanowski kreśli publiczny wizerunek Mariana, objaśniając Jego artystyczny i intelektualny zamiar:...”Fenomen Mariana Kruczka polegał więc na tym, że on rzeczywiście wymyślił coś, czego dotychczas nie było, a może po prostu wszedł w tę swoją sztukę jak do zaczarowanego ogrodu, który już na niego czekał. I wszelkie wysilanie się na eksplikację jego sztuki wedle dotychczasowych doświadczeń nie prowadzi do nikąd. „Gotowe przedmioty” Marcela Duchampea, ani pomysły konstruktywistów czy futurystów nie potrafią wyjaśnić owego zaczarowanego ogrodu, który został przez kogoś [ale, przez kogo? - Opatrzność czy Opaczność?] przygotowany dla Kruczka. I Kruczek w nim na szereg lat zamieszkał, wprowadzając z niego w świat owe stwory straszne swą śmiesznością, co jak dobry horror przeraża widza, ale nie poraża, ani epatuje nadmiarem ketchupu lub „mrozi krew w żyłach” jak filmidła, które są strawą niedorostków i telewizyjnych ćwierć intelektualistów. Świat dziwotworów artysty ma swoje własne zadanie: tyleż straszyć, co radować. Świat bowiem w tym ogrodzie jest na poły złudą, a na poły magią. Tylko z czarodziejskich zaklęć, z wyobrażeń i z naturalnego zmysłu do symetrii mogą powstać tak niezwykłe fantazje...”

Na wystawie pokazano 43 prace Mariana Kruczka. Dziesięć dzieł wypożyczono z naszego Muzeum, osiem ze zbiorów prywatnych, cztery z Muzeum Narodowego w Krakowie, ze zbiorów sanockich sztuk siedemnaście, [Marian Kruczek urodził się w 1927r. w Płowcach, wiosce pod Sanokiem, w Muzeum Sanockim ma galerię] z Tarnowa, z Muzeum Okręgowego wypożyczono trzy prace i jedną ze zbiorów Domu Kultury im. C. K. Norwida w Krakowie.

Autor notatki w „Dzienniku Polskim” sygnowanej [MAŁ] kończy tekst zdaniem: „Wiele ptaków trzeba zabić, ale Kruczka trza zostawić”-to chyba najbardziej lapidarna i trafna ocena twórczości wpisana do jednej z wystawowych ksiąg pamiątkowych”.                       

To właśnie skłoniło mnie aby przywołać  życiorys artystyczny Mariana Kruczka, nieco zasmucony, w jego mieście,  gdzie przy ulicy Wawrzyńca 15, czynna była do 15 sierpnia 1999r [ od wtorku do niedzieli] „pierwsza pośmiertna indywidualna wystawa tego artysty w Krakowie” Ale aby być sprawiedliwym trzeba przytoczyć intensywne wczuwanie się w sytuację Mariana Kruczka, przewidzianą przez  Jerzego Madeyskiego.[„Życie Literackie”1.01.1984] -  „Obecnie po serii sukcesów odniesionych w trudnych i wymagających środowiskach, Kruczek zaatakował środowisko najtrudniejsze i najbardziej wymagające, słowem - swoje własne, wystawiając w mieście, w którym najtrudniej będzie mu zostać prorokiem. O jego twórczości pisano ostatnio wiele, szczególnie w prasie zagranicznej...”

...- Gdzie ja tych moich prac nie dawałem jak tylko mnie poprosili. W Spatifie je zniszczono...dałem prace do Związku, do kawiarni...dostaję kartkę pocztową, na której urzędniczka pisze, że mam je wycofać...dałem się namówić na teatr w Nowej Hucie, za dwa tygodnie zatelefonowano, że mam załatwić samochód i zabrać... W Hucie, w osiedlu Mistrzejowice stoi moja praca „Zdobyta przestrzeń”. Tadeusz Śliwiak pisał:.. Marian Kruczek unosi ręce... i naprowadza na powietrzny kurs okręt, który budował jak modlitwę. Wywiódł z rdzy jego kadłub i kotwicę uczynił ze świata. Wiatr dla jego żagli. nadał mu imię - Zdobyta przestrzeń. I oto teraz uwolniony płynie po obszarach wyobraźni. Nie ma dla niego przystani, jak nie ma przystani dla gwiazdy”. W tych Mistrzejowicach działa Komitet  
do upowszechnienia kultury i wystroju plastycznego...zaproponował aby zlikwidować... są tam łańcuchy, które podobno dzwonią i ludzie się w nocy boją...Komitet mówi, że to raczej szpeci. Zaproponowano wystawę w szkole tysiąclecia w Hucie...stałą galerię...wszystko poginęło...jeden mój relief wisiał w gabinecie dyrektorki. Galeria na ulicy Stolarskiej jest przepełniona pracami złożonymi jedna na drugiej i rdzewiejącymi. To już raczej cmentarzysko moich rzeźb. [Janusz Aderman - Fasada „Student”nr.26. 26 XII 1978. Tadeusz Rolke. Laboratorium dziwów. „Polska”nr.12 1962. Antoni Warzecha. „Dziennik Polski”nr.225- 4 XI 1983. Zbigniew Florczak. Porządki Mariana Kruczka. „Ty i Ja” nr.7 1973.]

Pisze, wyjątkowo życzliwy dla artystów, o tym okresie, Stefan Papp.  [ Marian Kruczek. Wydawnictwo Literackie. Kraków. 1978]
...Przytłaczają go mnożące się kłopoty...te sterty prac, które nosi z miejsca na miejsce, które oddaje w depozyt różnym instytucjom, by tam niszczały...Tak, Kruczek przeżywa kryzys porozumienia z otoczeniem. Jerzy Madeyski oznajmia:... Kruczek nim wszedł do historii sztuki najnowszej, był już legendą Krakowa a Stanisław Rodziński pyta: „...Co będzie z jego pracami? Oby nie spełniły się niepokoje i gorycz Mariana Kruczka. Oby pamięć o nim nie zamieniła się w anegdoty i żałosne westchnienia.”[Stanisław Rodziński. Marian Kruczek 1927 - 1983. „Tygodnik Powszechny” 2. 01.1984.] W roku śmierci Mariana Kruczka pytał Andrzej Warzecha: - Którą z galerii, gdzie eksponowane są Pańskie prace ceni Pan najbardziej. Marian Kruczek odpowiada: - „Myślę, że ta mieszcząca się w Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze cieszy się moją największą sympatią. Jestem pewien, że ocaleją przede wszystkim te prace, które tam eksponuję”.

Istotnie. Zielonogórska Galeria Autorska jest jedynym, tego rodzaju w kraju, miejscem w którym zgromadzono dzieła z całego okresu twórczego Mariana Kruczka. Powstawała, bez mała, prawie przez dziesięć lat. Tworzył ją Artysta wraz ze swoją Małżonką, także absolwentką Akademii krakowskiej, Bogną Perz-Kruczek, na miejscu w Zielonej Górze. Dobór dzieł powstał z sugestii Obu Artystów. Loreta Sarnowska w katalogu z roku 1997 wydanym przez Muzeum w Zielonej Górze wymienia 106 prac zgromadzonych w Galerii. Do pełniejszej dokumentacji trzeba dodać około sto listów i kart pocztowych, które są niejednokrotnie dziełkami sztuki epistolarnej. Pochodzą one, od lutego1877 do listopada 1983.

Odnosząc się z najwyższym szacunkiem do inicjatywy Stanisława Pochwały, Dyrektora Muzeum Inżynierii Miejskiej  w Krakowie, nie mogę nie zacytować jeszcze raz komisarza wystawy Joanny Budyn-Kamykowskiej:  -...”Może jednak ta skromna wystawa pokaże, że szlaki do miejsc zamieszkałych przez gadzią menażerię Mariana Kruczka zostały przetarte i w rezultacie doczekamy się w Krakowie kompletnej i prawdziwie retrospektywnej wystawy jego twórczości, która ucieszy jej admiratorów i entuzjastów”.

                                                                                                          Zielona Góra, maj 2000












































najpierw 

Historia zdobywania doświadczeń konserwatorskich z Żarami w tle


                                                              
Ten tekst nie mógłby powstać, gdybym się nie zdecydował podszyć go autoironią. Brałem, bowiem czynny udział w poszukiwaniu argumentacji dla zachowania zabytków, posługując się w trudnych czasach dla konserwatorów, także wymysłem, kłamstwem historycznym a nawet czystej wody surrealizmem. Poszukiwałem nawet skrawka wrażliwości, w tej często bezdennej głupocie, aby się odbić od dna i dotlenić różnymi sposobami zaczadzonych zwolenników likwidacji wszelkich ruin i śladów niemczyzny. Aby zachować warte każdego poświęcenia dobro kultury. Zdobywałem doświadczenie pływaka w mętnej wodzie. Bo też bez tej umiejętności nie sposób było zanurzyć się skutecznie w głębie schizofrenicznej polityki w zakresie ochrony wszelkich obiektów o wartości historycznej.
I jeszcze jedno w tym nietypowym wstępie, pisanym z niechęcią, zmąconym z poczuciem pewnego obowiązku, dania osobistego świadectwa tamtym dosyć satysfakcjonującym, a zarazem obrzydliwym czasom.

Nie odwracalne wchodzenie w starość objawia się lepszą pamięcią o sprawach i wydarzeniach dawnych. W tej sytuacji przełom lat pięćdziesiątych na sześćdziesiąte staje się dosyć łatwym łupem opisu. Pamięci jednakże w całości trudno zaufać. Istnieją, niestety liczne świadectwa, o czym miałem możność osobiście się przekonać, że zwycięskie postępy sklerozy częściej kreują bohaterów aniżeli odkrywają łajdactwo we własnych życiorysach. W tym przypadku, moja pamięć wspomagana jest notatkami w formie spisywanego zawodowego pamiętnika. To pozwala ją dostatecznie zweryfikować.

Po pierwszej „Odwilży” 1956 roku, partia obok głębokiego szacunku do socrealizmu, dopuściła abstrakcje w literaturze i malarstwie. To, bowiem nie zagrażało jej kierowniczej roli w państwie cenzury, stojącej na straży postępowego proletariatu. Okazało się jednakże, że surrealne myślenie ma się nadal całkiem dobrze także w teatrze absurdu objawianego na różnych posiedzeniach, szkoleniach, naradach i plenach partyjnych. W tym świecie trzeba się także było odnaleźć i posiąść umiejętność poruszania się wśród raf niewiedzy, głupoty, strachu czy wreszcie złej woli. Wielką rolę spełniała tak zwana czujność rewolucyjna, na którą mógł sobie z zasady prawie każdy działacz pozwolić i czym nękana była „inteligencja pracująca”.


Posiadaliśmy rzekomo najlepszą w Europie ustawę o ochronie zabytków. Równocześnie ślady przeszłości były solą w oku władz politycznych. Niezwykle ostry konflikt stworzyła ta problematyka na ziemiach naznaczonych piętnem niemczyzny. Dziedzictwo kulturowe wieków przeszłych zderzyło się z polityką nienawiści, niechęci i stale podtrzymywanej atmosfery zagrożenia ze strony Niemców. Ta dolegliwość stawała się coraz mniej ucywilizowana. O ile do tego dodamy wrogi stosunek do kościoła, to obraz działalności konserwatorskiej staje się jeszcze gorszy. Z jednej strony, obowiązek ustawowy ochrony dóbr kultury, pojęcie szersze aniżeli zabytek, kojarzony na Ziemiach Odzyskanych jednoznaczne z Niemcami, a z drugiej, konserwator zachowujący ślady niemieckiego panowania na obszarach wyrwanych Polsce, prawda, że w odległej przeszłości, ale jednak w wyniku agresji dyplomatycznej i licznych działań wojennych.
Ten sam konserwator okazywał się „klerykałem”, bo zabiegał o kościoły i spotykał się z duchowieństwem, a nadto zwolennikiem upadłej klasy szlachecko-burżuazyjnej, bo ratował ich pałace i dworki a co jeszcze gorsze, okazał się mieszczańskim pomiotem, bo odbudowywał zabytkowe kamieniczki będące świadectwem prywatnej własnośći, która, jak było wiadome każdemu świadomemu komuniście „ z godziny na godzinę rodzi kapitalizm”.

Rozpamiętywanie upokorzeń mogłoby być tylko masochistyczną przyjemnością gdyby nie upadł komunizm szybciej, aniżeli się tego spodziewali nawet wybitni politolodzy.  Skończyła się raz na zawsze hegemonia Moskwy z jej scenariuszami dla naszego życia kulturalnego.

Polska ustawa o ochronie dóbr kultury z roku 1962 stanowiła: „Dobrem kultury w rozumieniu ustawy jest każdy przedmiot ruchomy lub nieruchomy, dawny lub współczesny mający znaczenie dla dziedzictwa i rozwoju kulturalnego, ze względu na jego wartość historyczną, naukową lub artystyczną”. Doświadczenie konserwatorskie płynące z praktyki, nakazywało zachowywać, niezależnie od ekip w Komitecie Centralnym PZPR, zabytki uznane za szczególnie wartościowe.

W 1968r. UNESCO przyjęło pojęcie „dziedzictwa kulturowego” jako dzieła architektury, rzeźby, malarstwa, rzemiosła artystycznego, przedmioty piśmiennictwa, sztukę ludową, ogrody a nawet krajobraz ze specyficznymi osiami widokowymi.

W wydanej przez Instytut Zachodni pozycji -Wokół niemieckiego dziedzictwa kulturowego na Ziemiach Zachodnich i Północnych  [Poznań 1997] w artykule „Z doświadczeń w służbie konserwatorskiej” napisałem jak daleko zapis ustawowy mijał się z praktyką ... w epoce stalinowskiej przytaczając przykład  ze Związku Radzieckiego: - „...Piotr Baranowski, moskiewski konserwator, architekt i historyk...Jego pisemny protest wysłany na ręce Łazara Kaganowicza w sprawie rozbiórki monumentalnej świątyni Chrystusa Zbawiciela, najpierw splądrowanej i ograbionej i wreszcie siłą dynamitu, zrównanej z ziemią, załatwiony został 17-letnim zesłaniem autora protestu do gułagu, gdyż naiwnie sądził, że miał obowiązek działać w duchu stalinowskiej konstytucji deklarującej ochronę dziedzictwa kulturowego”.

Doświadczenie w tej materii polscy konserwatorzy czasów PRL-u zdobywali na własnej skórze, często garbowanej przez politycznych aktywistów o mentalności kształtowanej na wzorach radzieckich.
Moje pierwsze zderzenie z ludźmi władzy, o czym zresztą wspomniałem także w cytowanej wyżej publikacji, nastąpiło w sprawie odbudowy książęcego zamku w Krośnie Odrzańskim. Ministerstwo Kultury i Sztuki przyznało znaczną sumę na docelową odbudowę tego obiektu. Jako Wojewódzki Konserwator Zabytków przygotowałem się sumiennie, o święta naiwności, na posiedzenie Wojewódzkiej Komisji Budżetu i Planu w Zielonej Górze, która to Komisja musiała zatwierdzić to przedsięwzięcie. Wspomniałem o grodzie Chrobrego, o którym pisze Thietmar, świadek wydarzeń związanych z najazdem Cesarza niemieckiego na Śląsk w 1005 roku i pobytem Bolesława w Krośnie Odrzańskim. Odnotował on w swojej kronice:- „…oddziały dotarły wnet do Odry i rozbiły namioty nad krętą rzeką, zwaną po słowiańsku Bóbr a po łacinie Castor”.
Cały, dosyć obszerny cytat, wygłosiłem po łacinie sądząc w swojej głupocie, że ten polityczny ton w znanym historycznym dokumencie, /komu znany?/ to rękojmia najsilniejsza, przemawiająca za odbudową. Niestety!. Cytat z kroniki biskupa merseburskiego odniósł ten skutek, że wyrzucono mnie z posiedzenia, jako, że powołuję się na osobę duchowną i wygłaszam tekst, który ze względu na język, kojarzył się z ministranturą. Poświadczyłem wówczas, tak sądzę, swoje klerykalne poglądy.- „ Za czasów Bolesława Chrobrego było tam błoto i woda”, zanegował moją argumentację przewodniczący Wojewódzkiej Komisji Budżetu i Planu. Muszę także dodać, że w tym dniu, w komisji zasiadało osiemnaście osób i kilku jej członków ze wstydu nie podniosło wzroku, ale nie próbowali także polemizować z wiedzą historyczną Przewodniczącego. To była sroga nauczka. Od tego dnia wiedziałem, że argumentacja musi być na miarę przekonywanego.
Śladem takiego myślenia jest przytoczony, także w poznańskiej publikacji akapit: - „- w Żarach odstąpiono od rozbiórki renesansowych kamieniczek wokół fary wtedy, gdy oznajmiłem, że bryła kościoła będzie dominantą w urbanistyce miasta”. Ani słowa już tutaj o biskupie Thietmarze, który także wymienia ziemię żarską w roku 1007 położoną na osi historycznej serbo-łużyckiej i polskiej. Wiedziałem, że biskup zaszkodzi kamieniczkom tak jak zamkowi w Krośnie. Nie posłużyłem się także argumentem, że uporządkowanie urbanistyczne Żar dokonało się z woli Henryka Brodatego, bo przecież ten władca miał za żonę Jadwigę, z rodu niemieckiego, a na dodatek jeszcze świętą. Argument, że w Trzebnicy, przy jej sarkofagu modlą się Czesi Niemcy i Polacy mógłby się w tamtym czasie, dla średniowiecznego miasta lokacyjnego okazać bardziej szkodliwy aniżeli przydatny.
O zjednoczonej Europie mógł marzyć jedynie fantasta. Wtedy zresztą słowo „Europejczyk” miało negatywną konotacje i znaczyło mniej więcej tyle, co rewizjonista. Argumentacja musiała być na miarę czasów i mentalności dworu z otoczenia Bolesława Bieruta.

Epizod „Gomułkowskiej Odwilży” skuły nieco lody komunistycznej pryncypialności w sprawach światopoglądowych, tym bardziej, że do „terenu” nie dotarły efekty Poznańskiego Czerwca i Polskiego Października. Pozostał raczej ślad wrogości do kościoła jako efekt wykreowanego w metropolii świeckiego myślenia, oraz próby zastąpienia świąt religijnych świecką, tworzoną „tradycją”. Na przykład, zamiast chrztu w kościele, nadawano imię w Urzędzie Stanu Cywilnego. 

Kiedy po wojnie rozbudowywano w Warszawie ulice Marszałkowską postanowiono ja poszerzyć. Jerzy Morawski, sekretarz KCPZPR przed rokiem 1956, ujawnił pewną gorzką prawdę, za którą obwiniano urbanistów stołecznych. Mówił: - „ Przed wojną ulica  Marszałkowska była dwa razy węższa niż dzisiaj. Pojawiła się szansa, aby z niej zrobić ulicę z paryską panoramą. Szeroka aleja z widocznym w oddali Kościołem Zbawiciela. Wystarczyło wyburzyć jeden dom w czasie wojny nadpalony. Ale Bierut był temu przeciwny...Szeroką Marszałkowską skończono na placu Konstytucji. Zasłonięto kościół”
Toteż, kiedy postanowiły władze, w ramach usuwania zniszczeń wojennych, wyburzyć zdewastowane kamieniczki otaczające kościół argument, że w ten sposób wyeksponuje się bryłę kościoła nad miastem, okazał się „dla klasy robotniczej” tak ważki, że poczęła się domagać, aby kamieniczki odbudować. Powoływanie się na opinie społeczną jest stale żywe wśród polityków.  

W Żarach jednakże sprawa nie dotyczyła tylko bryły architektonicznej kościoła, sprowadzonego do domu modlitwy. W nauce o początkach miast istotą historii jest oddzielenie fikcyjnych przekazów od prawdy, zmyśleń i legend nobilitujących miasto i jego władców, od faktów. W architekturze i urbanistyce miasta zapisana jest nie podważalna metryka jego powstania i rozwoju. Służba konserwatorska poszukuje także duchowych wartości, które ukształtowały miasto. Równocześnie musi uwzględniać granice chronologiczne z różnorodnością ich kultur. Wreszcie to, co było istotne dla życia społecznego w poszczególnych etapach historycznych i co pozostawiło ślad do naszych czasów, wręcz jako dyspozycje do zachowania. Te przesłanki decydowały o merytorycznych planach polityki konserwatorskiej.

W lipcu 1955 roku mocą Uchwały Prezydium Rządu nr.666 należało pilnie przystąpić do usuwania śladów zniszczeń wojennych. Prace te powinny zostać zakończone do roku 1960. To spowodowało, w niektórych miastach, akcję polegającą na rozbiórce całych zespołów urbanistycznych. W naszym województwie, zielonogórskim, powstała lista 113 obiektów, w przeważającej ilości sakralnych, przeznaczonych do likwidacji. W cytowanej publikacji - Wokół niemieckiego dziedzictwa kulturowego, zamieszczam spis wszystkich obiektów objętych tym planem,[ s. 248-256]. Oto wykaz dotyczący architektury żarskiej:
„poz. 33.  skrzydło klasztoru pofrańciszkańskiego, ceglane z kamieniem... XIII - XVI w....
poz. 59   budynki przykościelne [ tzw. plebania ] obok fary... ceglane, XVw. częściowo przebudowane w XVII - XVIII i odnowione w XIX - XX w. [ o te właśnie kamieniczki toczono od końca lat pięćdziesiątych zażarty bój, gdyż były nie użytkowane i przez to narażone na wyburzenie ]
poz. 106.  kościół farny p. w. NMP ceglany, pierwotny 1207r. obecny: prezbiterium 1309r, nawy 1401r, sklepienia naw do 1430r, kaplica płd. pod wezwaniem św. Barbary 1445r, kaplica Mariacka 1511r, szczyt wsch. i prezbiterium po zniszczeniu w 1559r, odbudowane. przed 1581r, podwyższenie wieży 1563 i 1592r, kaplica wsch. Promnitzów 1672r, odnowiony po pożarze w 1684 do 1694r, ...ruina w dobrym stanie, zdewastowana,
poz.112. skrzydło klasztoru pofrańciszkańskiego przy murach miejskich, fundacja 1274r. przebudowane w XVII - XIX zamienione na szkołę w 1837r. zniszczone 1945r.
poz. 113. kościół cmentarny wzniesiony przed 1732r. przebudowane, wnętrze w XIX, zniszczony 1945r”.

Powołano specjalne ekipy do wykonywania prac rozbiórkowych. Materiał uzyskany tą drogą nieodpłatnie przekazywano na prace remontowe, najczęściej „przedsiębiorcom” przejawiającym inicjatywę porządkowania miasta.
W wyniku żmudnych i upartych zabiegów służby konserwatorskiej w Ministerstwie Kultury i Sztuki powołano eksperta do zweryfikowania tej listy. Nie udało się odnaleźć jej autorów, ale ocalono 76 obiektów.  W Żarach pozostały, po dzień dzisiejszy z tej, dewastującej urbanistykę miasta, listy, kościół i część kamieniczek wokół tego obiektu. Właśnie ten zespół jest istotnym dowodem, i co bardzo ważne, doskonale czytelnym etapem, związanym z rozwojem przestrzennym Żar, od średniowiecza aż po czasy rozwiniętego miasta lokacyjnego, kreowanego pomiędzy latami 1211 a 1225. Genezę i rozwój przestrzenny Żar kompetentnie przedstawił Stanisław Kowalski w publikacji dotyczącej kościoła farnego. Uzyskiwanie praw i przywilejów a także porządkowanie miasta, zazwyczaj miało szerokie ramy chronologiczne. Czas miedzy tymi latami to okres władania Henryka Brodatego, największego inwestora nie tylko ziem nadodrzańskich: - „..Gdy zorganizowane na nowych zasadach miasto okrzepło, nadszedł czas nadania mu prawa wzorowanego na magdeburskim. Nastąpiło to w roku 1260 z woli ówczesnego właściciela Żar, Albrechta Dziewina”, pisze Stanisław Kowalski, w „Miastach Środkowego Nadodrza”. [Wyd. Lubuskie Towarzystwo Naukowe,  rok 1994].

 Geneza i rozwój przestrzenny miast Środkowego Nadodrza, wyznaczały służbie konserwatorskiej wojewódzki plan perspektywiczny i aktualny program ochrony zabytkowych rynków i wszelkich śladów staromiejskich. Nakreślony w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, przez pierwszego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Klema Felchnerowskiego, jest nadal aktualny. Żary stanowiły niezwykle frapującą, najpierw tylko hipotezę, rozwoju przed lokacyjnego miasta, a następnie w latach późniejszych, gdy przeprowadzono już badania, znakomity dowód na istnienie ośrodka osadniczego, przed nadaniem regulacji lokacyjnych i inwestycji z tym związanych. Doskonale jest czytelna sieć drożna, wykazująca logiczne powiązanie dwu odrębnych, generujących miasto organizmów. Troską konserwatorów było zachowanie tych historycznych przekształceń. Dotyczyło to poważnie zagrożonego zespołu przykościelnego. W tym miniaturowym zespole - kościół i wokół niego zabudowa mieszczańska z otworami wejściowymi do domostw, tylko od strony placu przykościelnego, z małymi oknami kamieniczek od strony zewnętrznej miasta, to echo odrębnego systemu obronnego, w dawniejszym organizmie „przed-miejskim”.

Ratując ten urbanistyczno-przestrzenny ślad dawnych czasów, przechowaliśmy osobowość miasta, niezwykle ważną dla nauki i historii Żar. Kościół nadaje sens budynkom skupionym wokół i odwrotnie. Kamieniczki o odmiennej architekturze podtrzymują dialog w tym miejscu. Nastąpiła gra proporcjami obiektu sakralnego i laickiej zabudowy mieszczańskiej na zasadzie wysokościowego kontrastu. Ogląd tego miejsca z dystansu jest równie ważny jak obchodzenie go z bliska. To jest właśnie gra średniowiecznej architektury i przestrzeni ukształtowanej przez historyczny ciąg rozwoju przestrzennego miasta.
Ten ciąg rozwojowy zaznaczył się tutaj i jest czytelny w topografii miasta. Wartość naukową tego zespołu w kontekście miasta już podkreślano.
Obszar przy kościele zorganizował wcześnie infrastrukturę miejską. Wczesne organizmy kontaktowały się, ale posiadały własne systemy obronne. Miasto lokacyjne rozwinęło się między punktami osadniczymi, na osi wschód-północny zachód, uprzednio rozdzielone targowiskiem.

Dla służby konserwatorskiej było oczywiste, nawet wtedy, jeszcze bez badań archeologicznych, urbanistycznych i architektonicznych, że ośrodki osadnicze stworzyły korzystny kontekst do rozwoju lokacyjnego miasta, zmuszając niejako osadników i budowniczych do akceptacji już uformowanej przestrzeni. I to było podstawą troski, aby w Żarach zachować to jedyne w swoim rodzaju świadectwo uzależnienia miasta lokacyjnego od osadnictwa, które trwało już wiele dziesiątek lat przed datą lokacji. Miałem wręcz powody osobiste, aby pisać na ten temat w roku 1967 w Zeszytach Lubuskich.[ „Żary wczoraj i dziś” nr.3. Lubuskie Towarzystwo Kultury. Zielona Góra].

W moich szpargałach zachowałem korespondencję z roku 1956. Pisałem do Gniezna do żony, przebywającej u teściów z powodu narodzin naszej córki,
 „…do Żar zawiozłem dokumentację konserwacji murów miejskich…okazało się, że jakaś firma rozbiórkowa na własną rękę, rozebrała część starych murów. Doszedłem do tego, przeprowadzając tak zw, „wizję lokalną”. Złapałem nawet szpeców od rozbiórki. Popłoch niesamowity. Sprawa pachnie prokuraturą”. Sądząc po efektach, był to popis ważności mojej funkcji

W badaniach związanych z powstawaniem średniowiecznych miast europejskich, nauka niemiecka od dawna grzeszyła pychą. Nie uznawano badań archeologicznych o ile nie były zgodne z założoną tezą. Mogłoby się wydawać ze te czasy już minęły, tym bardziej, że poświęcono tej sprawie setki godzin na dyskusje, odbyło się wiele sympozjów, konferencji naukowych, wspólnych narad, wydano setki publikacji. Wszystko po to, aby pogłos nacjonalistycznych poglądów przezwyciężyć.  Henryk Munch pisał już w roku 1946: „ Nadanie prawa miejskiego danej osadzie można obrazowo przyrównać do nadania państwu konstytucji. Jak nadanie konstytucji nie stwarza samo przez się państwa, tak też nadanie prawa miejskiego nie stwarzało miasta, decydowało jedynie o jego formie ustrojowej i określało stosunek do świata zewnętrznego. Dosyć już dawno zdołano w nauce naszej rozróżnić dwa pojęcia: kolonizacji niemieckiej i kolonizacji na prawie niemieckim. Rozróżnienie to przyswoili sobie nawet uczeni niemieccy. Idąc dalej, należy raz na zawsze rozgraniczyć również pojęcia: miasto joko zjawisko topograficzne i miasto w znaczeniu prawnym. Miasto jako zjawisko topograficzne wyprzedza o całe wieki miasto w znaczeniu prawnym, czyli osadę typu miejskiego posiadającego własny samorząd”.

Dyrektor Muzeum Historycznego w Krakowie [ ul. Św. Ducha 5 ] był łaskaw udzielić mi wielu konsultacji na ten temat i mam odwagę o tym wspomnieć jako, że piszę o zdobywaniu własnych doświadczeń i wiedzy w czasie pracy w służbie konserwatorskiej. Henryk Munch wydał swoją pracę w Krakowie w dziełku pt. „Pochodzenie i rozwój miast Polski Zachodniej w wiekach średnich.”. Wyd. Polski Związek Zachodni. Kraków 1946.
 To opracowanie dla konserwatorów na Ziemiach Odzyskanych miało ogromne znaczenie nie tylko dla praktyki, ale także dla kształtowania psychologicznego wizerunku zielonogórskich konserwatorów mających oparcie na poglądzie naukowym w swojej często uciążliwej pracy. To był ten argument, który dawał siłę w poczynaniach związanych z ochroną ponad czterdziestu zespołów miejskich ukształtowanych w okresie średniowiecza

Prawie pięćdziesiąt lat później [1993r.] Renata Schuman pisze: [„Święta dwu narodów”. Forum. 1993. nr. 45].
 „ Zasiedlenie części Europy wschodniej przez Niemców w XIII wieku sięgające aż po rdzenne obszary Polski i dalej aż na Bałkany, uchodzi w dziejach za jeden z najważniejszych procesów cywilizacyjnych na naszym kontynencie. Jak na pasie transmisyjnym przenosili emigranci niemieccy swoją rzymską-chrześcijańską spuściznę kulturalną na słowiański wschód”
Mniej więcej z tego samego czasu pochodzi zapis Andrzeja Tomaszewskiego: „ Wielkie style artystyczne średniowiecznej Europy - romanizm i gotyk- głosiły sztukę uniwersalną, ponadnarodową i ponadpaństwową, będącą wspólną własnością chrześcijańskiego Zachodu. Wielkie ośrodki tej sztuki: Włochy, Francja, Niemcy- wspólnie ją tworzyły. Ruchliwość panów fundatorów i ruchliwość artystów, przemierzających kontynent bez paszportów i wiz sprzyjała jednolitości sztuki”   [„Polityczne granice europejskich dóbr kultury”. W: Ochrona dziedzictwa kulturowego zachodnich i północnych ziem Polski. Warszawa 1995].

 Żyjemy w czasach bez cenzury. Jej wrota przeżarła rdza zakazów i nakazów. Wspólną Europę tworzyły także służby konserwatorskie.
Stanisław Kowalski, Wojewódzki  Konserwator Zabytków w Zielonej Górze, z przeszło dwudziestoletnim stażem na tym stanowisku i autor tego artykułu, pracę w komórce konserwatorskiej, rozpoczęli w roku 1956. Byliśmy po studiach z zakresu historii sztuki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Naszym szefem był Klem Felchnerowski, absolwent wydziałów: - konserwatora i sztuk pięknych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Trafiliśmy na wspaniałego szefa i bardzo szybko przyjaciela. W Jego polityce konserwatorskiej nigdy nie było problemu, do jakiego kręgu kulturowego należy zabytek, czy jest świecki czy sakralny. Decydowała metryka i wartość artystyczna. Jako artysta plastyk posługiwał się także kryterium estetycznym. To świadczy po dziś dzień o Jego mądrości. A trzeba pamiętać, że były to czasy, gdy wymazywano niemczyznę z terenów odzyskanych. Każdy zamek to junkersko-pruska budowla a każdy kościół to wróg ideologiczny. Niejednokrotnie negatywnym stosunkiem do zabytków miejscowi bonzowie budowali swój wizerunek polityczny. Były to jednak nie nagminne działania a raczej uciążliwe niechlubne wyjątki.

Profesor inżynier, Kazimierz Saski z Ministerstwa Kultury i Sztuki, Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków, orędownik przetrwania trudnych czasów mówił mi w roku 1960: „Jedynym kryterium to nasze sumienie”.

Dziennikarz Gazety Lubuskiej, Alfred Siatecki przeprowadzając obszerny wywiad ze Stanisławem Kowalskim zapytał: „ Opowiada się pan za tym, żeby Polacy remontowali budowle poniemieckie, jakich tysiące na Nadodrzu?”
„ Tak i jeszcze raz tak- odpowiedział konserwator - Mieszkamy w strefie dwu kulturowej. Zresztą to nie jest problem wyłącznie polski, taka sytuacja występuje w rejonach przygranicznych całej Europy. W naszym wypadku chodzi o zabytki obcej nam kultury, ale przecież są tu także zabytki z czasów piastowskich, które przetrwały tylko, dlatego, że Niemcy o nie dbali. Zresztą droga do wspólnej Europy nie przedstawia w tej kwestii żadnych wątpliwości” [„Stare miasta mają serce i dusze”. Gazeta Lubuska. nr.185. 10. VIII. 1995r.].

Żary, miasto średniowiecznego pogranicza, od początku swego istnienia uwikłane było w dramatyczną historię polityczną. Wymienione w źródłach w 1007 roku, kiedy to wydarł je dla Polski Bolesław Chrobry i utrzymywał prawie przez lat trzydzieści. Następnie „...zagarnięte zostało wraz z Łużycami przez margrabiów i włączone do Marchii Wschodniej. Liczne wysiłki książąt śląskich zmierzające do odzyskania Żar nie przyniosły trwałych rezultatów. Ich starania, a zwłaszcza zabiegi Henryka Brodatego, doprowadziły wprawdzie do odzyskania ziemi żarskiej, lecz tylko na okres przejściowy. W połowie XIV wieku Żary uzależnione zostały politycznie od korony czeskiej. Od zarania XVII do początku XVIII wieku należały do Saksonii a następnie do monarchii austriackiej. W roku 1815 weszły w obręb państwa pruskiego”. [ Stanisław Kowalski. „Zabytki województwa zielonogórskiego”. Lubuskie Towarzystwo Naukowe. Zielona Góra 1987 ss. 245- 246]. Dokładnie, 17. II. 1945r. ze zjednoczonych Niemiec ponownie wyrwała miasto historia polityczna. Żary powróciły do Polski z dramatycznym akcentem wymiany mieszkańców, gdzie obie strony, zarówno Niemcy jak Polacy, okaleczeni zostali na dziesięciolecia nie tylko przez wojnę, ale nade wszystko, przez dyplomacje. Dzieje wojny zapisały się absurdalnym paradoksem w dniu 11 kwietnia 1944r. Ponad sto czterosilnikowych bombowców skierowanych na Berlin, w wyniku pomyłki głównego nawigatora, zrzuciło śmiercionośny ładunek na słabo bronione miasto. Nalot nastąpił niespodziewanie i był całkowitym zaskoczeniem dla mieszkańców, którzy odczulili się na przeloty samolotów. Omyłka kosztowała życie ponad trzystu mieszkańców. Zginęli także zatrudnieni w niewolniczych brygadach Polacy, Francuzi i Holendrzy. [Jerzy Piotr Majchrzak.” Terra Sarowe”. Ziemia Żarska - czas i ludzie. Żary 1995. s. 113]. Właśnie ten atak był najpoważniejszym w dziejach wojennych miasta. Pożary spopieliły część zabytkowej zabudowy i poczyniły nieodwracalne szkody w pałacowej architekturze. Wtedy też ucierpiała zabudowa zlokalizowana wokół kościoła i sama świątynia. Podmuch eksplozji zmiótł całe pokrycie kościoła i zburzył południowe sklepienie nawy.
Miasto leczyło rany wojny. Pozostawały puste miejsca po wypalonych domach. Straszyła ruina pałacu Dziewinów, a szczególnie zachodnie skrzydło pałacowe odstawione od korpusu budowli niewyobrażalną wprost siłą wybuchu, wyrosło do rangi symbolu wojny.

Poeta, przyjaciel i orędownik polityki konserwatorskiej w Żarach Janusz Werstler w wierszu „Narodziny miasta” wspomina tamte bardzo już odległe lata. Wspomina jako świadek, a ja dodaję, jako współtwórca życia duchowego miasta.

„Wszystko naraz / trzeba było robić / cicho boleśnie / z zadławioną krtanią / I stanęło miasto / na własne nogi / Już się rozpiera / do życia gotowe / I buduje swój pejzaż / od nowa / a ty skąd / ja z Bukowiny / a ty / a ty / a ty / ja z Tarnopola / ja z Kałusza / ze Stanisławowa / ze Lwowa i Wilna / z Buczacza  Drochobycza / a co tam teraz / jeszcze świeże groby / jeszcze / tli się ojcowizna / tak jak tu / to pożoga zabrała nasz dom / het za Czeremoszem i Łomnicą Dniestrem / teraz moim Czeremoszem Odra / oswajam rzekę / oswajam oba jej brzegi / i mosty zburzone zbuduje / i w lustrze rzeki będę dorastał / i już jesteśmy / razem przy sobie / tak scaleni / jak skamielina / kamienic twoich / ściśle jak cegła do cegły /...”.[ Janusz Werstler. „Rozpytywanie sumienia” Dom Wydawniczy „Soravia” Żary 1998].

Władze próbowały jak najszybciej scalić ten etniczny kocioł. Na razie cementem była niepewność powojenna, udział wszystkich, zarówno decydentów jak i mieszkańców. Ale co to za lepiszcze? Zdawała jednak, jaki  taki egzamin, polityka podszyta nienawiścią do Niemców, stale utrzymywany stan zagrożenia, eksponowana wrogość polityków niemieckich, co nie było trudnym zadaniem w okresie tak zwanej zimnej wojny i żelaznej kurtyny. W tej sytuacji, wprost trudno się dziwić, że wszystko, co nosiło ślady niemczyzny, w początkowym okresie, w ramach rewanżu za zniszczenie naszego kraju, skazywane było na zagładę. Zadaniem pracowników resortu kultury, było poszukiwanie dziedzictwa kulturowego o słowiańskich korzeniach, i piastowskim pochodzeniu. Poszukiwano tych śladów na starych cmentarzach, w zniemczonym nazewnictwie wielkich rodów jak i małych miejscowości, w kształcie wsi a nade wszystko w zabytkach kultury. W takiej sytuacji konserwatorzy, aby uchronić istotne wartości, dopuszczali się nadużyć naukowych. Dorabiali metryki, w wątpliwych związkach z macierzą szukali usprawiedliwienia odbudowy pałaców, zamków obronnych itp. Sprzyjała tej polityce szeroko zakrojona działalność propagandowa, w której nawet „Odra szumiała po polsku”. W początkowym okresie, nawet jako tako zachowane pierzeje starówek, były traktowane jako materiał budowlany dla Warszawy. Odbudowa stolicy kraju dla każdego Polaka była sprawą poza wszelką dyskusją.

Gdy po upływie prawie pół wieku przypominam sobie argumenty służące ochronie zabytków, nie mogę pozbyć się ironicznego uśmieszku nad pomysłowością w poszukiwaniu racji takich, jakie w tamtej epoce były skuteczne. Gdy kazano mi wziąć na plecy katedrę w Gubinie i zabrać ją do Zielonej Góry, przypomniałem sobie, że wieża ma attykę podobną do tej na sukiennicach w Krakowie. „...żarski ratusz w czternastym stuleciu był budowlą podmurowaną, na planie prostokąta z masywną kwadratową wieżą. Wewnątrz gmachu, na przelotowej osi wschód-zachód pobudowano kramy. Jan Muszyński zauważył, ze podobieństwo rozplanowania wewnętrznego do krakowskich sukiennic jest uderzające” pisze Piotr Jerzy Majchrzak w cytowanej już „Terra Sarowe”. Komu to szkodziło, że Bytom Odrzański to nasz Sandomierz i Kazimierz nad Wisłą, razem wzięte, skoro z gorącą troską odbudowywał rynek Przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej, widząc wzór w tamtych miastach wynikający miedzy innymi z lokalizacji nadrzecznej, a nade wszystko pamiętał o zagrożeniu rozbiórki na „cegłę dla stolicy”.  Dla Michała Winogrodzkiego w Bytomiu Odrzańskim jak i dla Czesława Chabury, Przewodniczącego w Kożuchowie, każdy argument był istotny do zneutralizowania polityki wrogów obiektów zabytkowych. Zasług takich ludzi nie sposób przecenić. Wygląd miast w których sprawowali władzę w latach pięćdziesiątych, im zawdzięcza swoją wartość, tak przydatną w naszych czasach. Można by mnożyć przykłady, gdy powoływano się na związki z Wielkopolską, Pompeo Ferrari, budowniczy wschowskiej kaplicy z podobną wzniesioną w ambicie katedry gnieźnieńskiej, czy na przyjaźń Ferdynanda Schinkla, autora sali obrad w ratuszu kożuchowskim z magnatem wielkopolskim, Raczyńskim. Trzeba jednakże starać się zrozumieć ludzi władzy.

Przez wiele lat po wojnie na remonty kapitalne nie przewidywano środków finansowych. Rozpadające się ruiny szpeciły miasto, powodowały zagrożenie sanitarne. Najkorzystniej było je usunąć. Taka ostateczna operacja chirurgiczna. Precz z zagrzybianymi kamieniczkami, wynocha ze śmietniskiem w obrębie murów wraz z resztkami systemu obronnego miasta. Zbędny jest na wpół wypalony pałac i przystań na Odrze, z której nikt nie korzysta, podobnie jak z kościoła „protestantów, kalwinów czy innych Lutrów”. Często niedokształconych urzędników awans władzy przerósł i oślepił. Poza tym ideologiczny pistolet stale był pod ręką.

Powróćmy jednak do Żar.
Dzisiaj, kiedy czytam Stanisława Kowalskiego, „...mimo znacznych zniekształceń historycznego układu, spowodowanych zniszczeniem w czasie ostatniej wojny dużej liczby domów oraz nową zabudową, jądro zabytkowego rozplanowania z rynkiem i wybiegającymi z niego głównymi ulicami, zachowało się bez większych zmian. Stanowi ono wraz z ocalałą częściowo starą zabudową mieszkalną oraz  monumentalnymi założeniami architektonicznymi kompleksu pałacowo-zamkowego i dawnego kościoła parafialnego z otoczeniem, zespół urbanistyczny o dużych wartościach zabytkowych,” to przekonany jestem, że mądrość argumentacji nie wynika z prawd obiektywnych tylko od sprawdzonej w praktyce użytecznośći.

Śmieje się płacząc, wspominając tamte osobiste przeżycia i cenę zdobywanych doświadczeń. Usypałem z tego wszystkiego mały kurhanek przewag, drobnych sukcesów dyplomatycznych, wraz z małymi i większymi zniewagami. Upokorzenia były wtedy prawie nagminne przy zetknięciu się z władzą. Zagrożenie unicestwienia zabytku wraz z historią zapisaną w jego murach i źródłach wiążących obiekt z dziejami kraju czy nawet Europy  [propozycja rozebrania pałacu w Żaganiu], doprowadzały konserwatorów do desperacji i autentycznej rozpaczy. „... przypuśćmy, że pozwolimy zachować ruinę tego kościoła [dotyczy kościoła pod wezwaniem Św. Mikołaja w Głogowie] czy zapewniacie nas, że nie zostanie on odbudowany ”. Tak pytał Kierownik Wydziału Wyznań konserwatora zabytków. Ale na to pytanie, odpowiedzi już szczęśliwie, udzieliła historia.


                                                                       Jan Muszyński ,lipiec 2000r.