niedziela, 11 maja 2014

O żurawiach do Przyjaciół

Kochani Reniu i Jasiu, piszę ten list wrzący od emocji i opętany pasją na temat żurawi, totalnym olśnieniem i euforycznym doznaniem, magicznym i realnym.

Byłem wtedy studentem drugiego albo trzeciego roku studiów na UAM w Poznaniu. Wujek zaprosił mnie do Witnicy, niedaleko Gorzowa. Mieliśmy podejść żurawie, płochliwe i trudne do podglądania. Był mroźny poranek, ale chwilami przywiewało smużką ciepłego tchnienia. Czekaliśmy w napięciu nieco ukryci w oczeretach. Po 60- dziesięciu latach znalazłem opis fantastyczny. kapitalny, pod którego wrażeniem pozostaje po dzień dzisiejszy. To wręcz metafizyka. Jasiu, samemu trudno w to uwierzyć.Sześćdziesiąt lat minęło od tego zapierającego dech spektaklu.
"I przyszły szare, niby w mrok odziane ptaki, z długimi czerwonymi pióropuszami. Wielkie, o długich nogach, wysmukłych szyjach i małych głowach ukazały się nagle, wywołując dziwne podniecenie. Posuwając się naprzód obracały się w koło, na poły fruwając, na poły tańcząc. Podnosząc z wdziękiem skrzydła, poruszały się z niesłychaną szybkością. Była to niby gra szarych cieni, którą oko zaledwie śledzić zdołało. Jakiś osobliwy czar tkwił w ich ruchach i wszyscy, którzy dotychczas nie byli na górze, teraz zrozumieli, dlaczego całe to zebranie nosiło nazwę tańca żurawi. Taniec ten miał w sobie pewną dzikość, tylko że uczuciem, które dzikość ta wzbudzała, była czarowna tęsknota. Nikt już nie myślał o walce, natomiast wszystkie te istoty skrzydlate i bezskrzydłe czuły teraz chęć uniesienia się wysoko, jak najwyżej, ponad obłoki, aby zobaczyć, co one kryją. Taką tęsknotę do tego czego nie da się osiągnąć, zwierzęta odczuwają tylko raz do roku, a mianowicie tego dnia, kiedy widzą wielki taniec żurawi".
     Opis szwedzkiej pisarki Selmy Lagerlof, z książki „Cudowna podróż”.

Pod wrażeniem tego spektaklu pozostałem do dnia dzisiejszego. Nawet zamówiłem obraz u Józka Burlewicza, który maluje z natury i trudno Jemu podejść te ptaki. Przystał jednak na komplet fotografii i obiecał, ze weźmie się do roboty. Żurawie w sztuce pojawiły się, głównie  za sprawą Chełmońskiego. Kiedy zmarł ojciec Józefa Chełmońskiego w roku 1870, syn, żurawia potraktował metaforycznie. Jako czarny smutek zanikający w depresyjnej mgle. Jest to obraz niezbyt duży, zbliżony do kwadratu [50x50]  mało znany w historii sztuki. Przygnębiający smutek i opłakiwanie jednak minęło, co poświadczają kolejne dzieła. Z roku 1910. - Żurawie,Powitanie słońca i z 1913, - Żurawie o poranku.
Są to wspaniałe dzieła, o dużych formatach, przekraczających, każdy z nich, dobrze ponad metr. Są ozdobami kolekcji muzealnych, wiele też znajduje się w prywatnych zbiorach.    O Boże, ale się rozgadałem.

Kochana Reniu i Drogi Jasiu
Nie mogę uwolnić Was od przekonania, że jak się trafi w zasięgu wzroku lekarz, każdy się czuje w obowiązku powiadomić go o swoich chorobach. A więc u nas jest, jak jest. Znacie to z rozmów telefonicznych.
Do Bożenki codziennie jeździmy. Teraz to jest bardziej dla nas, jak dla Niej. Ważne, że ma apetyt na nasze , pokrojone w plasterki jabłko i połowę banana. Potem idę z Bożenką na kolacje i pozostaje tak długo aż połknie leki, co nie jest takie proste.
Pozdrawiam i zapewnia o swojej wdzięczności i miłości. 
                                                                                   Janek

sobota, 8 lutego 2014

Do przyjaciół z ul. Fabrycznej w Zielonej Górze

 Halinko i Witusiu
Nie jest łatwo z wygnania pisać do Przyjaciół bez użalania się na los. Tak więc w jednym zdaniu; - „Starych drzew się nie przesadza”.
 W Zielonej Górze byłem nieprzerwanie od 1956. do 2013.  [57 lat]
 I jak tu się kurwa pogodzić z takim przemieszczeniem, którego nie mogę osobiście ogarnąć. Bohatersko powiedziałem, że Bożenusi nie opuszczę. Przyrzekłem sobie, że nawet czołgając się będziemy razem.. W takim optymistycznym postanowieniu pomagała moja wnuczka, Ludmiła, córka Doroty, która zdobyła średnie wykształcenie, z zakresu opieki nad starcami, ale w Zielonej Górze, sprzedawała buty, a znają dobrze angielski, [ojciec prowadził szkołę językową] wyjechała podcierać dupy Angolom, Wtedy ja zostałem kucharzem, robiłem pranie, chodziłem po zakupy, sprzątałem, aż pewnego dnia pojawiły się objawy ostrzegawcze udaru mózgu. Zabrało mnie pogotowie, lekarze orzekli, że mam szczęście, bo stan się nie zdążył utrwalić i z diagnozą afazja, na własną prośbę, opuściłem mury służby zdrowia. Szczęście to ja miałem, gdyż dzień wcześniej przyjechała wnuczka z Poznania, i Ona energicznie zadziałała, gdy mi odjęło mowę i sparaliżowało ciało.
Lilusia zarządziła przeprowadzkę, gdyż ta afazja to jest zapowiedź, że udar może się powtórzyć i wtedy już nic mi nie pomoże, gdy będę sam w Zielonej. Dostaliśmy do dyspozycji pokój, wszelkie urządzenia do walki o zdrowie, ale niestety, po upływie pól roku, wszyscy już byliśmy chorzy. Teraz Bożenka jest w specjalistycznym, całodobowym domu opieki. Codziennie ją odwiedzamy. Ja żyję w poczuciu alzheimerowskiego oksymoru. Cieszę się, ze Bożenka na nas nie czeka, że nie chce, abyśmy pozostali i równocześnie cierpię, że nas nie poznaje. Nieraz  mówi do mnie, „tatulku”, ale zaraz się oddala.
Andrzej Czarkowski, mój drogi szwagier, profesor? z Sulechowa [wyższa szkoła zawodowa], jak poszedł na emeryturę to truje dupę, że cierpi, gdyż czuje się niepotrzebny. Wobec tego aby go pocieszyć określiłem swoje samopoczucie.
- Stoję na wąskiej kładce, ograniczonej ścianami. Opieram się, wtedy gdy czuję osłabienie i gdy nachodzi na mnie przejściowe zaburzenie widzenia, zazwyczaj w wybranym przez przypadek, oku. Także szukam oparcia gdy chód mój staje się niepewny i następują niekontrolowane zawroty głowy. Jednym zdaniem, w sensie dosłownym, kiedy czuję, że jest już prawie pozamiatane, wtedy to oparcie pozwala mi jeszcze trwać. Jedna ściana nazywa się „smutek” a druga „depresja”.
Tak. - Alleluja i do przodu, jak mówi pewien rudy facet. Musimy jednak wiedzieć, że „rudzielce są fałszywe” i mimo takiego hasła może na końcu korytarza pojawić się słowo, „paranoja”.

Halusiu i Witku
Żyjemy w tym Poznaniu. Każdy dzień jest podobny. Lilka przyjeżdża z pracy ja już czekam ubrany i jedziemy na ulicę Konarskiego. Tam jest ten państwowy dom opieki na ludźmi przetraconym przez życie. Tak brawurowych działań twórczych, z ludzkim ciałem, dokonanym przez pozbawioną chaosu naturę, nigdzie byście nie spotkali. Zapewniam Was, że wprost trudno sobie wyobrazić, aby człowiek  brzmiało dumnie, jak pewien kolaborant literacki oznajmił przy pomocy złowieszczej doktryny, wypełniając ją  ideologiczną, rzekomo naukową, komunistyczną treścią.  
Wnuczek, ten sam który był  podnoszony na sztywnych nóżkach, przez dziadka, pod lampę, zrobił o mnie film. Takie epitafium. Skończył w Łodzi, jak mówi „filmówkę”. Zrobił kilka filmików reklamowych, ale teraz z żoną prowadzą sklep internetowy z eko-żywnością. Dzisiaj przywiózł mi karpia w galarecie za 25 zł. Starczy dla całej rodziny i psa, który w domu jest najważniejszą osoba. Gdy wychodzą z domu, córka i dwie wnuczki , zostawiają światło w przedpokoju, bo piesek boi się ciemności. Suki syn wyciągał z wiadra śmieci. Wsadziłem mu łeb do wiadra i walnąłem parę razy w to metalowe wiadro, wykrzykując głośno; -  wiadro. Teraz gdy tylko wypowiem, „wiadro”, piesek kuli ogon i idzie do kojca. Tutaj przydał się radziecki uczony. Pawłow, tak jak Wołow, od którego powstała dupa wołowa.
Musiałem odszukać Wasz adres, gdyż kalendarzyk z adresami i telefonami pozostawiłem w Zielonej. Dlatego tyle trwało to pisanie.  Kłaniam się Halusi, pięknym Paniom, a Tobie ściskam prawicę, tylko bez żadnego chorobliwego skojarzenia.
              Jan Muszyński, na wszelki wypadek podaje Tobie lewą rękę.      

List do prokuratora przyjaciela z ul. Fabrycznej

Idę sobie spokojnie do domu, a tu nagle do krawężnika podjeżdża taksówka, otwierają się drzwi i słyszę: - Szefie, niech szef siada, – ale nie wiem, kto to mówi, gdyż widzę tylko nogi i rękę, która wyraża gest zaproszenia. Cała scena trwa chwilę, gdyż ze względu na ruch wsiadam szybko i doznaję szoku poznawczego. Otóż zaprosił mnie do swojej taksówki, mój wieloletni, oficjalny opiekun z ramienia SB, Adam Politowski.

 Witusiu
Czy istotnie jest sens pisania o przygodach politycznych w PRL, gdy teraz wylewa się ten temat ze szpalt gazet, niczym gówna z przepełnionego beczkowozu. To szambo teraz dopiero się wybiera, smród duszący miesza się z kadzidłem, przyjaciele okazują się kurwami z charakteru. Trzeba to zaznaczyć, aby nie obrażać zawodowych prostytutek. Mimo, że nie dotyczy mnie los „Resortowych dzieci” jestem oburzony na autorów tej pozycji, gdyż jest to nawiązanie do ciemnych  lat stalinowskich, gdy karano dzieci tak zwanych „wrogów ludu”, z dramatycznymi konsekwencjami.  
Gdy przyjechałem do Zielonej Góry i już byłem na dobre zaprzyjaźniony z moim szefem, Klemem Felchnerowskim i jego piękną Eweliną, [ synowie Klema, Armand i Tytus, wychowywani w koszu od bielizny na Fabrycznej 20, na stałe wyjechali do Niemiec, Księżna z Jabłonowskich, Ewelina jako nieco infantylna staruszka, jest nadal czynna towarzysko w stetryczałym zielonogórskim środowisku, powołującym się na szlachetne pochodzenie ], nagle otrzymałem telefon, że czeka na mnie przyjaciel z Gniezna w „Poloni”. W sali owalnej na pierwszym piętrze. Klem, u którego się zwolniłem, zdążył mnie jeszcze poinformować, że ten mój przyjaciel to na pewno homoseksualista i abym po spotkaniu poszedł do kierownika Wydziału Zdrowia w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, który nie krył się ze swoją orientacją, z radosną informacja, że oto do naszego miasta przybywa z samego Gniezna kochający inaczej 
– wtedy tak się nie mówiło – tylko, że przybywa nowy „miłośnik czekoladowej gliny”. Klem znał to środowisko przez naszego pracownika, którego Ty także poznałeś. Nie, Wituś, nic nie sugeruję. Ty go poznałeś z racji pełnionej funkcji prokuratora. On się nazywał Zenon M. i był seksualnie związany z owym Tomkiem z Wydziału Zdrowia. Ale nie za to go zamykaliście, tylko za tak zwane „martwe dusze”, które  wpisywał z kierownikami budów, nieistniejących pracowników, na listy płac.  
Salka owalna w „Poloni”, jako miejsce spotkań owych homoseksualnych zwolenników, jakoś wówczas nikogo specjalnie nie mobilizowała do walki na „wartości”. W sensie ścisłym, poglądy homoseksualistów, nikogo nie mobilizowały do walki, a władza nie sięgała do politycznej oceny ich seksualnych grzechów.
W każdym razie, dzisiaj „Polonia” ze swoją przeszłością, nie jest do zaakceptowania przez fundamentalistyczną prawicę, której brak w Zielonej Górze.
Z Gniezna nikogo nie oczekiwałem, to też z ogromną ciekawością rozglądałem się po tej prawie pustej sali, gdy przywołał mnie do stolika facet, którego pierwszy raz w życiu zobaczyłem. Wskazał mi krzesło obok i powiedział, że przekazuje mi pozdrowienia od mojego znajomego Mieczysława Krywulta, z którym „malowałem gnieźnieńską katedrę”, na kartkach imieninowych, co uprzejmie zaznaczył. Istotnie, zaprzyjaźniłem się z artystą malarzem o takim nazwisku, to był mój pierwszy nauczyciel, z którym chodziłem nie tylko w plener, ale wiele razy na ryby. Miałem nawet akwarelę pokazującą nasze ulubione łowisko w Wierzbiczanach, ale podarowałem ją mojej gnieźnieńskiej rodzinie, gdy nad tym jeziorem wybudowali sobie domek, właśnie z widokiem na miejsce naszego wędkowania.
Mój węch wytrenowany we Wrocławiu, [WW2 ul.Sądowa], bez pudła pozwolił mi wywęszyć w nim funkcjonariusza bezpieki. Siedziałem pełen uwagi, a on się męczył, nawijał o wspólnych znajomych, że niby wszystko o mnie wie, a ponieważ byłem dosyć spięty, zdecydował, że się napijemy i zamówił po 100 gram. Wypiliśmy i ja ambitnie zamówiłem także kolejne100 gram. Opanowała mnie fałszywa radość, - radość, że mamy  wspólnych znajomych i mamy temat do rozmowy, oraz kolejnych spotkań,  które, on w sposób dosyć otwarty, zapowiedział. Ta perspektywa znowu wywołało u mnie zadowolenie do tego stopnia, że przywołałem następną kolejkę. Potem on postawił, aby nie być dłużnym i ja ponownie. On został w tej „Poloni”, a ja tylko dlatego się wyczołgałem, że dwa razy poszedłem się wyrzygać. Gdzieś po miesiącu spotkał mnie w Klubie Dziennikarza, ale nie doszedł, tylko znacząco się skrzywił, co widocznie u niego miało być konspiracyjnym porozumieniem. Potem w Klubie z premedytacją i rozmysłem rozpowiadałem znajomym, że on jest pracownikiem Służby Bezpieczeństwa i że sam mi to w „Poloni” powiedział. Liczyłem się z tym, że ten brak konspiracji, z mojej strony, do niego dotrze. Oczywiście, dziennikarze wiedzieli, że nazywa się Stefan M. i że lubi sobie dać w gaz. Kiedyś jeszcze, w towarzystwie Klema, także w klubie, zwróciłem się do niego: - Stefan, ale w tej „Poloni” to mnie spiłeś, -. Nie odpowiedział, tylko z obrzydzeniem się oddalił.
Witek. Mogę jeszcze dodać, że był podpułkownikiem, [pod koniec PRLu], że miał wydęte wargi, że bardzo był kudłaty, że był miernej postury, że stale wyglądał na złachanego i robił wrażenie niedomytego. Generalnie to był palant, który, mimo wiedzy, o mojej przeszłości uznał, że po 1956. roku wiele się nie zmieniło, gdyż postanowił abiturienta z ulicy Sądowej we Wrocławiu, wyposażyć w warzywo w gwarze więziennej zwane „kapustą”. Widocznie sądził, że mój strach przed SB trwa nadal. To był mój pierwszy kontakt i nie sądzę, aby został odnotowany jako sukces pracownika operacyjnego. Zastanawiam się tylko jak rozliczył kasę.
Drugie, godne odnotowania spotkanie z tą samą branżą, przez którą łatwo w gówno można było wdepnąć, miało miejsce w Lubuskim Towarzystwie Naukowym, gdzie pełniłem zaszczytną funkcję sekretarza.
Niestety, muszę prosić Ciebie o cierpliwość, gdyż nie od razu mogę przystąpić do tak zwanego meritum.
Gdy uznano, że Gierek i Grudzień, po skończonym technikum, mogli mieć przyznane tytuły inżynierskie, to w tym samym czasie, wydano także zarządzenie, że aby otrzymać stopień pułkownika trzeba mieć wyższe wykształcenie. Oblegano wtedy Wydziały Prawa  i Administracji na Uniwersytetach i tam masowo poczęli męczyć się podpułkownicy. Profesorowie nie mieli jak zwykle czasu i egzaminowali, tych poubieranych w większości w cywilne ciuchy, oficerów złośliwi asystenci. Oni nawet nie pytali o zawód, po mowie ciała i gestach poznawali, że to służby mundurowe. Nawet, gdy taki wszedł na egzamin, to nie mógł się powstrzymać, aby dzień dobry nie powiedzieć na baczność.  Większość asystentów dziwnie zaś nie lubiła Milicji Obywatelskiej.
Prezes Lubuskiego Towarzystwa Naukowego, prof. Jan Wąsicki był bardzo zaprzyjaźniony z władzą [Poseł na Sejm, sekretarz organizacji partyjnej na Uniwersytecie Poznańskim], stale zabiegający o jej, to znaczy władzy, względy, wyraził zgodę, aby seminaria magisterskie odbywały się w siedzibie Towarzystwa przy ul. Wiśniowej. Profesorowie wrocławscy nie okazali entuzjazmu, aby seminaria odbywały się w siedzibie Komitetu Wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej. 
Opiekunem naukowym został prof., Józef Popkiewicz, prorektor Politechniki Wrocławskiej a później rektor Akademii Ekonomicznej, wspaniały profesor z dużym poczuciu humoru. Profesorowie, którzy przyjeżdżający na zajęcia zaakceptowali także spotkania w Lubuskim Towarzystwie Naukowym. Technicznie wyglądało to tak; że wołga przywoziła z Wrocławia wykładowców i egzaminatorów, a po zajęciach jeszcze raz robiła tę trasę. Zajęcia trwały kilka godzin. Gdy wykładowcy byli na trasie, przyszli magistrowie dawali sobie luz. To odreagowanie trwało także jakiś czas. Ja byłem gospodarzem tego obiektu i musiałem wyjść ostatni. Możesz sobie wyobrazić reakcje Bożenki, – po moim powrocie. Po jakimś czasie byłem zakolegowany ze szczytem policyjnej władzy, to znaczy z gmachu, który Ty także zawodowo zachowałeś w pamięci. Prawie byłem pewny, że byli zainteresowani abym tak długo był przydatny, aż nie zakończą wejścia na drogę naukową. Musze Tobie Witku przyznać, że pomyliłem się w moim sądzie, gdyż życzliwość okazali mi w najmniej spodziewanym wydarzeniu.
Pewnego dnia telefon:
- Panie Janku postanowiliśmy pana poinformować, że jest to bardzo ambitna inicjatywa prywatna i proszę nie wiązać tego z nami.
- Ale, o co chodzi?
- Proszę słuchać, - przyjdzie do pana gość z propozycją, z własnej, powtarzam inicjatywy, to nie jest decyzja kierownictwa. Może go pan wyrzucić za drzwi, no chyba, że zechciałby pan pójść na współpracę.
 - Ale…kto…Jezus Maria?!?!!!…    
- będzie w brązowym garniturze z różowym krawatem i w sandałach, zaznaczam, nie ma takiego prawa. Jako członek partii może się pan obrazić, nawet mocnymi słowami…
-Ale, kto mówi, o co chodzi?
- no wie pan, - kto mówi?, - co pan jest dzieckiem?
I nastąpił trzask odkładanej słuchawki.
Witku! Naprawdę byłem zdenerwowany.
Za mniej więcej dwie godziny; -  Zgadza się! Sandały mocno zużyte! Różowy krawat i brązowy garnitur!. Tak kurwa, to na pewno on. Jeszcze nie zaczęliśmy rozmowy, a ten pierdolony palant pełen uśmiechów.
- Słucham uprzejmie. Stwarzam także przychylną atmosferę. On informuje mnie, że chciałby pisać prace magisterską. Męczy się, kluczy, okazuje się, że nie ma skończonych studiów, ale pozostał mu tylko jeden egzamin i wreszcie wydukał, że interesuje go miejscowa kultura. Życzliwie wskazuję na drukowane materiały, omawiam literaturę przedmiotu, informuje gdzie są do tematu archiwalia, on ośmielony mówi, że raczej chodzi nie o to, co jest pisane, ale co prywatnie mówi się w środowisku, jakie ma przekonania Wiesław Sauter, co tak naprawdę myśli i mówi Janusz Koniusz, albo Władysław Korcz …że te informacje byłyby płatne, nie za dużo, ale zawsze…każdy grosz się przyda…
Gdy długo milczę, mówi żebym się zastanowił i zabiera się do wyjścia.
Wtedy pytam, kogo mam o tej propozycji poinformować i tutaj wymieniam nazwiska wszystkich podpułkowników, seminarzystów. On jest zaskoczony i gdy przez dłuższy czas nic nie przychodzi mu do łba, łaskawie stwierdzam:
- No tak, chyba z byczego chuja pan się zerwał, aby złożyć mi wizytę. Obejdzie się bez widzenia. Żegnam.
[Wiesław Sauter, dr historii, członek Związku Literatów Polskich, znany z okresu międzywojennego jako działacz „Polonii” na pograniczu. Janusz Koniusz, z Komitetu Wojewódzkiego PZPR, poeta, wydał kilka tomików, oddelegowany do pracy w Lubuskim Towarzystwie Kultury, Władysław Korcz, turysta wbrew własnej woli, nad pięknym zwierzęcym środowisku rejonu Kołymy ].
W roku 1976. przestałem pełnić funkcję sekretarza Lubuskiego Towarzystwa Naukowego gdyż zostałem najważniejszym urzędnikiem w Muzeum. Była to moja trzecia praca zawodowa i zawsze, - „ były to propozycje nie do odrzucenia”, jako, że inicjatywa wychodziła ze strony PZPR.

 Witku, była taka partia i ja tylko dziękuje Panu Bogu, że nie zaproponowali mi jakiegoś stanowiska w jej łonie, bo zapewne byłbym dzisiaj jeszcze bardziej odsądzonym od czci i wiary, postkomuchem. Trzeba jednak przyznać, że władza nadal się mną opiekowała. Oficjalnie syn pułkownika Pilitowskiego, Adam Pilitowski, ten z pierwszego akapitu tego listu. Jak widzisz to już było drugie pokolenie umocowane w tej samej służbie. Wizyty jego były częste. Wchodził do gabinetu niezależnie od sytuacji. Przyzwyczaił się do mnie do tego stopnia, że mówił: -No i co tam nowego szefie?  Najczęściej ubolewał, że znowu plotkują, że zostanę odwołany i należałoby coś z tym zrobić. Wreszcie, kiedy już znudził mnie tym straszeniem, poinformowałem, że mam dosyć tego stanowiska, ze względu na płace i poprosiłem o pomoc w znalezieniu pracy w gastronomii, gdyż jestem po Technikum Gastronomicznym i mam także wykształcenie ekonomiczne gdyż skończyłem Technikum Handlowe.. Powiedziałem, że będę mu wdzięczny, a także moja żona i dzieci, jako, że pracując w restauracji zapewne będzie można załatwić sobie w stołówce zakładowej tańsze i lepsze obiady. Adam Politowski, jako bardzo mi życzliwy, był strapiony, ale obiecał pomoc. Istotnie, w ramach pomocy, zorganizował ciekawy spektakl. Pewnego dnia przyszedł w towarzystwie drobnego wymoczka z fryzjerskim wąsikiem. Ten facecik zaproponował mi rozpracowanie „Solidarności” w Teatrze. Tak dla informacji dodaję, że w naszym województwie właśnie w Teatrze powstał Międzyzakładowy Komitet Założycielski w Zielonej Górze. Sekretarzem został Konrad Stanglewicz, który pracował w Lubuskim Towarzystwie Kultury, które mieściło się przy ul. Wiśniowej w tej samej wilii gdzie było Lubuskie Towarzystwo Naukowe. Siłą rzeczy znaliśmy się i co tutaj dużo gadać SB wiedziało, że w latach, jeszcze przed „Solidarnością” byliśmy kumplami.
Powiedziałem, że kapusiami się brzydzę i wiem, co takich facetów czeka. Ten o wyglądzie fryzjera starał się być arogancki a Adam udawał tego dobrego, starając się łagodzić atmosferę. Wreszcie ten zły, ustalił godzinę i dzień, w którym mam się zgłosić na ulicę Partyzantów. Pilitowski udawał głęboki smutek z tego powodu, że nie może mi pomóc, ale niestety, to na moje wyraźne życzenie i braku dobrej woli na patriotyczna propozycję.
Ten gmach, jak i całe rozwiązanie przestrzenne bardzo mi się podobało. Oczywiście tylko ze względów architektonicznych. Przypomniałem sobie jak to bywałem z Tobą i Panem Rynowieckim w Prokuraturze. Jakie to były dobre czasy. Tam też poznałem Alka Merdę, z którym los mnie związał na kilka lat, pracował w Muzeum, i wiele mu zawdzięczam w wykryciu złodzieja muzealnego, którym okazał się mój zastępca. Aby było bardziej kurewsko, trzeba uczciwie dodać, ze ten mój zastępca, jako współpracownik S.B. co po latach ewidentnie zostało dowiedzione, działał wspólnie z wymienianym Adamem Pilitowskim. Ale to osobny temat.
Poszedłem przygotowany i wściekły na tego wymoczka.
Milicjant z dyżurki, kazał mi poczekać, aż ktoś po mnie przyjdzie. Czekałem czytając książkę, którą przezornie sobie zabrałem. Ten kutas co mnie wezwał, dwa razy zajrzał, ale dopiero po dobrej godzinie, przez długie i liczne korytarze zaprowadził mnie do swojego pokoju. Najbardziej paradne było to, że kiedy weszliśmy do środka zamknął drzwi na klucz. Następnie ustawił krzesło koło biurka, otworzył szufladę, dosyć długo grzebał w niej, a ja pomyślałem, że durniowi brakuje na biurku tylko pistoletu.
Zadał pierwsze pytanie i zresztą jedyne.
- Dlaczego tak nienawidzicie Służby Bezpieczeństwa?.
Drogi Witku. Przysięgam na wszystko, co dla mnie drogie, że tak właśnie brzmiała jego ciekawość. Chwilę milczałem. Widziałem, że bić już nie wolno, zresztą nie było powodu. O ile postanowili, że trzeba mnie zwolnić z tego dyrektorskiego stołka, to pies ich jebał. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Znudziła mnie ta kurewska inwigilacja. Nie tyle się jej bałem, ile obrzydziłem.
- Mówiłem bez przerwy długo. Bardzo długo. Ani raz mi nie przerwał. Gdy pokazywał abym przestał, gdy lewą dłoń pionowo unosił a prawą poziomo ją przykrywał, co miało znaczyć abym kończył; - mówiłem nie, niech pan słucha, nie lubię Służby Bezpieczeństwa przez takich ludzi jak pan, niech pan nie przerywa tylko słucha… Powiedziałem jak przesłuchiwali we Wrocławiu, jak było w więzieniu, jaki głód panował, jak było zimno, jakie kary stosowali i za co. Jednym słowem ulżyłem sobie po raz pierwszy w taki otwarty sposób w odniesieniu do ludzi, którzy mieli poczucie, że wszyscy są pełni przerażenia, przed szyldem S.B. i jego funkcjonariuszy. Dodałem, że pochodzę z rodziny, gdzie pierwszy zdobyłem wyższe wykształcenie, że Polsce Ludowej wszystko zawdzięczam, że jestem lojalnym obywatelem, że karę poniosłem za swoją młodzieńczą fantazję, że chyba coś zrobiłem o ile Minister Kultury przyznał mi nagrodę pierwszego stopnia za ochronę dóbr kultury i rozwój muzealnictwa, że byłem przez dwie kadencję radnym a przez jedną przewodniczącym Komisji Kultury, byłem członkiem Narodowej Rady Kultury… widziałem jak kapusia w ziemię wdeptali na dworcu w Poznaniu w czerwcu 1956 roku, jak ochoczo wybiliśmy zęby donosicielowi w Gnieźnie, mimo że to był nasz kolega z klasy. A teraz człowiek, który mógłby być moim synem, ze względu na wiek, przychodzi do mnie w towarzystwie pracownika Służby Bezpieczeństwa, służbowo, do państwowej instytucji, straszą mnie utratą stanowiska, zmuszają do donosicielstwa za cenę dyrektorowania…Proszę bardzo, proszę mnie odwołać, bo donosicielstwa nie udźwignę, a sam wypowiedzenia dla siebie nie napiszę.
To ostatnie zdanie wygłosiłem po konsultacji z Janem Dworakiem, z którym leżałem w Sanatorium w Kamiennej Górze w jednym pokoju przez kilka miesięcy. Stale mi opowiadał o Żydach i jak walczył w partyzantce u Korczyńskiego. Dopiero jak go odwiedzili milicjanci to dowiedziałem się, że pracuje w organach. Był ważną figurą i stale chodził po cywilnemu.  Jana Dworaka i mnie związało wspólne szpitalne cierpienie. Temu Jasiowi powiedziałem, [on już nie żyje], że muszę iść na taką rozmowę. On mi doradził abym na końcu wygłosił taką kwestię o odwołaniu, oraz powiedział, że o całej sprawie powiadomię Komitet Centralny naszej partii, jako wieloletni członek PZPR. Ale już taki groteskowy nie byłem, gdyż wiedziałem, że jak zechcą człowieka zgnoić to zawsze znajdą sto powodów.
Pan funkcjonariusz mój słowotok wysłuchał raczej bez entuzjazmu, potem bez słowa wyszedł, ale drzwi zakluczył. Długo czekałem. Wrócił z kawą i właściwie nie pamiętam ani słowa z dalszej rozmowy, tym bardziej, że to był jego oszczędny monolog Natomiast dobrze pamiętam, że nic nie podpisywałem, zresztą nikt mi nie proponował jakiegokolwiek wypełniania ankiety, czy składania podpisu. Dopiero w biurze puściły mi nerwy. Wiele lat prowadziłem pamiętnik. Duże, grube księgi. Wszystkich nie zachowałem, tylko te od stany wojennego, gdzie notowałem wydarzenia bardziej oględnie. Sądzę, że ze strachu.
Zachowałem je. Dzisiaj nie mogę dokładnie odczytać, co zapisałem po tej wizycie. Przyznaję, z kasy pancernej wyjąłem pół litra i samotnie się upiłem. Z żalu nad sobą się także rozkleiłem, ale to nie ja płakałem. To wódka płakała i zamazywała zapis o gnoju, w którym mnie unurzała Polska Ludowa.
Jestem ciekawy czy mam teczkę, chyba tak, bo przecież pan, najpierw porucznik a potem kapitan, jeszcze potem taksówkarz, Adam Pilitowski, zapewne musiał pozostawić jakiś ślad z tych odwiedzin oficjalnych, o których wiedzieli wszyscy pracownicy Muzeum.
Witku. Nudzę Ciebie, ale pocieszam się, że przeczytasz moje wspomnienia, które muszą mieć świadków wśród przyjaciół, znających mnie i wierzących w moja prawdę. Nie realizuję strategii autopsychoanalitycznej, raczej chciałbym aby ten zapis poświadczał, że były stosowane\ różne próby naboru, aby zostać informatorem co stało się dla wielu, źródłem udręki i po dzień dzisiejszy podejmują próby rozliczenia się, ze współżycia z demonami przeszłości.
Kochany Witku.
Przyznaję, że nie chciałbym, aby ten okres kłamliwych rozliczeń, minął bez mojego zapisu. Najbardziej mnie wkurwia, gdy słyszę jak to byli zastraszani, molestowani, szczególnie księża, bez rodziny, bez majątku, albo sprostytuowani naukowcy, czy twórcy, literaci, artyści, dbający o swoje kariery, stypendia, przyspieszone awanse naukowe, katalogi z wystawy czy nakłady wydawnicze.  Oczywiście, wiem, że byłem nie wiele znaczącym ziarnkiem piasku, o którym zapewne nie mówili, że jest sypany w tryby socjalistycznej maszyny, ale wiem także, że można było żyć bez upodlenia na własne życzenie. Próbowano dojścia do mnie podczas studiów, po wyjściu z aresztu we Wrocławiu, słowem na każdym etapie, przez przyjaciół, wrogów, jedynie nie po przez konfesjonał, a to, dlatego, że nie klękałem przed tym meblem.
Witku. Ukłony przesyłam Halince i dla waszych, w mojej pamięci nadal, delikatnych dziewczynek, jedna blondynka, druga czarnulka…
                                                                                 Kłania się Janek



piątek, 29 listopada 2013

Ignacego Krasickiego 13/7

Moje mieszkanie 

Dokładnie nie pamiętam. W latach sześćdziesiątych, przez kilka lat mieszkałem przy ulicy Janka Krasickiego. Nagle poczta poczęła przychodzić na ulicę Ignacego Krasickiego. Takie czasy, pomyślałem. Od bezbożnego przywódcy komunistycznego Związku Walki Młodych, wykonawcy partyjnych egzekucji, przeniosłem się bez własnej woli, po czasy zbawienia, pod adres Jego Ekscelencji. Zasadniczo nic się nie zmieniło poza zmianą adresu. Nadal mieszkałem w bloku, w klatce pod numerem 13. w mieszkaniu, na drugim piętrze, pod numerem 7. W pionie jest 5 mieszkań. Śmierć niezbyt się tutaj spieszyła. Jednak pod 13. jej obecność objawiała się dramatycznie.. Dwa zgony wisielcze, jedno zapicie na amen. W naszym pionie życie toczyło się powoli, bez specjalnych, dramatów i brawurowych napięć. Wszystkie mieszkania były rozplanowane podobnie, o powierzchni około 48.metrów. Z klatki schodowej wchodziło się do małego przedpokoju Po prawej stronie łazienka i ubikacja. Najważniejszy był piec do podgrzewania wody. Okrągła gruba żółta rura z mniejszą w środku stykająca się z paleniskiem. Tutaj ładowało węgiel. Po rozpaleniu podgrzewaną wodą, napełniano częściowo wannę, królującą w tym ciasnym pomieszczeniu, sięgającą od ściany do ściany. Do połowy łazienka pomalowana była niebieską farbą olejną. Ubikację spłukiwało się wodą z żelaznego zbiornika zawieszonego wysoko ponad sedesem. Służył do tego celu łańcuszek z drewnianą rączką. Woda sunęła w dół z oszałamiającą szybkością żeliwnymi rurami informującymi, szczególnie nocą, kto na jakim piętrze korzystał z W.C.
W przedpokoju po lewej stronie ścianka działowa i miejsce do zagospodarowania. Według uznania lokatorów. W różny sposób rozwiązywano tę pustą i na razie wolną przestrzeń. Generalnie wydzielano górną część na tak zwany pawlacz. Szczęśliwcy znosili arkusze sklejki i informowali sąsiadów o zamierzeniach zabudowy. Naprzeciwko tej potencjalnej inwestycji do pokoju. Był najbliżej kuchni w rozplanowanym mieszkaniu. 
Tam najważniejszy był biały elegancki piecyk na węgiel, tak zwana angielka. Zamiast blatu cztery otwory różnej wielkości przekryte żeliwnymi fajerkami. Angielka stała na nóżkach lekko na zewnątrz wygiętych, dekoracyjnych. Obok wiadro na węgiel, względnie drewniana skrzynka. Ten pojemnik służył także do wyrzucania palnych śmieci. Zarówno z łazienki jak i z kuchni dym z palenisk odprowadzany był grubą rurą, do otworów wentylacyjnych pod sufitem. Ogrzewanie pokoi zapewniać miały kaloryfery. Powiększanie powierzchni cieplnej prywatnie załatwiano u zaprzyjaźnionego hydraulika. Kilka żeberkach o mniejszych rozmiarach zawieszono w kuchni pod sufitem, obok okna. W kuchni był także żeliwny zlew, wsparty na białej szafce, ukrywającej hydrauliczną infrastrukturę. Pomiędzy angielką a zlewem, wydzielone zostało siłą rzeczy wolne miejsce, oczekujące na zagospodarowanie. Kuchnia podobnie jak przedpokój pomalowana była wapienną farbą. Drzwi wejściowe do mieszkania, nieco solidniejsze, zrobione z grubej sklejki, do wszystkich pomieszczeń znacznie słabsze. Wszystkie pomalowane białą olejnicą. Klucz tylko do głównych drzwi z klatki schodowej, prymitywny z gładkim piórem. Z sugestią, że nie można prościej, drzwi do pozostałych pomieszczeń, wyposażono w aluminiowe klamki i takież ekraniki, bez dziurki na klucz. Centralnie, z sufitów zwieszały się żarówki w małych, kremowych szklanych kloszach, o uproszczonych kształtach florystycznych. Parapety okienne cementowe. Podłogi pokryte zielonym, grubym linoleum, położonym na cemencie. W przedpokoju utwardzona masa brudno szara, jakoby z zaplanowanymi artystycznymi zaciekami. Pomiędzy kuchnią i pokojami drewniane, lekko zaznaczone wąskie progi. Okna, raczej w większości się nie domykały, szyby zabrudzone, pozostawiający trwały ślad, upiornym cementem, pochodzącym z czasów tynkowania budynku. Do każdego lokum przynależało piwniczne pomieszczenie. Nie jakaś kanciapa, ale zamykany boks. Należało tylko założyć kłódkę na szczebelkowe drzwi. Naznosić węgla, na pólkach poustawiać zaprawy a w skrzynce pomieścić ziemniaki. 
Własne mieszkanie, poczucie oszołomienia z nadmiaru szczęścia. 
  
Moja klatka
  
Do mojej klatki, Ignacego Krasickiego 13/7 wchodziło się przez dwa stopnie. Mały ciasny korytarzyk. Po prawej zejście do piwnicy. Kolejno siedem stopni do drzwi po lewej stronie. To było mieszkanie państwa Mendyków. On był znanym i cenionym żużlowcem. 
- „Niech żyje Mendyka i jego taktyka”, skandowali fani zgromadzeni na stadionie przy ulicy wrocławskiej, naprzeciwko cmentarza. Teraz stamtąd, z tej najpiękniejszej zielonogórskiej nekropoli wsłuchuje się pan Mieczysław Mendyka, w inne zbiorowe hasła, bez których życie kibica byłoby zbyt ubogie. A trzeba przyznać, że żużel zielonogórski wspomagają najbardziej sfanatyzowani kibice, którzy w sensie dosłownym, są gotowi przelać krew w obronie honoru swojej drużyny. Zapewne na cenę takiego uwielbienia zasłużył sobie mój sąsiad z parteru, zawodnik Zgrzeblarek i Falubazu. W tych klubach był doceniany jako czołowy jeździec zielonogórskich drużyn. Startował także indywidualnie w Mistrzostwach Polski i Złotego Kasku, oraz w rozgrywkach o puchar Polskiego Związku Motorowego. W roku 1968. dostarczył swoim wielbicielom ogrom radości zwyciężając bezdyskusyjnie w turnieju o Puchar Winobrania. Hołdownicy, z plastronami Myszki Miki i Falubazu, przybyli pod okna mieszkania swojego bohatera i przez długi czas manifestowali swój entuzjazm z odniesionego zwycięstwa. Kres zapaleńcom położyła Milicja Obywatelska wezwana przez zazdrosnych, anty sportowych mieszkańców sąsiednich bloków. 
Mieczysław Mendyka urodził się w 1933. w Rawiczu. 
Zmarł 1. lipca w roku 2004. Żegnany był jako pionier żużlowego sportu w Zielonej Górze. Karierę zawodniczą zakończył w 1973. udzielając się w pracy społecznej, oczywiście na rzecz klubu. Sąsiedzi nie mieli pojęcia jak długo chorował. Obiegała go żona. Szczupła, delikatnej konstrukcji. Czy pomagały jej córki? To były wtedy jeszcze dzieci. Teraz to bardzo eleganckie kobiety. Ala mieszkająca w Zielonej Górze i Mariola, od kilkunastu lat w Niemczech. Nie zdarzyło mi się z nimi rozmawiać, jedynie, - dzień dobry. Podobnie jak z panią Mendykową. Widzę przez okno jak wolno spaceruje z pieskiem, rasy York, małym hałaśliwym kundelkiem. Daje o sobie znać ilekroć przechodzę koło ich mieszkania. Pieni się ze złości pod drzwiami i gdyby nie piskliwy hałas naprawdę można by się obawiać psiej wściekłości. Dzięki jego czujności wiemy kiedy przychodzi listonosz, aby na półpiętrze wypełnić skrzynki listami i reklamową makulaturą. 
Pod czwórka mieszkają państwo Ksześniakowie z dwójkę dzieci, Markiem i Małgosię. Nasza nieco bliższa znajomość zaczęła się od rozmów na ich temat. Pewnego dnia moja córka Lidia przybiegła do mamy z bulwersującą wiadomością: - Mamo, Marek chciał mnie pocałować. Nawet chciał za to dać mi śliwkę, ale się nie zgodziłam. Ta śliwka mogła być zatruta. Marek i Lilka, chodzili wtedy do pierwszej klasy. Na początku to było, - Dzień dobry sąsiedzie. 
Z czasem pan Marian dowiedział się, że pracuję w Muzeum Ziemi Lubuskiej. Natomiast ja się zdziwiłem, że mój sąsiad w Areszcie Śledczym przeznaczonym dla mężczyzn, podlegającym Okręgowemu Inspektoratowi S.W. w Poznaniu. 
Byłem pewny, że ma jakieś wykształcenie humanistyczne, gdyż interesował się zabytkami i sztuką. Zachodził do mnie z jakąś plakietką z okresu międzywojennego, z garstką niewiele wartych numizmatów, czy z ramą barokową znalezioną na śmietniku. Zapaliło mi się czerwone światełko, gdy pokazał mi serię zdjęć bratających się oficerów niemieckich z czerwonoarmistami we wrześniu 1939. roku. 
 Byłem ostrożny, nie komentowałem, Marian także nie próbował omawiać tej dokumentacji fotograficznej. Zastanawiałem się jednak jaki był cel mojego przyjaźnie zaakceptowanego sąsiada. Znacznie później okazało się, że Mariana tak zaszokowały te zdjęcia, że musiał się z kimś zaufanym podzielić jednoznaczną treścią przyjaźni Niemców i Rosjan, w sprawie gangsterskiego rozbioru Polski. Przyznaję z poczuciem wstydu, że byłem wówczas podejrzliwy. Rozmawiając, dużo później, na ten temat, doszliśmy do wspólnego, z pewną satysfakcją wyrażanego stanowiska: – Stalin i Hitler, za tę napaść na nasz kraj, zostali pokarani przez historię, która nadal ich rozlicza. I tak pozostanie na wieki. 
Wiele godzin spędzaliśmy na rozmowach na różnorodne tematy. Nawet rasowe. Murzynowi zapewne jest przykro kiedy nazywają go czarnuchem, asfaltem, czekoladą, gorylem, razowcem, małpą, czy śmierdzielem, bananem, smoluchem czy murzajem Do końca jednak nie doszliśmy, jak najstosowniej nazywać czarnoskórego bez stereotypowej dyskryminacji rasowej. Może erdalczyk, od czarnej pasty firmy Erdal, brzmi prawie naukowo, albo, - Biały brat inaczej, co jest nieco abstrakcyjne, nie pozbawione jednak dobrej woli. 
W tej sprawie pozostaliśmy ciemni; - jak u murzyna w dupie. 
Doszliśmy jednak do wspólnego niekwestionowanego wniosku. Polak, Niemiec, Ukrainiec, Rusek, przepraszam, Rosjanin, Anglik, Murzyn, Hiszpan, Żyd, Portugalczyk, nawet Grek, Eskimos, czy Ormianin, nawet Murzyn, przepraszam Afrykanin, każdy człowiek niezależnie z jakiej nacji, wymaga szacunku i każdego można i trzeba traktować po równo, o ile jest człowiekiem i żyje według kategorycznego imperatywu: - Nie czyń drugiemu co tobie nie miłe. Wówczas nam się żyło zgodnie. Nie było także wśród nas kompromisów, gdyż nie stwarzaliśmy sytuacji, które były by rozbieżne. Nam wystarczyło, że politycy za nas to czynią. Prawie o wszystkich sądy mieliśmy wyrobione, aczkolwiek mało było ocen pozytywnych, negatywne objawiały się w nadmiarze Sądzę że gdyby zapytać kogoś z tak zwanej Młodzieżówki o ocenę naszej postawy, to mogła by ona zawierać się w zdaniu: - Stare pryki absolutnie pozbawieni jaj, postkomuniści, wykreśleni ze współczesnego życia. 
Niezależnie od ocen, żyliśmy sobie w tej sąsiedzkiej Arkadii. 
Z moim ukochanym wnuczkiem chodziliśmy na spacery, na Wzgórze Piastowskie, karmiliśmy wiewiórki a ja coraz częściej i dłużej siedziałem na ławce odczuwając zmęczenie. Już wtedy powinienem wyczuć, że święty Jan, przestrzega mnie przed moim osobistym Sądem Ostatecznym i przesyła jako znak Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Właśnie już wyruszyli na koniach a czwarty jeździec mówił do mnie: - Chodź, a patrzaj. I widziałem, a oto koń płowy, a tego który siedział na nim, imię było śmierć…
Teraz sprawy potoczyły się na tyle szybko, aby zdążyć przed galopującym rumakiem. W lipcu 2oo7. roku moja córka Lidia Leońska załatwiła dl mnie miejsce w Prywatnej Lecznicy Certus. Był to pierwszy prywatny szpital w Poznaniu. Certus – znaczy godny zaufania. Przez pięć dni badano moje ciało. Nie tyle dla mnie ile dla rodziny diagnoza była dramatyczna. Do mnie to nie docierało. Byłem wewnętrznie roztrzęsiony, rozchybotany, wiele pytań, same znaki zapytania, bez odpowiedzi. Lekarz, spokojnie, poważnie, tak jak się zapowiada, nadciągającą złą pogodę: 
- Nieoperacyjny złośliwy rak żołądka.. Szpital godny zaufania. Diagnoza nie pozostawiała wątpliwości. Czwarty stopień, ostatnie stadium. Lokalizacja przykra, rakowe komórki podeszły pod przełyk. 
Wieści dla rodziny apokaliptyczne. Trzy tygodnie później byłem już badany ponownie w Wielkopolskim Centrum Onkologii. Zanim przystąpiono do operacji trwały przygotowanie pacjenta. Operacja potwierdziła, ż rak okazał się istotnie nieoperacyjny. Pozostały trzy miesiące czasu na pozałatwianie spraw rodzinnych. 
Ze względu na mój wiek, 75 lat było mało prawdopodobne abym przeżył ponowną operację. Moja córka błagała o podjęcie takiej próby: - Ojciec jest bardzo silny i odporny psychicznie. To mocny człowiek, - lamentowała. I tak zdecydowano się wyjątkowo podać chemię z nadzieją na poprawę obrazu krwi. Ten czas to było oczekiwanie na cud. Wnuczek z przyjaciółmi oddali kilkakrotnie krew, córka przygotowała odpowiednią dietę. Wreszcie, ponownie po uciążliwych badaniach, kilkakrotnych prześwietleniach, piciu okropnych płynów, sześciu chemioterapiach, zapadła decyzja. Moja wnuczka pamięta datę dokładnie. Dwunastego stycznia 2008. roku miała studniówkę. Michalinka mówi, że poszła uspokojona, bo była już wiadomość, że dziadek się wybudził. Dano jeszcze chemię osłonowo i jeden z lekarzy poinformował córkę, aby z optymizmem poczekać jeszcze miesiąc, gdyż w tym czasie wiele może się wydarzyć. A tak ogólnie, to literatura przedmiotu mówi, że przeżywalność w tym stanie choroby i w tym wieku, jest do ośmiu miesięcy. 
- Karta informacyjna leczenia szpitalnego. Oddział Chemioterapii. Jan Muszyński przebywał w szpitalu od 10 - 03 – 2008 do 12 – 03 – 2008. Leczenie. Chemioterapia – cytostatykami. Przy przyjęciu stan ogólny dość dobry, bez większych dolegliwości. Operowany w styczniu 2008. Usunięto żołądek, w którym stwierdzono pojedyncze ognisko raka…Dobra tolerancja w trakcie leczenia. Kontrola w poradni chemioterapii za 3 miesiące. 
Do szpitala na kontrole już nie pojechałem. W życiu!. Nikt nie jest w stanie tam mnie zaciągnąć. Aby nie było wątpliwości. Lekarze wspaniali, personel bardzo wyrozumiały. Warunki na leczenie stworzono w sposób maksymalny, pożywienie jadalne, nie pozwolono na cierpienie, reagowano na ból pacjentów i w dzień i w nocy. 
Na moim łóżku przysiadła się pani onkopsycholog. Nie pamiętam o czym rozmawialiśmy. Mówiono, że jest tancerką, że prowadzi szkołę tańca. Istotnie, to była piękna i zgrabna kobieta. Milczała długą chwilę: 
- Muszę iść na Oddział Dziecięcy, piętro wyżej. Krótko przed śmiercią dzieci ze zbiorowej sali przechodzą do spokojnego pomieszczenia, w którym otoczeni specjalną, troską odchodzą w spokoju. Teraz muszę odprowadzić tam chłopca, którego długo leczymy, ale bez skutku. Zaczyna się dusić, rak płuc. Mówi ten chłopiec: - Ciociu ja tam nie chcę iść . Przez cały czas byłem grzeczny. Ciociu, proszę. Dzieci czują, że z tego pokoju nie ma powrotu. 
Słuchałem słów terapeutki-psychologa i pomyślałem: -Boże ty mój, ja starzec osiemdziesięcioletni, a piętro wyżej dziecko. To wydarzenie zdemolowało mój optymistyczny stosunek do świata. Poczułem się zawstydzony i postanowiłem, że w szpitalu się już nie pojawię. Wydało mi się odkrywcze, że życie nie jest związane z racjonalnym sensem. To absurd aby taką sytuację akceptować. Tylko tak mogę wyrazić swój bunt. A może to tylko prostacka filozofia udręczonego chorobą? Sam już nie wiem. 
Nieszczęścia chodzą parami. Wielkopolskie Stowarzyszenie Alzheimerowskie we wrześniu 2007 roku wydało Bożence zaświadczenie z rozpoznaniem: - Otępienie o typie Alzheimerowskim. Stopień średni. Pacjentka nie zdolna do samodzielnej egzystencji. Wymaga stałej opieki osób drugich. Proponuję przeprowadzić całkowite ubezwłasnowolnienie pacjentki. 
Dokładnie rozjechany musiałem zbierać się szybko. Świat Bożenki był coraz mniejszy, kurczył się wraz z Nią. A mój się powiększał. Zostałem kucharzem, nauczyłem się obsługiwać techniczne urządzenia kuchenne, robić naleśniki, sałatki warzywne, ale takich placków ziemniaczanych jak Henia, żona Mariana, niestety, nie udało mi się usmażyć. Nie zbliżyłem się nawet do sztuki kulinarnej, którą prezentowali Ksześniakowie. Marian wygrał kiedyś konkurs na najlepsze kwaszone ogórki. Mogłem się przekonać, że był mistrzem, także w różnego typu sałatkach i przecierach pomidorowych. Małgorzata, córka, właścicielka zakładu kosmetycznego, okazała się cukiernikiem, jej babki, pączki, ciastka drożdżowe, nie sposób porównywać do wypieków oferowanych w ekskluzywnych cukierniach. 
Ta gastronomiczna pomoc po chemioterapii była dla mnie błogosławieństwem. Starałem się, z poczucia przyzwoitości, ograniczać te obiady, ale gdzie tam? Marian zawsze znalazł powód aby nas dokarmić. Państwo Ksześniakowie to jedyni sąsiedzi, których odwiedzaliśmy, a gdy córka przyjeżdżała z Poznania byliśmy proszeni na obiad. 
Nauczyłem się opiekować Bożenką. Naprawdę 24 godziny na dobę. Stale byłem nie wyspany, przez to okrągłe czuwanie. Ale spotykałem się z przyjaciółmi, piłem wino, paliłem papierosy. Jednym zdaniem, prowadziłem naganny styl życia, czym narażałem się córce. Żyłem jako tako, jednak bez poczucia dyskomfortu. Mój optymizm pozwolił inaczej spojrzeć na życie. Poczułem jego smak, doceniłem radość i smutek każdego dnia. Poznałem wartość przyjaciół. 
Aby już nie wracać do sąsiedzkich tematów. Nad nami mieszkali Państwo Hofmanowie. Podziwiałem dwójkę synów, Kazika i Leszka jak grali w piłkę. Była jeszcze starsza siostra, Krystyna. Rodziców nie znałem.Z Krystyną się zaprzyjaźniłem przez permanentne zalewanie naszej łazienki Prosiłem aby sama się przekonała. Oglądała i twierdziła, że to wina Adeemu, bo mimo telefonów nie wymieniają studzienki pod wanną. Mimo takich incydentów pozostaliśmy w dobrej komitywie i Pani Krystyna przychodziła z warzywami z własnej działki. Jeszcze wyżej było mieszkanie wykupione przez wojsko i przeznaczone dla dawnego oficera, którego znałem, przez długie lata tylko z widzenia. Żona pracowała w służbie zdrowia. Ich trójka dzieci. To Andrzej, Bożena i Ewa. Teraz, gdy już jest wdowcem jego córka, wraz z mężem robi zakupy, mocno zaniemógł. Przez wszystkie lata, w naszym pionie, nie popadliśmy, w sąsiedzkie konflikty. Sadzę, że dzieci dawały dobry przykład. Niby razem, a jednak żyliśmy osobno. Jedyny wyjątek to Henia i Marian, nawzajem pilnowaliśmy swoich mieszkań, zachowaliśmy dokumentacje fotograficzną z naszych odwiedzin, a Marianowi dziękuję za wino przy mojej córce, podawane po obiedzie. Lilka jak tylko czas Jej pozwolił, przyjeżdżała, podobnie jak obie dziewczynki, Magdalena i Michalina a także mój pierwszy ukochany wnuczek Mateusz. 
Osobnym tematem jest Ludmiła, córka Dorotki. W grudniu 2012. wyjechała do Londynu. Boże, jak ja teraz to wszystko ogarnę? Z jednej strony zadowolenie, że Ludmiła może realizować swój ambitny program, z drugiej, że zostaliśmy osieroceni, przez więcej niż córkę. 
Ludmiła nauczyła mnie posługiwać się komputerem, była wtedy w czwartej klasie. Babcia zadawała stale pytania: - dlaczego, poco, czemu, aż wreszcie zrezygnowała. Nie mieliśmy pojęcia, ale to były symptomy choroby. Stale się obawiałem, że ten komputer może zostać uszkodzony, aż moja wnusia przejechała rączką po całej klawiaturze, w tę i we w tę, oznajmiając, - cegłą trzeba by go uderzyć. Ten komputer to był przekleństwo dla mnie, albo mi wymazywał, albo się zawieszał, zmieniał też czcionkę, ale wtedy Ludmiła założyła tylko dla mnie Zakład Pomocy Komputerowej na telefon. I ja mając ponad 70 lat nauczyłem się dostatecznie obsługiwać to medium. 
Ludmiła przeszła twórczy okres buntu, Jej mama Dorotka nie zaakceptowała choroby swojej mamy. Jako poetka 9. tomików, poruszała się w rejonach abstrakcji, przedziwnych idei, religii, oraz wiary w moc uzdrawiającą kamieni. 
Zbuntowana wnusia zapisała się do Liceum Medycznego, z programem obsługi ludzi niepełnosprawnych. Skończyła w sposób wzorowy. Intensywnie uczyła się angielskiego. Miała już dobre podstawy, gdyż jej ojciec prowadził szkołę języka angielskiego a Ona wiele razy powtarzała, że poza angielskim jeszcze nauczy się włoskiego, francuskiego i niemieckiego, ale na końcu. Gdy odczułem zawroty głowy postanowiłem oddać moją nową Renówkę, do Jej dyspozycji. Kurs na prawo jazdy zdała w pierwszym podejściu. Nie ma co się okłamywać, z oddaniem samochodu skończył się jakiś etap polegający na wyjazdach z Bożenką bez specjalnego celu. Do Żagania, Kożuchowa, Krosna, albo zwyczajnie, gdzieś do lasu czy nad wodę. 
Ludmiła w sposób fachowy się nami opiekowała Pracowała także, ale nie w swoim zawodzie. Sprzedawała buty. Z Liceum Medycznego dowiedziała się, że do Warszawy przyjeżdża komisja z Londynu w celu naboru młodych ludzi do specjalistycznych placówek opiekuńczych. Namawiałem Ją intensywnie aby spróbowała. Także Pani Profesorka która Ją uczyła, zapewniając, że się zakwalifikuje. Pojechała z duszą na ramieniu, wyposażona w dobre rady i życzliwość. Rozmowy odbywały się w języku angielskim. Podczas przerwy na korytarzu, podszedł do Niej jeden z członków komisji, pogratulował i powiedział, ze była bardzo dobra, najlepsza. 
Istotnie za dwa tygodnie, otrzymała zaproszenie i bilet na samolot. Nie było czasu na płacze. W moim blogu są pierwsze listy od Ludmiłki. Samochód przejęła Jej mama Dorotka. 
Tak to w życiu bywa, dla jednych zaczyna się początek drogi pod górkę, to dla Ludmiłki, dla nas natomiast, to schodzenie po stoku w Dolinę Józefata. 
Zakupy robili: - Marian, Paweł i Staszek. Powoli przyzwyczajałem się do braku Ludki. Nikt nie mógł zastąpić mnie w czuwaniu nad zmiennością scenariusza zapisanego w chorobie Alzheimera. Gdy Bożenka poruszała się w łóżku, nadsłuchiwałem chwilę i kładłem się ponownie. Gdy coś śniłem sen się nie przerywał. Trwał jego ciąg dalszy, gdy przyłożyłem głowę do poduszki. Na początku sądziłem, że to halucynacja, ale się przyzwyczaiłem. Snów banalnych nie pamiętałem, ale wojenne i okupacyjne jak najbardziej. Przy moim uzależnieniu od grafomaństwa, początkowo zapisywałem, ale absurdalność treści nakazała mi zaprzestać.  

Klatka się zamyka 

Mateusz z żoną Asią i najmłodszą wnuczką Michalinką, przyjeżdżali na każde zawołanie. Prawie co tydzień, od piątku do niedzieli, pojawiała się z Poznania Magda. Z pasją robiła porządki, chętnie chodziła po marketach, zapełniała lodówkę. 12. kwietnia 2013. roku w piątek, po południu poszła do Biedronki i Żabki.
W dobrym nastroju rozmawialiśmy prawie do północy. Rano wstałem, ubrałem się i usiadłem w swoim fotelu oczekując na wyjątkowe śniadanie. Wnuczka właśnie je przygotowywała. Jeszcze coś próbowałem powiedzieć, wykrzyczeć, ale nie zdążyłem. Magdusia mówiła, że posądziła dziadka o marny dowcip, ale zadziałała szybko, zdecydowanie. Za kilkanaście minut była już karetka i po badaniu, przez specjalistę neurologa, znalazłem się na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym .Z diagnozą afazja, tego samego dnia, po południu, na własna prośbę i odpowiedzialność, byłem w domu. Magdusia wyjechała i po dwóch godzinach już z Poznania zapytała, czy wszystko w porządku? Po raz pierwszy zwątpiłem w swoje możliwości: - Czy dam radę? Przy tym osłabieniu nóg, przy niepewnym utrzymaniu pozycji pionowej, przy zaburzeniu wzroku, braku równowagi. Co będzie jak się powtórzy ponowna zapowiedź udaru mózgu? 
Nagle poczułem się bardzo samotny, przepełniony lękiem. Co by było gdybym w tym fotelu leżał do wieczora? Kto by się zajął Bożenką. To była panika. Wiedziałem, ze musi ustąpić. Wiedziałem, że trzeba od nowa dostosować się do sytuacji. Nie mogę pozwolić aby stres zadomowił się w mojej głowie. 
Czy czwarty jeździec Apokalipsy się zbliżył na tyle, abym ujrzał jego twarz? 
- …Chodź a patrzaj…a oto koń płowy, a tego, który siedział na nim imię było śmierć, a otchłań mu towarzyszyła. 
Jakiej maści może być koń płowy? Zastanawiałem się i chorobliwie spoglądałem przez okno oczekując takiego właśnie konia. Niestety w Zielonej Górze z moich okien doświadczałem rozczarowania. 
Codziennie telefon od córki z Poznania z informacją, że przygotowuje dla nas pokój z wyposażeniem do wypoczynku, oraz w urządzenia rehabilitacyjne. Orbitek, dwa stopery, rower stacjonarny, oraz łóżko dla Bożenki z elektroniką ułatwiającą pielęgnację. 
Nasz wyjazd został podjęty bez dyskusji. Marianowi, Staszkowi i Pawłowi podarowałem, część obrazów ze swojej kolekcji. Czwartego maja, w sobotę, opuściłem Zieloną Górę, miasto w którym mieszkałem od 1956. roku, bez przerwy do 2013.

niedziela, 6 października 2013

W słowie kurwa nie ma grzechu

W Poznaniu skończyła się dobra pogoda. Już pachnie jesienią. Niebo pociemniało i prawie codziennie kropi. Wczoraj [niedziela] Lilka wywiozła nas do Kamińska. Było mi kurwa zimno Staszku ja teraz nie przeklinam. „Kurwa” zadomowiła się na dobre w naszym języku. W jednym z tabloidalnych czasopism znalazłem niesamowity anons związany z niejasną wypowiedzią Lecha Wałęsy na temat wspólnej polityki europejskiej. Uśmiechnięty Hitler trzyma gazetę i mówi:
- Kurwa, ja już przed wojną o tym mówiłem.
Tutaj to słowo zostało pozbawione profesjonalnego przesłania, także przekleństwa. Stało się wykrzyknikiem, potwierdzającym z całą mocą rację polityczną, oraz podkreślające racjonalne myślenie i związaną ze spóźnioną satysfakcją emocję. Słowem, „kurwa”, stała się uniwersalnym wyrazem nastroju, radości, gniewu zadziwienia, zaniepokojenia, podziwu, itd. Jako studenci bez powodu wybuchaliśmy śmiechem, po słowach, - ale idzie, obserwując jakiegoś Bogu winnego przechodnia. Dzisiaj byśmy mówili, - ale kurwa idzie, ale nie jestem pewny czy śmiech byłby taki sam? W naszych studenckich czasach „kurwa” to było ciężkie słowo. Nie pamiętam aby było w użyciu innym aniżeli określenie profesji. Marian Kruczek przytaczał dialog  bezdomnych meneli, którzy tym słowem potrafili określić całą swoją filozoficznie, rzecz biorąc, egzystencję. Wtedy to jeszcze były złe słowa, „kurwami” raczej straszono, - ja cię kurwa zajebię -  na pewno zaś nie wyrażano zachwytu. Inne czasy, inna gramatyka postępu. Natomiast słuchając naukowych bredni naszej koleżanki, mogliśmy bez obrazy powiedzieć, - ale to kurwa ambitna hipoteza. Gdybyśmy natomiast zamienili miejscowniki i powiedzieli, ale ambitna kurwa, to dopuścilibyśmy się obrazy.
Z uznaniem mówię o naszym koledze, - to jest kurwa najwybitniejszy socjotechnik, jakiego w swoim życiu zawodowym poznałem. Albo o pięknej kobiecie, - ale kurwa ma ciało! A teraz przestaw, - ale ma ciało kurwa.  Widzisz Staszku, że naukowców od gramatyki czeka  ciężka robota. Tutaj nawet nie ma co przestawiać. Naukowcy i tak zostaną naukowcami, mimo, że na to miano wcale sobie mogą kurwa, nie zasługiwać. Takie kurwa jest życie. To słowo nobilituje postęp.
Zupełnie czymś innym jest słowo „dupa”, które też wdarło się do języka potocznego. Ale często nadużywane, szczególnie w kabaretach raczej wulgaryzuje, mimo że wywołuje salwy śmiechu. Wymagająca widownia mało kurwa bywa..

Na listy czekali telegramów się bali

Teraz ludzie nie piszą tylko majlują. Pamiętam listy, które przychodziły do mojej mamy. Było ich wiele. Mama lubiła korespondować ze swoimi siostrami, znajomymi z okresu okupacji, z przyjaciółmi z Piotrkowa Trybunalskiego. Dużo i ciekawie pisała.

– Leć liściku w drogę, bo ja iść nie mogę, jak będziesz blisko, to pokłoń się nisko, jak będziesz u proga pochwal Pana Boga. Ta prośba była gotowym wstępem, firmowała papeterię. Potem następowało kanoniczne, kierowane od nadawcy do  adresata: - U nas wszyscy zdrowi, czego wam z całego serca życzymy.

Teraz przesyłano najważniejsze wiadomości: - Muśka się ocieliła, cielak ładny i zdrowy, Pieśku skręcił nogę, bardzo mu spuchła. Halinka jest zaręczona z Walerym,  co go znasz,  plotkują, że jest w ciąży…- dalej szły istotne informacje, dotyczyły krewnych oraz znajomych. Dawniej czekano na listy, ale telegramów się bano. Najczęściej donosiły o nieszczęściu. Leszek, najstarszy brat Bożenki był w wojsku. Rano ostry dzwonek i dziwny dekoracyjny telegram, dostarczony przez żołnierza. Pochmurny i skupiony zasalutował:

- Wiadomość od dowództwa.

Moja teściowa odebrała z tradycyjnie złym przeczuciem. Rzeczywiście. Tekst był złowieszczy:

 – Donoszę, że pani syn w poległej mi jednostce…Dalej biedna  teściowa nie czytała. Zatoczyła się z bólu i runęła półprzytomna na łóżko. Młodszy brat Leszka był niemy z przerażenia, sądził, że będzie musiał zastąpić nieboszczyka, dwie siostry żałobnie beczały. Wreszcie teść powrócił z pracy. Jako maszynista pierwszej klasy był bardziej  przytomny, ale teraz, z żałości także zapłakany, postanowił się dowiedzieć nieco więcej z tragicznego powiadomienia. Przetarł załzawione oczy, wytarł nos i odebrał z zaciśniętej pieści żony funeralny zapis. Dwa razy przecierał oczy i czytał pogrzebowe doniesienie, - Donoszę, ze Pani syn w podległej mi jednostce jako wzorowy żołnierz otrzymał kolejny awans…Teraz, gdy pozbył się cmentarnego potencjału, zaczerpnął powietrza i ryknął, - Ty, - długo szukał dosadnego słowa. - Niestety nie znalazł adekwatnego do stworzonej sytuacji, wobec czego także zaniósł się szlochem, odtajanym z bólu, ale nadal zmieszanym z wściekłością.