czwartek, 21 czerwca 2012

Trwanie bez przyszłości



                                                 Zielona Góra 18. 06. 2012.
Trwanie bez przyszłości

To była zaskakująca i dramatyczna informacja, przekazana listownie przez Tomka Florkowskiego, architekta, malarza, pisarza, poetę. Jednym słowem, - człowieka wielu talentów. Donosił o chorobie swojego przyjaciela, także architekta, profesora Wyższych Uczelni, w Zielonej Górze i Sulechowie, którego znałem, także podobnie jak Tomka osobiście i także jego stanem się przeraziłem. Tomasz donosił: -
 ”…W czasie ostatniej wizyty [26.06.2009] starszy kolega a mój przyjaciel przekazał złą wiadomość. Wycięte fragmenty narośli wewnętrznych, to nowotwór. Są już przerzuty na oba płuca…Trzymaliśmy się długo za ręce.”.

W poczuciu absolutnej, w dosłownym znaczeniu tego słowa, bezsilności czytałem kilka razy list od Tomka i podobnie jak On zastanawiałem się nad zabieraną przez okrutny los, przyjaźnią. - „Czym naprawdę jest nasza 60-cio letnia bliskość zapoczątkowana w jarocińskim liceum…”- pisał.

Trudno było uwolnić się od dręczącej informacji, ale z większą jasnością przypominałem sobie, że również dla mnie perspektywą był miesiąc życia. Równocześnie wbrew logice, prawie uwierzyłem, splątany własnym doświadczeniem z niespełnioną prognozą specjalisty-onkologa, że przyjaźń Tomka uratuje Janka, że śmierć nie ma siły ani prawa wmieszać się do takiego uczciwego życia. Chemioterapia mąciła mi w głowie. Chwilami nie wiedziałem czy to stan oniryczny czy absurdalna jawa. Takiej przyjaźni i miłości śmierć nie ma siły i prawa rozerwać. Przeżyłem w halucynacji wielowątkową, rozrywaną złorzeczeniami, rozmowę z Tomkiem i Jankiem, zakończoną ponurym pesymizmem, ale o dziwo z humorem. Jezus Maria, co za stan umysłu.

I potem przyszły nekrologi. Od przyjaciół, od rodziny, z Instytutów, z Uniwersytetu, od Rektora i sądzę, że od wielu Jego przyjaciół, jako że był to człowiek życzliwy, radosny, skupiający wokół siebie grono raczej optymistów. Podobne nekrologi z życzliwą pamięcią drukowano po śmierci Tomasza Florkowskiego, który także podążył trasą wyznaczoną przez Janka-przyjaciela. I to wcale Jasiu nie musiał za długo na Niego czekać. Śmierć Tomka to dramatyczny koniec indywidualnej instytucji kulturalnej, która jak żadna inna zaistniała w układzie przestrzennym kultury, że użyję sformułowania architekta i urbanisty, na ziemi lubuskiej, która zachowała Jego znaczące i czytelne ślady.

Te śmierći moich przyjaciół napełniły mnie ogromnym smutkiem. Jeszcze raz pochyliłem się nad naszym losem. Począłem szukać usprawiedliwienia dla indywidualnych cierpień powołując się wręcz na pewną prawidłowość związaną z bólem dotyczącym trzeciego wieku. Odczułem potrzebę napisania spowiedzi, noweli, felietonu, sprawozdania, relacji, jednym słowem tekstu informacyjnego, reportażu, o mojej i Bożenki starości, w okrutnym i zarazem żałosnym towarzystwie Alzheimera. Przedstawić naszą przestrzeń mentalną, w sposób prosty, jasny, bez zmartwienia o formę. Zastanawiam się codziennie, w jakim strumieniu świadomości dzisiaj porusza się Bożenusia? Nie istnieje ani przeszłość ani przyszłość. Stale mam jednak absurdalną nadzieję. Gdy w toku bezsensownych wypowiedzi, trafi się czasami okruch rozsądku, moja wiara i intencja, którą wybrukowane jest piekło i która jest matką głupich, nagle staje się wiosennym drzewkiem puszczającym zielone pędy. Jednak znowu, szybko przychodzi mróz i gałązki pokrywa twardym szronem.
Zła i haniebna to choroba. Pozbawia pamięci, plącze myśli i dewaluuje wartość istnienia i racjonalność słowa.
Od wielu lat pisałem, tak to już czas przeszły, dzienniki-kroniki. Gdy nie mogłem uporać się z jakimś problemem opisywałem ten temat i o dziwo zastępował mi ten opis jakąś namiastkę rozmowy z żywym człowiekiem. Poza tym zapewniał w trudnych czasach pełne bezpieczeństwo, co nie zawsze gwarantował żywy człowiek
Każdy chyba woli rozmowę żywą, to znaczy z żywym człowiekiem, ale skąd pewność, że rozmowę prowadzimy z człowiekiem a nie z kanalią.?

Czuję się jeszcze stale zażywnym starcem, ale chwilami, jak gdyby do połowy zanurzony na razie, w leniwej, ale stale płynącej rzece Styks. Wiele w życiu doświadczyłem i doznałem najbardziej czarnego, ale także tęczowego daru istnienia.  

„Niezależnie od tego jak je każdy z nas pojmuje, największym darem istnienia jest doznawanie piękna. Nie tyle kontemplacja, co właśnie doznawanie. Ponieważ w świecie, zwłaszcza w dzisiejszym świecie, niepodzielnie panoszy się zło, skazani jesteśmy na bierne lub czynne uczestnictwo w postępowaniu lub wręcz dobijaniu piękna świata. Po uświadomieniu sobie tej klęski zaczynamy powoli zapominać o Bożym Ogrodzie, a kiedy próbujemy dociec sensu tego ponurego spektaklu, ulatnia się nawet towarzysząca nam stale groza istnienia. Życie staje się puste i jałowe…”.

Jest to fragment z „Baśni zimowej –Esej o starości” Ryszarda Przybylskiego. Teraz ten estetyczny i dramatyczny zarazem tekst odnalazłem w naszym aktualnym życiu. To było wielkie wyróżnienie, że moje życie zawodowe pod szyldem naukowej pracy i w doznawaniu efektów twórczego wysiłku w sztuce, stało się moim szczęśliwym udziałem.

Ponieważ prognoza medyczna odsunęła moje trwanie w czasie doszukuję się w sposób obsesyjny wiedzy o umieraniu, kiedy zmęczony, udręczony i prawie bezsilny odczytuję swój los w literaturze i rozlicznych dziełach sztuki.
W sensie dosłownym, istnieję częściowo poza rzeczywistością, której się boję jak wodospadu mrocznych wizji, jako nurtu ciemnej, depresyjnej, powodziowej rwącej rzeki. Po tej dawce leków, a szczególnie chemioterapii zapadam w pół sen, malignę, którą kontroluję a mimo to od tych męczących wizji nie mogę się uwolnić. Są dręczące i straszne.
Tak się objawiają fale zamętu, w których często się pogrążam. W niedalekim planie jest także strach przed nieznanym, mimo, że hiobowych wieści dostarcza mi moje ciało. Kolekcjonuję zmarłych na raka, ale kolekcjonuję także tych, co przetrwali. W moim chorobowym przypadku, na pięciu z takim zaawansowaniem kancera, jak u mnie, czterech umiera. 
Stale z chorobliwą ciekawością oglądam Andrzeja Turskiego, Kamila Durczoka, radośnie doszukuję się oznak zdrowienia, ale silniej zachowałem w pamięci Ich, po profesji kolegę, Marcina Pawłowskiego, który przegrał tę walkę. Pamiętam także ostatnie dni i zmaganie się z chorobą, licząc na sukces, profesora Religi. Na nic stanowiska, układy i pieniądze. Znany aktor Patryk Swarze, własnym samolotem jeździł setki kilometrów na chemioterapię. Ostatnio z telewizji się dowiedziałem, że na kolejną operację się nie zgodził. Wysokie stanowisko nie uchroniło Rakowskiego, tak jak wielki talent, Zapasiewicza. Heroiczna walka o życie, z nieco drwiącym uśmiechem Kolbergera, stała się wzorcem zachowania w chorobie z perspektywą znanego końca. Co za podła, kurewsko demokratyczna przypadłość. Kilkanaście dni temu, w wieku 74. lat zmarł Andrzej Czeczot. Pozostaje świadomość, że często kpił ze śmierci.
Z całego serca życzę powrotu na sceną, jak najdłuższego, Jerzemu Stuhrowi, oraz nieprzemijającej pogody ducha Irenie Santor.
O całkowitym wyleczeniu nie ma mowy. O ile wyleczymy ciało to w psychice pozostaje trwały ślad kancerowanego życia. Materialistyczne ciało i abstrakcyjna dusza, chwilami stają naprzeciw siebie, ale nigdy nie popadają w objęcia ratując biologiczny sens istnienia.

Także Bożenkę towarzysko wspierają: - Ronald Reagan, Margaret Thatcher i popularny Charles Bronson. Z krajowych znakomitości to Marek Walczewski i duża ekipa z Domu Aktora z niezapomnianą Danutą Rinn, która swoją piosenką, - „Gdzie ci mężczyźni” zwracała się także do mnie.

Robię wszystko, ale niewiele mogę, aby się wyrwać z mentalnej niemożności. By wreszcie wyjść z kołowrotu, w którym zapętlił mnie los nieprzyjazny człowiekowi. Są dnie, że nie mogę się zmobilizować do czytania, telefonowania, mało tego, nawet do dobrego filmu czy tekstu w gazecie. Seriale w ogóle nie wchodzą w rachubę. Wtedy drażnią mnie nawet reklamy w telewizorze. Jestem totalnym emerytem w sensie intelektualnym i duchowym. Mogę czuć się samotny, ale boję się osamotnienia. Jak na razie ze sobą się nie nudzę, ale, jestem stworzeniem stadnym i przygnębiająco odczuwam pokruszony świat Bożenki.

Zielona Góra jest wręcz wiochą gdzie prawie wszyscy się znają i co ważniejsze, na każdy temat mają swoje bardzo subiektywne, a w dodatku moherowe zdanie.
Oparte na szczotkach, zbite w stadko, cztery sprzątaczki, - „…proboszcz mówił, że obraził wszystkich księży i za to mu Pan Bóg mowę odebrał…pochwalił diabła w kościele katolickim a sam był księdzem…Tak jakoś, o już wiem,  to może Żyd…pewnikiem nie, bo Józef miał na imię…Tak to był naznaczony rakiem, bo Bóg tak chciał…Pan Bóg naznacza wrogów… Tak tak…to prawda…”.
Zapewne Panie sprzątaczki nawiązywały do tego nie udokumentowanego zdania przypisywanego Księdzu Józefowi Tischnerowi, jakoby nie znał ludzi, których od kościoła oderwał Marksizm, natomiast poznał takich, których od kościoła oddalili proboszczowie.

Odczułem, ze choroba Bożenki stała się środowiskową sensacją, ja natomiast w Muzeum …destruktem, który po konserwacji, aczkolwiek ze śladami zniszczenia, ale jeszcze jakoś się trzyma. Zabytek ruchomy już wpisany do inwentarza.

Ten tekst jest porozrywany na wiele wątków, ale to nie jest uporządkowane metodologicznie wypracowanie, tylko dzielenie się samopoczuciem, rzeką doświadczeń z nie uregulowanym emocjonalnie nurtem. I niech tak zostanie. Jak się wyżalę nad sobą to zapewne mi przejdzie ta duchowa niepogoda?

Po informacji z leczenia szpitalnego, Oddział Chemioterapii: -„Nie operacyjny złośliwy rak żołądka”, oraz po diagnozie, że pozostało mi najwyżej od jednego do trzech miesięcy życia, tutaj opinie były dwojakie, ale żadna nie przewidywała dłuższego okresu, nastąpiło u mnie wyraźne zahamowanie, oraz przewartościowanie dotychczasowej aktywności. Zanim zapadła decyzja o ponownej operacji przygotowywałem się poważnie do pozałatwiania spraw, które wymagały omówienia z rodziną, Wyjaśnienia czy rozwiązania kontrowersyjnych tematów, czy nawet dopiero w tej nowej dla nas sytuacji, zrodzonych problemów. Każdy odpowiedzialny człowiek tak powinien postępować. Okazało się jednak, że nie ma, czego załatwiać. Nie ma, o czym mówić, nie ma majątku, księgozbiór czyni tylko kłopot, nie ma testamentu, o epitafium szkoda gadać. Czy zakopać czy kremować? Tego tematu nikt nie chciał podjąć. A ja uczepiłem się tej prognozowanej śmierci bez strachu, a nawet z pewną nadzieją, że można odejść bez bólu, o czym zapewnili mnie lekarze w szpitalu.
- „Dzisiaj medycyna poczyniła w tym zakresie, proszę pana, takie postępy „…itd. Gówno prawda!. Ból nadal jest wszechobecny. Napatrzyłem się w szpitalu jak  traci się człowieczeństwo i pragnie śmierci jako wybawienia.
„Dziennik” z piątku 12. 12. 2008. przynosi w „ tym temacie” przytoczony niżej cytat. Jest to krzyczący tytuł artykułu:
- „Szpitale. Raport Ministerstwa Zdrowia o szpitalnych samobójstwach to zbiór ogólników. Nic nie wiedzą o bólu”.

Ale do rzeczy. Wiele śmierci już przeżyłem. Wytworzyłem sobie bardzo pomocny pogląd, nawet pewnego rodzaju filozofię, sposób na resztkę życia, że lepiej dalej nie wadzić się z Panem Bogiem, tylko wykorzystać racjonalnie ten czas, co jeszcze mi pozostał, w sposób logiczny, opierając się na mądrości i doświadczeniach, ludzi wielkich. Umierać nas nauczył, dla mnie już święty, Jan Paweł II
Mam odwagę pisać o moich przemyśleniach i obsesjach, czyli o sprawach, z którymi zasypiam i które mnie wybudzają.
Jestem starym człowiekiem, ale nie chcę być, albo bardzo się staram nie być staruszkiem wspartym na herbatkach i najbliższej aptece, staruszkiem, któremu się wybacza gadanie od rzeczy i niezagrażającą otoczeniu, demencję. Którego się traktuje z dobrotliwym uśmieszkiem, obdarowuje dyspozycjami z zakazami i nakazami, co wolno, a czego należy unikać. To tak jak gdyby obłudnie wierzono, że ten staruszek jeszcze się może radośnie nażyć. O ile taki senior ma emeryturę, to w ściśle określonym czasie u kochanego dziadka może pojawić się - „Drewniany talerz”. Oby był dla mnie i Bożenki tylko utworem literackim. To zapewnia mi liczna i kochająca rodzina.

Staram się dużo czytać na temat podeszłego wieku w kontekście chorób, które nas dotknęły. Jest w tym dodatkowy element udręczenia. Wiedza ta jest mroczna, zaskakująca i zarazem fascynująca. 
Starość to nieprzerwana fala, albo aktualnych, albo potencjalnych dolegliwości. Wraz z tą faza wieku związana jest technologia radzenia sobie z nieuchronną przypadłością.  
Nie miał tego problemu biblijny Adam, żyjąc 900 lat? Ci którzy nie mieli szans powielenia tej łaski spotykali się, w zależności od kultury grupy, albo społeczności w której żyli, z różnego typu sposobem, rozwiązywania tego dylematu.
Eskimosi znosili, nawet z pewnym szacunkiem, w swoim otoczeniu, pogodnych starców, plemiona koczownicze przyspieszali, zazwyczaj brutalnie skon mało mobilnych członków rodziny czy grupy. Archeolodzy przekonują, że w różnych kulturach proces ten był nie tylko tematem, ale problemem, przybierając różną formę.
Grecy przeklinali starość, gdy zawodziła soma i psyche. Platon uwolnienie ciała od władzy zmysłów uważał za zaletę, Arystoteles natomiast starcom przypisywał wszelką nikczemną przypadłość a utratę zdrowia traktował jako upośledzenie.
W Grecji, często przed starością uciekano w śmierć aż do czasu gdy Rzymianie poczęli tworzyć formy oparte na bardziej humanitarnej świadomości, czym jest starość w życiu człowieka.Wiek podeszły nie był tylko przekleństwem, ale nieuchronną konsekwencją człowieczego losu wymagającego opieki zwolenników gerontokracji. Starość była bardziej łaskawa dla intelektualistów i ludzi zamożnych. Przez wieki stare kobiety, bez pomocy najbliższej rodziny, skazane były na wieczystą pokutę za pierworodny gest Ewy, z konsekwencjami aż po ofiarne stosy.
Nie wiele zmienił Renesans ze swoim kultem młodości i ciała. Starość nadal nie znajdowała oparcia w medycynie błąkając się w metafizyce, dźwigając kamień filozoficzny. Postęp w medycynie a szczególnie w farmakologii zwiększył ilość płaczliwych staruchów, odrzucających pogląd, że są dowodem kary za grzechy, a tym samym nie szukających pociechy w różnego typu modlitewnikach.
Erazm z Rotterdamu uznawał starość za powrót w świat dziecka. Wybaczał brak rozumnej aktywności a nawet uznał, że ogłupiający to obraz "widzieć starca przy abecadle". Starość to sposób czekania na śmierć. Nie obawa przed nią a przed sposobem w jaki się zrealizuje. Dramat w tym, że jak genialnie napisała Wisława Szymborska, nie mamy w tej sprawie indywidualnego doświadczenia. 
Estetyczną formę nieuniknionej ohydy starości realistycznie opisał Oskar Wilde w „Portrecie Dorjana Graya”.
-„Policzki się zapadną lub zwiotczeją. Wokół gasnących oczu pojawią się okropne żółte kurze łapki. Włosy utracą blask a niedomknięte lub obwisłe usta będą wyglądały głupio lub obrzydliwie, jak usta wszystkich starych ludzi. Szyja pokryje się zmarszczkami a na zimnych rękach wystąpią sine żyły, ciało się wykrzywi…”. Trzy ostatnie słowa to jest, dosłownie opisany, w sposób syntetyczny, mój portret
Iwan Le Lorraine wymalował portret Dorjana z dopiskiem: - ”tak zapamiętał dziadka”. Umberto Eco zamieścił obraz w „Historii Brzydoty”.
Toteż specjalnie się nie dziwiłem, że personel szpitalny na oddziale onkologicznym, szczególnie młode dziewczyny, z nieukrywaną niechęcią a chwilami nawet z obrzydzeniem obsługiwały organizmy pokurczonych starców, w większości nie panujących nad systemem trawiennym.
Nie odczuwałem niczego bardziej zniechęcającego w szpitalu jak nawiązywanie jakichkolwiek kontaktów ze zgrzybiałymi drżącymi starowinami. Będąc jednym z nich, zachowywałem się egoistycznie unikając przygłuchych staruchów udręczonych bólem i chorobą. Przysięgam. Jestem jednym z nich. Wiem po sobie, że ciało zniszczone chorobą jest nie estetyczne. Nie estetyczne to za mało powiedziane. Teraz lustro stało się dla mnie źródłem wiedzy o realizmie tej deformującej się formy. Jest lepsze od aktów awangardowych malarzy.

Mając takie doświadczenie można zrozumieć Sokratesa. Ksenofont był pewny, że „Sokrates doszedł do przekonania, że śmierć jest dla niego bardziej pożądana aniżeli życie”. Kiedy w jego sprawie zbierał się sąd miał siedemdziesiąt lat i nie trapiły go żadne dolegliwości a mimo to pragnął uniknąć starczej demencji.

„Obecnie jednak, jeżeli jeszcze będę żył dłużej, będę musiał doznawać na sobie skutków starości, to znaczy będę coraz słabiej widział, gorzej słyszał, trudniej się uczył, łatwiej zapominał to, czego się nauczyłem. Jeżeli więc stwierdzam, że z każdym dniem coraz bardziej staje się niedołężnym, jeżeli sam sobie wnet zacznę przyganiać, jak mógłbym powiedzieć, że chciałbym żyć dłużej?. Bardzo możliwe, ze to sam Bóg okazuje mi taka łaskawość, abym nie tylko w odpowiednim czasie, ale i w najłatwiejszy sposób zakończył życie, Zamiast już teraz rozstawać się z życiem, sam sobie przygotowałbym śmierć w mękach choroby lub starości, która jest sumą wszelkiego cierpienia i stanem pozbawionym radości”.
Jest to zapewne hipotetyczna rekonstrukcja myślenia Sokratesa dokonana przez Ksenofonta, ale mająca cechy prawdopodobieństwa, kiedy ten filozof-mędrzec wybrał dobrowolnie śmierć, aby uciec od koszmarów związanych ze starością i jej okrutnymi przypadłościami.
Fryderyk Nietsche zapisał: - „To, ze Sokrates został skazany na śmierć, a nie na wygnanie, przeprowadził on sam, zupełnie świadomie i bez żadnego lęku przed śmiercią”. 
Platon pisał: - „Wierzył głęboko, że śmierć to jest jakieś przeobrażenie, przeprowadzka duszy stąd na inne miejsce”. Odniósł się także do tej egzystencjalnej koncepcji: - „Ten, kto ma spokojne i pogodne usposobienie łatwiej przyjmuje starość”, sugerując, że życie Sokratesa, z własnego wyboru było raczej burzliwe i społecznie kontrowersyjne. 

Louis Dawid wymalował Sokratesa jak w imperialnym geście przyjmuje cykutę, nie patrząc na strażnika, ze spokojem i determinacją. Platon napisał, że przed wypiciem trucizny odprawił swoją rodzinę. Dodał także, że nie mógł być świadkiem tego ponurego spektaklu gdyż w tym czasie był złożony chorobą. 
Mnie się wydaje, ze już wówczas choroba była polityczną wymówką.
Platon mówiąc o wewnętrznym życiu Sokratesa także wspomniał o duszy. Wielki Leonardo uważał dusze za potężną siłę złączoną z ciałem. Duch jest złączony z naszym bytem. Dusza bez ciała nie może istnieć. Ona ciałem porusza nadaje mu egzystencję.
Michał Anioł twierdził, że dusza jest nieśmiertelna. Funkcję duszy wyznaczyła Opatrzność. Ciało jest zniszczalne dlatego, ona, dusza może się z tego ograniczenia uwolnić.
Wiemy aż nadto dobrze, co oznacza, przed cierpieniami ciała, lub zdradą idei, ucieczka w śmierć. Mamy aktualnie w tym świecie chaosu, wiele na to przykładów. Szczególnie wśród humanistów, uściślając, wśród poetów, literatów, piosenkarzy i artystów malarzy. Różne są formy niezgody na życie. Wieszanie, podcinanie żył, zapijanie się na śmierć, otrucia czy wreszcie poddanie żyły do złotego strzału. Nie znam natomiast przykładu, aby wśród intelektualistów któryś usiłował powielić logiczną drogę Sokratesa będąc w pełni sił i zdrowia. Nie jestem jednak w tej materii zbyt pewny swojej wiedzy.

Kant nie podjął takiej koncepcji. Biografowie zaznaczają, że miał długo doskonałe zdrowie. Drobne dolegliwości traktował z humorem. Niestety. Z czasem zaczął tracić świadome odczytywanie realności świata. Kiedy doczekał siedemdziesięciu pięciu lat wiedział, że na nic dalsza walka o pamięć. Miał natomiast wiedzę, że to intelektualny kres. Początkowo to były trudności z czytaniem, potem coraz gorzej mówił a właściwie bełkotał. Zasypiał nagle, jego myśli nie wypowiadał już „giętki język”. Nie był w stanie się podpisać, nie pamiętał liter, które składały się na jego nazwisko. Potem przestał rozpoznawać ludzi. Trwał poza światem, poza zrozumieniem własnej egzystencji. Dzisiaj mówimy, że tacy ludzie żyją jak rośliny. Gdy czytam o dramatycznej starości i pogarszającym się zdrowi Immanuela Kanta jestem nieśmiało przekonany, że to był Alzheimer. Nie określano tej choroby nazwiskiem tego Niemca a więc nie stawiano takiej diagnozy. Lekarze byli bezradni. Dzisiaj natomiast bardzo zaradni są producenci leków. Ogólnie jednak wiadomo, że trudno poza litością coś skutecznego ofiarować dementywnym starcom, którzy "mylą żony z kapeluszem". Dopiero dalszy rozwój nauk medycznych, na który oczekuje się z rosnącą nadzieją po każdych udanych próbach laboratoryjnych, zapewne przeniesie nas na mniej wyboista drogę prowadząca do nieco łagodniejszej śmierci.
To już jest problem społeczny i polityczny.
W Europie w 2000 roku było 18. milionów osób w podeszłym wieku wymagających stałej opieki lekarskiej oraz najbliższej rodziny z powodu zaburzeń otępiennych. W Anglii w roku2000 odnotowano 600 tysięcy chorych dotkniętych Alzheimerem.
Nauka przedłuża nam życie, medycyna szczególnie, ale sceptycy zauważają, że nie wielka to pociecha o ile nie pamięta się przeszłości i nie ma żadnej perspektywy na przyszłość. A właśnie w tym przypadku tak to wygląda.

W szpitalu na moim łóżku przysiadła się młoda piękna dziewczyna, na którą chorzy mówili „tancerka”. To była pani psycholog, która równocześnie była nauczycielką tańca. Przeciągała rozmowę dosłownie o niczym. Po długim milczeniu: - Muszę iść na oddział dziecięcy. Kiedy dziecko jest w stanie beznadziejnym przenosimy je z sali ogólnej do jednoosobowego pokoju, zapewniamy ciszę i spokojną śmierć, prosimy rodziców. Teraz muszę przekonać chłopca, aby tam przeszedł. Wczoraj miałam to zrobić, ale prosił: - „Ciociu czy muszę tam iść,. Byłem cały czas grzeczny”.
Śmierć dziecka to dramat, żal, że nie przeżyło życia. Śmierć starca to wyzwolenie z życia.

Święty Augustyn na starość żył w ciągłym strachu. Ten stały lęk stał się jego przekleństwem. Granice życia zakreślał na sześćdziesiąt lat. Reszta bez cezury czasowej dla myśli i czynów. To czas zmagania się z rozpadem ciała.
Michał Anioł właśnie w tym czasie począł odczuwać szereg dolegliwości. Bóle w nerkach, kłucie w boku, bolesne oddawanie moczu, zalegające w pęcherzu kamienie. Cały szereg przypadłości opisał w listach do przyjaciół i strofach poetyckich. Przez długi czas nękały go napadowe stany depresyjne. Bywał milczkiem i odludkiem. A jednak wykazał na miarę swego geniuszu, wolę życia. Mając ponad osiemdziesiąt lat napisał do Vasariego: - „Bóg chce, że jeszcze dźwigam brzemię wieku. Wiem, że powiecie żem stary i niemądry, zabierając się do sonetów…chcę właśnie to uczynić”.
Święty Hieronim opisywał poetyckimi metaforami oraz wyszukaną symboliką strach przed zniedołężnieniem. Łagodna i pogodzona z losem była jego droga w świecie mroku świątyń pańskich, katafalków pokrytych kurzem i popiołem, których nie zdmuchnie już nasz oddech.
Papież Jan Paweł II umierał jak prosty człowiek, oswoił nas z degradacją ciała. Przez chorobę i cierpienie ze szpitalnego łóżka przekazał dowodnie, że każdy jest śmiertelny. Boże Ty mój! Pokonał watykańską tradycję, a z cierpienia nie czynił cnoty, tylko nauczył jak można je z godnością znosić.

Nie jestem przecież bezdennym mizantropem, opuszczam  studzienne rejony wsparte na katafalkach, powołując się na doświadczenie i mądrość nie dyskusyjną, podnoszącą mnie na duchu.
Cyceron w „Traktacie o starości” długo przed narodzeniem Chrystusa, pisał: „Rzeczy naprawdę wielkich nie dokonuje się za pomocą zręcznego ciała, tylko dzięki przymiotom umysłu, charakteru i woli, te zaś nie tylko nie opuszczają człowieka na starość, ale zwykle się wtedy pomnażają”. 
Może miał na myśli mitycznych starców biblijnych.

W naszą świadomość artystyczną przeniósł nas Mieczysław Wallis gdy napisał: „Michał Anioł, Tycjan, El Greco, Rembrandt, Monet, Beethoven, tworząc swe dzieła ostatnie byli już ludźmi steranymi, schorowanymi, w pewnej mierze ruinami cielesnymi. Niektórzy z nich byli nadto przytłoczeni samotnością lub ubóstwem…”.
Można by jeszcze dopisać szereg matuzalemów z Picassem na czele.

Nie ma jednak teraz istotnych, w samej rzeczy powodów, aby samobójczo z pozytywnym skutkiem, dywagować o bezsensie egzystencji. Trzeba się pogodzić w sposób ostateczny, że już z Bożenką nie zaśpiewamy, nie zatańczymy, a nasz serial, na szczęście będzie trwał niezbyt długo. Sceny tego widowiska będą raczej dla nas smutne, ale musimy zdawać sobie sprawę, że najbardziej śmieszą w telewizorze, - „W śmiechu warte” sceny, gdy ślepy wpadnie do kałuży, albo chuligan wykopie mu laskę, wnuczek podpali dziadkowi brodę a pod teściową wybuchnie dymna świeca. Trzeba się cieszyć, że ludzie dłużej żyją, częściej się myją, w aptekach można nabyć tony środków anty bólowych, a córy Koryntu są coraz zdrowsze. Szczególnie widać to po zadbanym uzębieniu.
Nie poruszam celowo fizjologii ze szczególnym uwzględnieniem niedyspozycji żołądkowych.. Dlatego tak generalnie to jestem, jak na swój stan, optymistą.
I dlatego jeszcze czołgam się. Opanowałem podstawy kunsztu kulinarnego na, tyle, że sam zjadam aczkolwiek, bez apetytu, to, czego nie zdołam przypalić, przesolić, zagęścić lub zbytnio rozwodnić.
 Ale poważniej! To naprawdę już potrafię gotować i smażyć, -„Patrz Janek jak ten stary dziad nauczył się gotować” powiedziała logicznie Bożenka, powtarzając swoje „byle do przodu”.

Może pan zapomnieć, że chorował na raka Tak mi powiedział lekarz, który zadecydował o drugiej udanej operacji. Jego dziadek i ojciec, byli także onkologami.
I żyję, a jak się okazało żołądek nie jest organem poświadczającym nasza tożsamość.
Artur Schopenhauer powiedział jakoś tak, że zdrowie nie jest ważne, ale bez zdrowia tracimy wszystko, co jest ważne.
Staszek Kowalski, przyjaciel od czasu studenckich przygód, zwieńczonych niespodziewaną śmiercią Stalina i Poznańskim Czerwcem, wyznaje przekonywującą koncepcję. Według Niego każdy się rodzi z zapisaną księgą. Na jej stronicach, w sensie ścisłym, zapisane jest nasze życie. Kartki są numerowana i nie ma tutaj żadnego, - zmiłuj się. Przewracasz je powoli albo szybciej. Zależy wiele od głodu życia. Ja jestem skłonny tę teorię zaakceptować.

Wszystko, co napisałem, poglądy i droga cierpień, świętych, filozofów, mędrców, podążających ku wieczności, doprowadziło mnie do akceptacji poglądu Gustawa Junga: -„Świat, w którym jesteśmy rodząc się, jest brutalny i okrutny a zarazem pełen boskiego piękna…”.



piątek, 4 maja 2012

O sobie



Jan Muszyński o sobie

Z Wildy, robotniczej dzielnicy Poznania, 28.czerwca 1956. na ulicę Feliksa Dzierżyńskiego z zakładu dawnego –„ Hipolita Cegielskiego Poznań”, wtedy im. Józefa Stalina, wyszedł o szóstej rano, tłum robotników, tych z nocnej zmiany i tych, co szli do pracy. W Poznaniu trwały Międzynarodowe targi. Mój pobyt w Poznaniu był uzasadniony. 30. czerwca tego roku miałem egzamin dyplomowy magisterski na UAM- z historii sztuki. Oczywiście, że dołączyłem się do tłumu z hasłami: - chleba i pracy, - Bóg Honor i Ojczyzna, - religia w szkołach, - precz z komunistyczną partią.
Obok haseł wypisanych na transparentach wykrzykiwano różnego typu żądania natury społecznej i politycznej.-Uczciwej zapłaty za prace, równego traktowania robotników, zniesienia awansów tylko dla partyjnych …
Pod gmachem Komitetu wojewódzkiego PZPR zebrał się tłum, do którego chciał przemówić sekretarz propagandy Wincenty Kraśko. Doszło do szarpaniny, splądrowania gmachu, niszczenia dokumentacji i urządzeń biurowych. Segregatory i papiery wyrzucano z okien na bruk. Białe kartki niby gołębie fruwały nad demonstrantami. Gwizdano i przeklinano partię.
Poznań był wściekły, wzburzony informacją o zabiciu 13. letniego chłopca Romka Strzałkowskiego, przy gmachu Urzędu Bezpieczeństwa na ulicy Kochanowskiego. Część tłumu udała się po broń, do więzienia na ulicę Młyńską, a stale powiększający się gromada, ławą ruszyła pod gmach UB. Tam już byli zabici i ranni.
Słynna obietnica Józefa Cyrankiewicza, o obcinaniu rąk, przeraziła nie tylko mnie. Natychmiast po egzaminie pojechałem do Zielonej Góry. 
Pierwsze wrażenie było fatalne. Dworzec brzydki, banalny, na gzymsie pod dachem przechadzał się dostojnie duży szczur. Zniechęciłem się do analizy stylistycznej budynku dworcowego. Tłusty szczur mnie załatwił. Dalej nie było lepiej. Sto kroków po prawej stronie brudnej wąskiej ulicy leżał na "plecach"
potężny głaz. Na nim napis: - W dniu pierwszego maja w Zielonej Górze zlikwidowano analfabetyzm. - A to ci sukces,- pomyślałem na cały głos.
Po dzisiejszej Westerplatte krzątały się leniwie jakieś maszyny. Doszedłem do wylotu ulicy bez nazwy, a właściwie z nazwą przeklętą - Generalissimusa Józefa Stalina. Dopiero jesienią Rada Miasta Zielonej Góry, w poczuciu politycznej bezkarności przemianowała ulicę na al, Niepodległości. To była najpiękniejsza trasa w mieście.Po obu stronach lipy tworzyły szpaler, którego uzupełnieniem były różowe magnolie. Przed każdym domem, a raczej willą, dywan zielony obramowany żeliwnym płotkiem. Ulica bez śladów wojny, czysta zadbana, jako reprezentacyjna trasa komunikacyjna. Szedłem wolno, rozglądałem się z ciekawością i wszystko od tej pięknej ulicy się zaczęło. Nie sądziłem, że to potrwa tyle lat. Ba, całe życie. W najodważniejszych snach bym tego nie przewidział. 
Trzeba przyznać, że skala miasta, szczególnie historyczne rozplanowanie, także zauroczyło mnie jako historyka sztuki.
Tyle dla duszy, teraz coś trzeba pomyśleć dla ciała.



Tutaj zostałem dobrze przyjęty przez kolegów z zielonogórskiego radia. Adam Wielowyski i Kazimierz Kajan-Jankowski pochodzili z Gniezna. W moim rodzinnym mieście obsługiwaliśmy radiofonię przewodową. Z poznańskiego kabaretu, „Żółtociób” zaprzyjaźniony byłem z Januszem Weroniczakiem i Leszkiem Zielińskim. W ten sposób radio stało się przyjazną przystanią, z której wyniosłem nie tylko wiele nauk, przeżyłem godziny spontanicznej radości, ale także zawarłem kilkanaście dobrych znajomości i znaczących przyjaźni.Radio także wyposażyło moją świadomość w  liczący się układ sił w polityce i administracji.Jednym słowem, przestałem być lokalnym politycznym ślepcem.
Muszę także dodać, że w roku akademicki 1952/53 –Podstawy marksizmu-leninizmu, w formie ćwiczeń, w postaci jednej godziny tygodniowo, wypełniał Jan Kołodziej. Znany był ze złowieszczego zdania, że ocenę daje nie tylko z wiedzy, lecz także z przekonań. Musiałem mieć słuszne poglądy gdyż 14. lutego 1953 zdałem egzamin u Janka Kołodzieja na bardzo dobrze. W Zielonej Górze darzyliśmy się życzliwą pamięcią z czasów studenckich. Muszę także odnotować, że ćwiczenia z doktryn artystycznych prowadził Grzegorz Chmielewski, późniejszy dyrektor miejskiej i wojewódzkiej biblioteki w Zielonej Górze. Zajmował się tym nauczaniem w roku akademickim 1954/55, przez dwie godziny tygodniowo.

Mimo, że Zielona Góra od samego początku była dla mnie ziemią przyjazną, nie zamierzałem tutaj pozostawać na całe życie. W Gnieźnie był grób mojego ojca i mojej siostry. Wykupiłem sobie miejsce obok Nich i opłaciłem do roku 2015. [Kościół Farny p. w. Świętej Trójcy, prolongata grobu Teresy i Stanisława  Muszyńskich, opłata gotówką].

Czwartego sierpnia 1956. Sekretarz Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, polityczny patriota,Henryk Korwel przyjął mnie do pracy w charakterze asystenta konserwatorskiego z wynagrodzeniem tysiąca złotych. Zielonym atramentem dopisał, w mojej obecności; - miesięcznie.
Wydział Kultury mieścił się w kupieckiej resurcie pobudowanej w 1829. W najbardziej okazałym gmachu, dawnego Gimnazjum, wzniesionym na Placu Słowiańskim, w roku 1853. mieściła się administracja wojewódzka. Jeszcze Sąd Powiatowy i trzy  szkoły, okalały obrzeża dawnego cmentarza, na którym zlokalizowano mały kościółek zwany, - polskim, rozebranym w połowie XIX wieku.    

Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków był Klemens Felchnerowski. Artysta malarz, konserwator zabytków, historyk sztuki, technik budowlany, o czym dumnie informowała tabliczka, słusznych rozmiarów, na drzwiach mieszkania.
 Bardzo wcześnie u Klema awansowaliśmy. Ja zostałem pełnomocnikiem do akcji, „666”. Uchwałą Prezydium Rządu, z roku 1955.władze terenowe były zobowiązane do usunięcia ruin powojennych do końca 1960. Dla obiektów zabytkowych był to okres apokalipsy, walka między siłami próbującymi ratować dobra duchowe i zła, które próbowało zetrzeć wszelkie ślady ludzkiej etyki i estetyki. Bestia jest tworem szatana antychrysta, sygnowana trzema szóstkami.  „Bestia-666”.  Może także oznaczać sposób postępowania człowieka. Takie absurdalne skojarzenia nasuwały się, gdy rozbierano pałace, dwory i kamieniczki mieszczańskie, kiedy postanowiono rozebrać Bytom Odrzański, realizując hasło: -Cały naród odbudowuje stolicę.
W pasji rozbiórkowej miał paść Zespół Poklasztorny w Gościkowie-Paradyżu, czy Pałac-forteca Wallensteina-Talleyrandów, w Żaganiu. Braki w budżecie uratowały obiekt jako bezpłatne źródło materiału budowlanego. Trzykrotnie skradziono dachówkę. Dopiero, gdy zdecydowałem się położyć czarną, na częściowo rozebrane połacie dachowe, złodzieje zrezygnowali. Fatalną atmosferę wobec pałacu wywołał swoją publikacją, Bohdan Drozdowski w machejkowym  „Życiu Literackim”,  nawołując do zniesienia z ziemi żagańskiej junkiersko pruskiego symbolu. "Autorytet" z Krakowa był często cytowany.

19. II. 1960. zmieniono moje stanowisko służbowe ze  Starszego Konserwatora Zabytków na Głównego Konserwatora Zabytków. W tymże roku dokonano spisu 113. obiektów zabytkowych przeznaczonych do rozbiórki.
 15. V. 1960. zleciłem rzeczoznawcy z Polskiej Akademii Nauk ocenę wartości zabytkowej i stanu technicznego obiektów zagrożonych rozebraniem.
 15. X. 1960. Jerzy Pietrusiński napisał: -„...dokonałem rozpoznania rzeczoznawczego 113. obiektów sakralnych na terenie woj. Zielonogórskiego w/g wykazu sporządzonego przez Urząd do Spraw Wyznań a określonych w nagłówku jako spis, „zniszczonych i zrujnowanych kościołów zabytkowych na terenie woj. zielonogórskiego”.
Wykaz obejmował obiekty w stanie bardzo dobrym, użytkowane a nawet nieistniejące. Absurd totalny. Najważniejsza była jednak konkluzja końcowa gdzie Autor powoływał się na wartości europejskie, wymowę polityczną z jej skutkami, kończąc:
-…” wobec rewizjonizmu zachodnio-niemieckiego... projekt wydaje się być przysłowiowa wodą na młyn…”
Opinia rzeczoznawcy wydała się politycznie bardziej przewidująca i politycznie bardziej poprawna, aniżeli doświadczenia polityków działających bliżej zachodniej granicy. Poza tym opinia pouczała administrację wysokiego szczebla, co w praktyce traktowano jako niedopuszczalne.

 Kilka miesięcy później Przewodniczący WRN Jan Lembas zobowiązał mnie abym na odprawie Przewodniczących Powiatowych i Miejskich Rad Narodowych, jako Główny Konserwator Zabytków, przedstawił program prac konserwatorskich. Dyskusję podsumował Jan Lembas: - Przyjmujemy plan pracy i zalecamy, aby w sprawach dotyczących zabytków porozumiewać się z konserwatorem, gdyż każda samowola w tej sprawie szkodzi naszej polityce.

W dniu 12. maja 1962 otrzymałem pismo: - Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej zwalnia obywatela z pracy w tut. Prezydium z dniem 31 maja 1962. Jednocześnie z dniem 1 czerwca 1962 przekazuje obywatela do dyspozycji Lubuskiego Towarzystwa Kultury w Zielonej Górze. Zaświadcza się, iż Obywatel był zatrudniony w tut. Prezydium od dnia 1 sierpnia 1956r. Jan Koleńczuk z-ca Przewodniczącego Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej.

W Zielonej Górze czułem się coraz bardziej zadomowiony. Klemens Felchnerowski, Prezes Oddziału Polskich Artystów Plastyków, wprowadził nas, historyków sztuki, Stanisława Kowalskiego i mnie, do kolonii artystycznej. Zyskałem wielu przyjaciół, wśród artystów malarzy. Niejedna noc przegadaliśmy, przepiliśmy wymieniając poglądy na życie i sztukę.
 Decydującym wydarzeniem stał się fakt zamieszkania w Zielonej Górze mojej siostry i szwagra Andrzeja Czarkowskiego. U nich często przebywała moja Mama aż na stałe zamieszkała w towarzystwie trojga wnuków. Kiedy Babcia zmarła została pochowana na cmentarzu przy Wrocławskiej, taka była Jej wola. Dla Przemka, Żywi i Radka to, że Babcia będzie pochowana w Zielonej Górze było poza wszelką dyskusją, jako rzecz najnormalniejsza w świecie. Musi być z nami. Wkrótce moja siostra, dr psychologii i szwagier dr socjologii, poczęli na mnie wywierać nacisk, aby sprowadzić do wspólnego grobu w Zielonej Górze, ojca i siostrę z cmentarza gnieźnieńskiego.. Mówili językiem naukowym, o konieczności integracji, zakorzenieniu się w mieście po przez groby najbliższych, że powinniśmy być razem itd. Miałem wątpliwości gdyż ojciec jako Powstaniec Wielkopolski, silnie, swoim życiorysem związany był z Gnieznem. Drugiego dnia po wejściu Niemców został aresztowany i mimo ostrych przesłuchań nie dostarczył Gestapo listy gnieźnieńskich druhów-powstańców. Po wojnie cieszył się uznaniem, opinią patrioty i dobrego Polaka. Moja siostra o istnieniu miasta - Zielona Góra - nie miała pojęcia. Powoli jednak wsiąkałem w klimat miasta, realizując pasję zawodową. Coraz bardziej urzekała mnie swoim pięknem Ziemia Lubuska. Ponieważ miałem za sobą epizod pobytu w areszcie PRL, WW2 [Wrocław  Więzienie 2] omijałem politykę w mowie i uczynkach.

W Gnieźnie przed katedrą stał potężny pomnik Bolesława Chrobrego, autorstwa znanego rzeźbiarza międzywojennego, Marcina Rożka. Aresztowany zmarł w Auschwitz-Birkenau w roku 1944. Niemcy natychmiast przystąpili do demontażu pomnika. Z dużym trudem, czołgiem, zerwali Go z cokołu.

Z kroniki biskupa merseburskiego Thietmara wynika, że w Krośnie Odrzańskim w roku 1005 przeprawy przy wyjątkowo przewężonej dolinie Warszawsko Berlińskiej bronił Bolesław Chrobry a w1015 jego syn Mieszko. W drodze do Polski było to korzystne miejsce do sforsowania przez rozlewisko Odry i wody Bobru, które w Krośnie łączyły się w powolnym nurcie. Krosno Odrzańskie, jedno z najstarszych miast w Polsce ma udokumentowaną ponad tysiąc letnią historię. Moja fascynacja wydarzeniami krośnieńskimi została zapisana w pracy doktorskiej: -„ Rozwój Krosna odrzańskiego na tle innych miast środkowego Nadodrza”.  14 czerwca 1971, uzyskałem tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie historii.

Zielona Góra stała się, była już teraz, moim miastem a ja dodatkowo, kustoszem grobów rodzinnych. Byliśmy wszyscy razem. Dojrzewałem jak stare wino do wszelkich emocji związanych z historią i dniem dzisiejszym, a nawet z perspektywa architektoniczną i urbanistyczną miasta. Teraz już wszystko mnie interesowało w Zielonej Górze.

Od 1. sierpnia 1962. do pracy w Lubuskim Towarzystwie Kultury przyjął mnie, uznany poeta Janusz Koniusz sekretarz LTK. powierzając organizację Ośrodka Badawczo Naukowego z perspektywą wygenerowania i usamodzielnienia się w Towarzystwo Naukowe. 22. lutego 1964 zostałem wybrany na zjeździe założycielskim Lubuskiego Towarzystwa Naukowego, na stanowisko sekretarza. Profesor Jan Wąsiki Prezes LTN-u powierzył mi także kierowanie Ośrodkiem Badawczo Naukowym. W Wyższej Szkole Pedagogicznej zostałem zatrudniony na pół etatu.
W marcu 1976. zostałem przyjęty do pracy w Muzeum Ziemi Lubuskiej przez wice wojewodę Edwarda Chładkiewicza. W lipcu tego roku wice wojewoda wydał mi zezwolenie na pracę, na pół etatu w Uczelni. Byłem z nią związany przez czternaście lat.
31.sierpnia 2003, poprosiłem o rozwiązanie umowy na mocy porozumienia stron. Dyrektor dr Andrzej Tczewski odniósł się przychylnie do mojego wniosku, dziękując za dotychczasową współpracę oraz ocenił pozytywnie jej efekty.

Z inicjatywy dr Barbary Bielinis-Kopeć  Lubuskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, powróciła sprawa 113. obiektów zabytkowych przeznaczonych do rozbiórki, o które stoczyłem bój, w ramach Ustawy o Ochronie Dóbr Kultury, w kontekście wandalizmu oraz bezmyślności władzy do europejskiego dziedzictwa kulturowego. Wojewódzki Konserwator odszukała dokumentacje sprzed wielu lat.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej decyzją ministra Kazimierza Ujazdowskiego, odznaczyło mnie 31.sierpnia roku 2006. Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
We wrześniu 2006. w gmachu Filharmonii Zielonogórskiej, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Generalny Konserwator Zabytków Tomasz Merta [zginął podczas katastrofy smoleńskiej] zakładając mi Złoty Medal szepnął, - Długo Pan czekał? Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Nawet nie sądziłem, ze tak się można wzruszyć. Obliczyłem jednak, że od tego czasu minęły 44. lata. Także złotą  Glorię Artis otrzymał dr Stanisław Kowalski, konserwator wojewódzki z  długim stażem w Polsce, pokonanym przez Wojewodę stanu wojennego.

Różnie bywało na Ziemi Lubuskiej. Tutaj przyjechałem bezpośrednio po studiach, tutaj rozpocząłem swoją drogę zawodową, aż po emeryturę. Mam wielu przyjaciół, swoje ukochane miejsca w mieście oraz te gdzie zaliczałem rodzinne urlopy. Piękna jest galeria rzeźb ogrodowych w muzeum Marcina rożka w Wolsztynie gdzie się wybudował. Popiersia i rzeźby kameralne ustawione wzdłuż tarasowego zejścia do jeziora tworzą jakiś świat antyczny, wzniosły piękny i niezapomniany.  Lubię skansen w Ochli, „przepiękne okoliczności przyrody” zaliczam oszołomiony w Gryżyńskim Parku Krajobrazowym, gdzie mieszka, nasz ceniony artysta Józef Burlewicz. Nigdy nie mam dosyć widoku z wieży zamkowej w Łagowie. Architektura historycznych ryneczków w miasteczkach, dumne zamki i pałace, zieleń lasów, przejrzyste jeziora, to mi zupełnie wystarczało, dlatego nie dobijałem się do władzy o jakieś przywileje a nawet zwykłe materialne dobra. A jednak Ziemia Lubuska mnie zaakceptowała z moimi wadami. Sejmik Województwa Lubuskiego nadał mi Odznakę Honorowa za zasługi dla Województwa Lubuskiego w roku 2007. Rada Miejska w Krośnie Odrzańskim w 1997. roku uznała mnie za Honorowego Obywatela miasta. Podobnie postąpiła Rada Miejska w Zielonej Górze obdarzając mnie tytułem Honorowego Obywatela miasta Zielona Góra od listopada 1997.roku. Rada Miejska w Kożuchowie nadała mi ten honor w październiku 2009 roku.
Trzy Honorowe Obywatelstwa miast, które są mi drogie. Którym poświęciłem wiele emocji a które także wzbogaciły mnie duchowo, poszerzając wiedzę historyczną
Nie wiem czy mam wrogów. Nigdy nie spotkałem się z nienawiścią, obrazą, co najwyżej z lekceważeniem ze strony,… ale dajmy spokój. Natomiast dramatycznie, w sensie dosłownym, przeżyłem kradzieże w muzeum i to ze strony mojego zastępcy.

Z natury jestem optymistą. Żyłem bezwiednie, że jesteśmy straconym pokoleniem, bez kompleksów, bez poczucia, ze coś tracę, że na więcej sobie zasłużyłem. Był ciężki czas, ale dotyczył wszystkich. Miałem ukochaną pracę, znakomitych przełożonych, miałem szczęście w większości trafiać na ludzi mądrych, pracowitych, poważnych i z poczuciem humoru. Moje życie już nie idzie a biegnie z drugiej strony góry, bez goryczy i buntu. Tylko chwilami się zastanawiam, czy to oportunizm, czy może właśnie racjonalizm? Kto to wie? Myślę, ze byłem w lepszej sytuacji aniżeli dzisiejsi młodzi ludzie, którzy bez stałej pracy „na etacie” walczą na obrzeżach systemu, odczuwając złą stronę kapitalizmu, czyli przykrość rzeczywistości.

Dwudziestego dziewiątego kwietnia 2012.roku skończyłem 80 lat. Powinienem ten teks o sobie zakończyć jakimś skrzydlatym zdaniem. Nic mi jednak nie przychodzi do głowy. Wobec tego trochę dowcipu. Zapytuję z poczuciem humoru: - Czy to moja wina, że tak długo żyję?  

                                                                  Zielona Góra,  2012-05-03                 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

STANISŁAW KOWALSKI – człowiek poważny - pełen dowcipu




W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, Stanisław Kowalski i Jan Muszyński, zostali studentami historii sztuki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od tego czasu ponad pół wieku trwają w wielkiej, niczym niezmąconej przyjaźni.
W 1952 roku na korytarzu Zakładu Historii Sztuki. Ul Fredry 10, czwarte piętro, kłębiło się kilkanaście kobiet. W pewnej, bezpiecznej odległości od tego tłumku stał chudy chłopak z wyjątkową czupryną. Podszedłem do tego nieśmiałka i grubym głosem zapytałem:-„Czy kolega pali?”. Tak zaczęła się nasza szczęśliwa przygoda na studiach.  Tylko nas dwóch ludzi i dziesięć kobiet.

Studia ukończyliśmy w czerwcu 1956 roku. Przed budynkiem  Wojewódzkiego Komitetu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej stał sekretarz Wincenty Kraśko otoczony wzburzonym tłumem;
-Niech zeżre legitymację partyjną, - a z okien leciały już komitetowe papiery i segregatory. Wykrzykiwano różne obelżywe zdania, domagano się chleba, część tłumu poszła na ul. Młyńską pod więzienie. Ktoś zarządził aby pójść na ulice Kochanowskiego. Gdy tam dotarliśmy to znaczy Staszek i ja już tam była strzelanina. Poznań był wściekły i bojowy.
„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciwko władzy ludowej, niech będzie pewien, że tę rękę władza odrąbie”, mówił Józef Cyrankiewicz. Słuchaliśmy tych słów w akademiku przy ul. Stalingradzkiej w pokoju Staszka i już nie pamiętam jak mocno byliśmy przerażeni.
30 czerwca miałem egzamin magisterski a Staszek, używając bardzo aktualnych określeń, poszedł w kamasze. Przez długi czas nie udało mi się ustalić czy powołanie do wojska Staszek dostał przed Poznańskim Czerwcem, czy jeszcze w tym miesiącu, czy po względnym opanowaniu sytuacji. Gdy zapytałem o termin powołania powiedział: -„No nie, na ostatnim studium wojskowym powiedzieli nam, że niebawem dostaniemy powołanie. Ty nie mogłeś o tym wiedzieć bo byłeś zwolniony z woja”.

Stanisław Kowalski urodził się we wsi Wola Wydrzyna, powiat Radomsko, gmina Sulmierzyce. Zdarzyło się, że w telewizorze matka nieszczęsnego „Zośki” udzielała wywiadu. Pytano o syna, który zmarł po tygodniu, już po odbiciu go z rąk Gestapo, przez kolegów z Grup Szturmowych Szarych Szeregów, podczas słynnej akcji pod Arsenałem. Jego matka mówiła o zaatakowanym konwoju i uwolnieniu prze harcerzy 25 osób, a na pytanie o jej los oznajmiła, że po ukończeniu seminarium nauczycielskiego znalazła prace w zapadłej wsi, na końcu świata, poza kręgiem cywilizacji;
-Zaraz powie, że w Woli Wydrzynej, pomyślał Staszek i tak się stało. Opowiadał mi o tym z nutką satysfakcji, że tak się zgadzali z oceną jego miejsca urodzenia. W tej wsi przyszła na świat jeszcze siostra i parę lat po Staszku, brat. Ojciec miał na imię Bolesław a matka Bronisława. Życiowym celem rodziców było dążenie, aby miejsce urodzenia nie stało się przystanią na całe życie;

-A co pamiętasz z tego życia pędzonego w wiejskich okolicznościach przyrody?.
Najtrwalej to, że pewnego, dnia gdy pasłem krowy, omal nie padłem jak koń po wyczerpującym biegu. Z bruzdy wyjrzała łasica. Podniosła się na przednich łapkach i zapadła pod ziemię. Ciekawość jednak zwyciężyła. Za chwilę znowu wyjrzała i tak kilka razy. Gdy podszedłem bliżej pobiegła wzdłuż tej bruzdy, aby odciągnąć mnie od swojej nory. Ruszyłem za nią, ale była szybsza. Ambicja nie pozwoliła mi ustąpić. W zapamiętaniu biegałem za nią w te i we wte, gdyż zawracała, gdy byłem tuż, tuż. Wreszcie padłem z wyczerpania, czarne kręgi wirowały mi przed oczami. Byłem bliski omdlenia. Serce moje oszalało. O mało, a Grześkowiaka -„Chłop żywemu nie przepuści”, sprawdziło by się, ale w odwrotnym kierunku.
- A jakaś przygoda z literaturą?.
Na wsi nabawiłem się kompleksu, bo będąc uczniem szkoły elementarnej przeczytałem całą bibliotekę. Byłem pewny, że to są wszystkie książki świata i niebawem umrę z nudów, gdyż nie będzie czego czytać. I tak mi zostało. Teraz czytam wszystko.

Po szkole podstawowej z Jędrzejowa, Staszek udał się nieszczęśliwie do Wągrowca, do liceum pedagogicznego. Dlatego nieszczęśliwie, że nie wiedział, iż pedagog musi uczyć śpiewu i grać na jakimś instrumencie. Nie przewidział także, że nauczyciel, sadysta, ustawiał tych z brakiem słuchu na środku klasy i wymuszał, aby dawali dowód swego upośledzenia. Gdy klasa kilka razy skręcała się ze śmiechu po występach Staszka, opuścił skutecznego prześladowcę i przeniósł się do liceum ogólnokształcącego w Trzciance.
-I skąd ten pomysł z historią sztuki?
-Miałem iść na polonistykę. Nauczycielka od polskiego bardzo mnie zachęcała. Ale pod koniec szkoły średniej ktoś dostarczył informatory po wyższych uczelniach. Mnie dostały się fragmenty, z których wyczytałem, że jest historia sztuki, że można po studiach, zostać przewodnikiem albo pracować w muzeum. Na przewodnika jakoś się nie paliłem, ale muzeum odpowiadało mi, jako, że nie zaliczyłem jeszcze żadnych wnętrz muzealnych. Było coś z tajemnicy w słowie „muzeum”.

Jak bardzo rozminęły się nadzieje po ukończonych studiach, odczuł Kowalski kiedy w roku 1962 został Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków, samotnym decydentem o losie dóbr kultury, na zróżnicowanej historycznie Ziemi Lubuskiej. Wiedza wynikająca z pasji naukowo-badawczej i doświadczenie zdobywane w codziennej pracy, stały się fundamentem jego działalności. Ten trud zrodziła potrzeba realizacji kanonicznego obowiązku konserwatora. Specyfiką ziem zachodnich i północnych była budowana przez władze, jako element integrujący społeczeństwo Ziem Odzyskanych, niechęć, czy wręcz nienawiść, do wszelkich śladów niemczyzny. Świadectwem zaślepienia w tej integracji był artykuł Bohdana Drozdowskiego, zamieszczony w organie W. Machejka, -  „Życiu Literackim”, zachęcający do zburzenia junkiersko-pruskiego pałacu Wallensteina w Żaganiu. Ciążył bowiem na polskim organizmie społeczeństwa żagańskiego. Czerpali moralną rozkosz i obłędną satysfakcję wrogowie konserwatora, podpierając się autorytetem z samego Krakowa. To oni podjęli uchwałę o rozbiórce pałacu, szczęśliwie nie zrealizowaną z braku środków nie ujętych w budżecie. A pałac to kolos na miarę Wawelu. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że nawet wśród władz żagańskich byli obrońcy francuskiej własności, wytykając ciemnotę historyczną zwolennikom pozyskania z kubatury pałacu, bezpłatnego materiału budowlanego.

Wojewódzki Konserwator nie objawiał dogmatyzmu zakorzenionego w fundamentalistycznych poglądach, że  -„nie wolno tknąć zabytku”. Praca konserwatora ma tę wartość,  że czas ocenia jego działalność. Dramatem są decyzje wynikające z braku wiedzy, czy efekty wynikające z pochopności zezwolenia na unicestwienie ważnego historycznego śladu kulturowego dziedzictwa. Długotrwały i racjonalny okazał się sens nie zezwalania na zniekształcanie współczesną zabudową układu urbanistycznego w sąsiedztwie zabytkowej architektury na starych rynkach. Kożuchów, Szprotawa. Żagań, to pierwsze przykłady z brzegu ukazujące nieracjonalność betonowego budownictwa PRLu w centrum miasta. Za słaby był głos konserwatora przeciwko sloganowi, iż oto realizuje się wolę proletariatu, hegemona klasy robotniczej.
Odbudowa warszawskiej starówki uczyniła z niej zabytek wpisany na światową listę najwyższych osiągnięć kulturowych.
Słusznie, według Kowalskiego, postąpił konserwator z Legnicy, podejmując decyzję o odbudowie historycznego starego miasta w Głogowie. Zauważył jednak, że architektura wzniesiona w oparciu o archiwalne naśladownictwo jest bardziej sztywna i bezduszna, aniżeli nowoczesna koncepcja odtworzenia duchowego centrum miasta w Kołobrzegu, bez nadzwyczajnej troski o historyczną rekonstrukcję, czy nawet wygląd zewnętrzny. Budowanie tożsamości kulturowej nie polega na doktrynalnym uznawaniu tylko i wyłącznie przeszłości, podobnie jak jej wypieraniu. Czy straciły swoją wartość kamieniczki w Bytomiu Odrzańskim, czy zlokalizowane nad Bobrem w Żaganiu, gdy za ich elewacjami, zrezygnowano z ciemnych korytarzy, samobójczych klatek schodowych, na rzecz współczesnej infrastruktury, niosącej światło i higienę?. Czy fasady tych kamieniczek straciły walor estetyczny?. Obok ustawy o ochronie dóbr kultury trzeba jeszcze zachować współczesne sumienie i zdrowy rozsądek. Jest to istotne na tych obszarach, które zostały „odzyskane w ramach sprawiedliwości dziejowej”. Szczęśliwie materializm urbanistyki i architektury pokonał czas, gdy historia była ideologiczną interpretacją naszych przeszłych kontaktów z Niemcami. Świadomość kulturowa Niemców i Polaków pozostanie żywa tak długo jak troska o trwałość granic w Europie.
Należymy do grupy ludzi określanych, przez socjologów, jako populacja w wieku emerytalnym, to znaczy Staszek i ja. Od siebie dodaję, że ja należę do tych, co zapominają co wczoraj jedli na obiad, natomiast młodość mogą zrekonstruować prawie bezbłędnie. Aby jednak w te wspomnieli nie zakradła się pamięć emeryta zweryfikowałem swoje zapiski i dobre mniemanie o pamięci, o archiwalia dotyczące funkcji i zadań Stanisława Kowalskiego od momentu, gdy po studiach w roku 1956 podjął pracę w komórce konserwatorskiej.
I zaraz na wstępie informacja. Staszek zatrudniony został późną jesienią w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Zielonej Górze. Ponieważ  Wojewódzkiemu Konserwatorowi Zabytków nie przyznano dodatkowego etatu, a bardzo chciał zatrudnić dodatkowego historyka sztuki, zwrócił się do dyrektora biblioteki Władysława Drążkowskiego, aby przyjął Staszka do siebie i oddelegował do pracy u konserwatora.
Zespół Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Zielonej Górze – Wydział Kultury zawiera 496 jednostek archiwalnych. Pracownicy Państwowego Archiwum Wojewódzkiego w Zielonej Górze z siedzibą w Kisielinie, ukończyli weryfikację dokumentów i w roku 1993 zostały przejrzyście uporządkowane. Odzwierciedlają doskonale życie administracyjne Wydziału Kultury.
Co kwartał Wojewódzki Konserwator robił plan pracy, wypełniając rubryki zadań dla poszczególnych pracowników, zaznaczając termin ich realizacji. Wydział Kultury mieścił się w budynku obecnego sądu na Placu Słowiańskim. Zastępcą szefa była Halina Karpowicz, po ukończeniu wyższych studiów w Akademii Sztuk Plastycznych w Krakowie oraz wyższych studiów artystycznych na Wydziale Konserwacji Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu uzyskując stopień zawodowy, dyplomowanego artysty plastyka oraz konserwatora. Pracowała, tłumacząc kroniki i wykonując prace biurowe Pani magister Krystyna Klęsk. Gdy przyszliśmy do pracy, wydawała nam się starszą panią. Gdy zapytałem dyskretnie szefa ile ta pani ma lat, powiedział, że mogę ją pytać o rozbicie dzielnicowe, bo trzymała do chrztu dzieci Krzywoustego. A miała wówczas 49 lat. Pani Krystyna studiował w okresie międzywojennym w Poznaniu. Znała osobiście prof. Józefa Kostrzewskiego, Edmunda Frankowskiego a na seminaria uczęszczała do Floriana Znanieckiego w tym czasie, gdy jego asystentem był prof. Zygmunt Dulczewski.
Z okazji 60-lecia socjologii w Poznaniu, w książce wydanej w 1980 roku pod redakcją prof. Andrzeja Kwileckiego, Krystyna Klęsk została odnotowana w spisie studentów okresu międzywojennego.
Naszym szefem był Klemens Felchnerowski [Klem] artysta malarz, zabytkoznawca, technik budowlany. Ukończył Uniwersytet w Toruniu, miał dwa dyplomy, artysty malarza i konserwatora zabytków. Był wspaniałym człowiekiem i on ponosi, jako nauczyciel
i przyjaciel odpowiedzialność za nasze życiorysy zawodowe.

Stanisław Kowalski w I kwartale 1957 roku miał obowiązek „wypełniania nowych i uzupełnianie dawniej założonych kartotek w liczbie 200 łącznie z wyjazdem w teren, przeprowadzenia inspekcji i zdobycie odpowiednich materiałów do szerszego opracowania”. W II kwartale miał obowiązek nadzorować prace przy zamku w Międzyrzeczu, remont pałacu Wallensteina w Żaganiu i prace konserwatorskie w zespole poklasztornym, w Gorzowie prace we wnętrzu katedry, w Krośnie przy zamku, w Otyniu przy zespole poklasztornym, w Bytomiu przy Hotelu pod Złotym Lwem, w Kozuchowie przy zamku, murach i ratuszy, w Szymocinie przy kościele, w Sulechowie przy murach. Sprawować nadzór nad pracami Państwowego Przedsiębiorstwa Konserwacji Zabytków konserwujących poliptyk z Babimostu i nad ołtarzem z Żagania odnawianych w Gdańsku przez tamtejszą pracownie konserwatorską. Należało zdać opisowe sprawozdanie i dokumentacje fotograficzną. Osobno w planie tego kwartału odnotowano; -„mgr Kowalski odpowiedzialny jest za budownictwo drewniane. [Kowalski jest autorem lokalizacji skansenu w Ochli]. Większość prac prowadzona będzie systemem gospodarczym”, a to oznaczało, że Staszek musi poszukać cieśli, zamówić gont w Makowie Podhalańskim, sprowadzić transport do pobliskiej stacji kolejowej z rampą rozładunkową, w terminie zwolnić wagon i dopiero przystąpić do pokrycia gontem kościółka, na przykład, w Bukowcu, Łagowcu ,Chlastawie czy w Kosieczynie.
W tymże kwartale miał Staszek we współpracy z PTTK powołać „opiekunów społecznych dla 50 zabytków monumentalnych i wydrukować legitymacje” termin 1 VII 1957. Oczywiście, że było to  jedynie traktowane jako wypełnienie rubryki, ale racjonalność tej myśli stała się długo terminowym i realizowanym, przez lata planem pracy konserwatora. Właśnie powoływani przez Staszka opiekunowie społeczni, zamieszkujący w zabytku, w remontowanych przez konserwatora mieszkaniach, uchronili przed ostateczna dewastacją wiele cennych obiektów. Szczególną rolę opiekunowie społeczni spełnili na terenach dawnych Państwowych Gospodarstw Rolnych. Mieszkańcy dawnych dworów, pałaców nie przeprowadzali najdrobniejszych często remontów. Bronili się przed przeciekającymi dachami podstawianymi naczyniami a gdy nie byli w stanie opanować sytuacji porzucali mieszkania w stanie kompletnej ruiny.
Jako wyjątkowo spektakularny przykład może posłużyć troska o zamek, dopiero teraz doceniana, w Kożuchowie. Przez kilka lat ratował go przed dewastacją ewangelicki kantor, Edmund Szajer. Natomiast, niejako dla siebie, dbał o dwór w Koźli, Paweł Rypała. Troskliwie przeprowadzał remonty, aż wreszcie, gdy sytuacja się zmieniła zakupił zabytek na własność.
Według planu pracy do 30 grudnia 1957, mgr Stanisław Kowalski  winien, -  „wydać orzeczenia uznania za zabytek dla wszystkich miast zabytkowych w województwie”.
Klem Felchnerowski robił plany pracy dla wiecznie głodnej biurokracji. Wypełniał rubryki by spełnić wymogi polecenia administracyjnego. Zdawał sobie sprawę, że organizacja właściwej pracy nie zależy od zapisanych rubryk, których chyba nikt nie czyta. Mówił nam, że plany pracy robi z głowy, jako że pracować trzeba z głową.
W pierwszym kwartale 1958 roku do zakresu obowiązków Staszka należało sporządzanie dokumentacji fotograficznej zabytków  ruchomych, sporządzanie planów miast dla 13. miejskich układów przestrzennych. Jako nowość, w porozumieniu z Edwardem Dąbrowskim winien przewidzieć plan pracy badań archeologicznych. Realizują ten postulat Komórka Konserwatorska wytypowała nowe stanowiska, w Krośnie Odrzańskim, korzystając z map hydrologicznych, z kroniki biskupa merseburskiego Thietmara, oraz analizy terenowej, w miejscu gdzie Bóbr jeszcze w XIX wieku, w okolicy Krosna łączył się z Odrą. Należało także zaplanować wysokość nakładów finansowych na kontynuacje badań w Międzyrzeczu, Pszczewie, Borowym Młynie, ustalić terminy badań w Połupinie i na nadodrzańskim grodzisku Gostchorze.
Mimo mało realistycznego planu pracy, każdy z czterech pracowników komórki konserwatorskiej wiedział dokładnie, jakie miał obowiązki, rzetelnie je wykonywał, gdyż zakres ten organizowało życie.
4. I. 1958. Klem Felchnerowski w sporządzonym schemacie organizacyjnym, wykonanym dla administracyjnego porządku w Wydziale Kultury, wykazał pełną stabilizację podległej mu komórki, wykazując równocześnie wakaty przewidziane dla pracowników technicznych. Adiunkt Stanisław Kowalski w tym sztywnym planie zasad działania, obdarzony został stanowiskiem kierownika komórki naukowo-badawczej. Graficznie podlegał „z-cy Woj. Kons. Zab” Halinie Karpowicz-Byszewskiej i współpracował z konserwatorem zabytków archeologicznych. Był odpowiedzialny za kartotekę, bibliotekę, laboratorium fotograficzne, sztukę ludową oraz typował do tłumaczenia kroniki. W jego gestii pozostawała troska o zachowanie historycznego krajobrazu i ochrona swojszczyzny.
W roku 1960 Klem Felchnerowski odszedł na stanowisko dyrektora muzeum. Wojewódzkim Konserwatorem został Jan Muszyński. Pełnił te funkcję przez dwa lata. Stanisław Kowalski został Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków w roku1962. W służbie idei ochrony dóbr kultury pozostał przez trzydzieści lat. Od roku 1956 do 1996.

Lata pięćdziesiąte. Dzisiaj trudno w to uwierzyć. Dziesiątki narad, posiedzeń, odpraw, uzgodnień, konferencji, co miesiąc służbowy wyjazd do Warszawy, Centralnego Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków. Po „odwilży” w 1956 roku jeszcze długo w Wydziale Kultury obowiązywały prasówki. Siadaliśmy zawsze obok szefa. Klem wymyślał zajęcia. Najprostsze to dyskretne ogłoszenie tematu, potem każdy pisał swoje zdanie, zaginając kartkę tak, aby kolejny „literat” nie wiedział, co napisał poprzednik. Przy czytaniu,  powstrzymywaliśmy się od śmiechu, tak skutecznie, że aż bolały  szczęki. Pisywaliśmy także mało przystojne teksty, albo wymyślaliśmy epitafia dla wysoko postawionych osób. Dla wybitnych mężów stanu wymyślaliśmy dodatkowe tytuły, na przykład:
- Generalissimus sierpem habilitowany, słupek absolutny młotem podparty, skrętek czerwony. Staszek, ponieważ nieźle rysuje, lubił robić dowcipne rysunki.
Poeta Bronisław Suzanowicz napisał piękny wierszyk o damskiej omyłce: -Sądząc, że jest całkiem laik/ pokazała mu swój gaik/ a on niezły był leśniczy/ zrobił wyrąb na jej piczy. Notatki te częściowo zachowałem, tak jak niektóre teksty Staszka pomyślane jako audycje pisane do radia. Uprawialiśmy tak dzisiaj zwaną, historię polityczną, bardzo powiatową, prowincjonalną na potrzeby regionu. Doniosłe fakty historyczne stanowiły kanwę literacką. Musiały to być wydarzenia związane z Ziemią Lubuską. Im odleglejsze tym lepiej.

W roku 1000. przybyli do Polski z Italii misjonarze. Jan i Benedykt. Benedyktyni należeli do klasztoru wyróżniającego się ofiarnością w służbie Pana i dobrymi kontaktami z władzą ziemską. Wystarczy wspomnieć św. Wojciecha, czy jego brata, biskupa gnieźnieńskiego Radzima-Gaudentego. Bolesław Chrobry powitał ich życzliwie i z misją nawracania pogan, osadził w Międzyrzeczu. Wkrótce dołączyli do nich braciszkowi Polacy, Izaak i Mateusz. Zatrudnili także polskiego kucharza Krystyna. Misja szybko się skończyła gdyż w roku 1003 eremici zostali zamordowani. Tło kryminalne, rabunek. Opisał to, wcale nie mistyczne wydarzenie św. Bruno w znanym historykom żywocie pięciu braci. Ten ponury mord posłużył nam do sugestii, że za tym stali Brandenburczycy i my te zakusy rozszyfrowaliśmy dając odpór drapieżnym sąsiadom, zachodnim rewizjonistom i ostrzegając przed rewanżyzmem  Adenauera. Całkowicie natomiast przemilczeliśmy fakt najazdu na nasz kraj księcia czeskiego Brzetysława II w roku 1039, którego wojowie złupili katedrę gnieźnieńską i uwieźli szczątki św. Wojciecha oraz zwłoki pięciu braci męczenników.
Wiele tematów do naszych radiowych wyczynów w formie słuchowisk, dostarczył biskup merseburski, Thietmar. Obecność  Bolesława Chrobrego w grodzie krośnieńskim podczas najazdu niemieckiego cesarza Henryka II na Polskę w 1005 roku
Kronikarz niemiecki odnotował także niezwykłą odmowę dyplomatyczną syna Chrobrego, Mieszka II, który w roku1015, także w Krośnie, odmówił Niemcom poddania grodu: - Jestem tutaj ze zwierzchności ojca mego i nie mogę spełnić waszej prośby a nawet gdybym chciał to przytomni tu rycerze nigdy by na to nie zezwolili.
Była jeszcze audycja z bitwą pod Legnicą w roku 1241 związana z zamkiem krośnieńskim, do którego schroniła się Jadwiga, żona Henryka Brodatego, tamże jego śmierć 19 marca 1238 roku. Książe skłócony z kościołem, opuszczony przez Boga i ludzi w samotności głosił wyimaginowany polityczny testament.
Staszek nie chce słyszeć o tamtych czasach a już zupełnie nie akceptuje upubliczniania tej działalności, mimo, że doczekała się po wielu latach pozytywnej recenzji w książce omawiającej historię „trzeciej władzy”, czyli media zielonogórskie.

Henryk Ankiewicz [Andabata] w czerwcu 1988 roku przeprowadził ze Staszkiem wywiad w związku z drugim opracowaniem;  -Zabytki województwa Zielonogórskiego. Ta praca dotyczyła obszaru po reformie w 1975 roku. Jest to istotna zmiana terytorialna i rzeczowa w stosunku do pierwszego katalogu architektury i urbanistyki, który ukazał się drukiem w 1976 roku.
-Jak to przeczytałem, mówił Ankiewicz, to mi się nogi ugięły w kolanach. Jeden człowiek może popełnić taką rzecz. Dlaczego Kowalski tak dużo robi a tak mało mówi?.
Redaktorka, Eugenia Pawłowska zarzuciła Staszkowi chorobliwą skromność. Boże, gdyby mogła uczestniczyć przy piwnym stoliku zapewne zmieniłaby zdanie, ale coś w tym jest, że jak się teraz mówi: -Ten typ już tak ma.
Niedawno byliśmy w Galerii Pro Arte na Starówce. Staszek zatrzymał się w pierwszej sali ekspozycyjnej. Nie przeszedł do drugiej i trzeciej tylko, dlatego, że przy stoliku w drugim pomieszczeniu, z boku siedziała kierowniczka Galerii i rozmawiała ze znajomymi. Nie chciał im przeszkadzać.

W roku 1994 ukazała się książka,  – Miasta Środkowego Nadodrza dawniej. Historia zapisana w zabytkach. Gdy już wiedziałem, że został laureatem Studiów Zielonogórskich, podzieliłem się swoim obliczeniem obiektów zabytkowych, które zostały opracowane w Miastach…Postanowiłem przytoczyć te wyliczenia w przygotowywanym opracowaniu do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Postanowiłem skonsultować temat;  -Kogo to będzie interesowało?. Zrezygnuj z tej statystyki, - kwilił Kowalski doprowadzając mnie z kolei nie tyle do złości, ile do frustracji z braku akceptacji zamysłu ukazującego jego trud i wartość merytoryczną pozycji.
Na 241 stronach w topografii 43 miast zlokalizowano 69 kościołów, 18 ratuszy, oraz przeanalizowano układ przestrzenny każdego ośrodka. Opisano 11 pałaców, 7 parków. 11 zamków, 7 zespołów klasztornych. Przeanalizowano 15 zabudowań rynkowych i omówiono ich specyfikę. Wyliczono plebanie, spichlerze, zabytki przemysłowe. Domki winiarzy, kamery książęce, bramy miejski w 13 obwarowanych miastach, grody z metrykami średniowiecznymi w zespołach miejskich. Ukazano ich rolę w procesach ekonomicznych i w zagospodarowaniu ziem nadodrzańskich.

Kapitalna praca, ale niestety tym zdaniem mogę się jedynie narazić, gdyż Autor nie lubi być pozytywnie oceniany, a już zupełnie nie akceptuje pochwał. Najlepiej by je nie tyle zlekceważył, ile wręcz unieważnił.
W pierwszym dziesięcioleciu lat sześćdziesiątych względy bezpieczeństwa pozwalały na intensywniejsze zajęcie się starym miastem w Głogowie, zniszczonym w 90%. Badania archeologiczne i urbanistyczne prowadzono obok stale pracujących taśmociągów dostarczających gruz ceglany do potężnych młynów. To był materiał do realizacji hasła;  - Cały naród buduje stolicę.
Badania Głogowie prowadzone były pod nadzorem prof. Tadeusza Kozaczewskiego z Politechniki Wrocławskiej.
- „Z chwilą całkowitego rozminowania i odgruzowania zniszczonego miasta…zwróciłem się do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Zielonej Górze, mgr Stanisława Kowalskiego z propozycja przeprowadzenia badań architektoniczno-archeologicznych zabytków architektury i urbanistyki średniowiecznego Głogowa. Wojewódzki Konserwator wyraził zgodę…”.
Ten cytat pochodzi z opracowania prof. Kozaczewskiego, - Ze studiów nad średniowiecznym Głogowem i Krosnem, z roku 1970. Badania archeologiczne, finansowane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, Centralny Zarząd Muzeów i Ochrony Zabytków były prowadzone, pod nadzorem konserwatora, od roku 1960. Trzy lata później rozpoczął pracę wraz z zespołem prof. Kozaczewski. Wyniki zostały opublikowane przez Lubuskie Towarzystwo Naukowe siedem lat później. Publikację poprzedziła sesja naukowa zorganizowana w Głogowie w październiku 1965 roku. Stanisław Kowalski badał ruiny kościoła św. Mikołaja. Była to pierwsza praca, naznaczona pasją poznawczą dotyczącą genezy miast i rozwoju architektonicznego, na taką skalę i pierwsza publikacja po wygłoszonym referacie na sesji naukowej w obecności prof. Józefa Kostrzewskiego, licznych archeologów, architektów  i urbanistów z Wrocławia. Zapewne wyniki pracy jak i dyskusja nie pozostały bez śladu na dalsze prace naukowo badawcze.
Poniżej posadzki kościoła gotyckiego odsłonięto fundamenty absydy i prezbiterium romańskiego kościoła wpisane w rzut późniejszej gotyckiej świątyni. W wyniku analizy zachowanych wątków przyjęto dwie fazy budowy pierwszej fary głogowskiej na pewno w lokacyjnym mieście, ustalając równocześnie czas nadania praw miejskich. Podjęto też próbę rekonstrukcji wyglądu bryły kościelnej rozbudowywanej w czasie, ukazując graficznie jej fazy. Autor wskazał też najbliższe przykłady rozwiązań przestrzennych w Głogowie, kolegiatę i kościół św. Piotra i Pawła, którego fundamenty odkryto w 1963 roku. Analogie natomiast odnalazł na terenie Śląska;
- bazylika św. Andrzeja w Środzie Śląskiej, oraz ceglane kościoły w Nysie i Trzebnicy. Bazylikę romańską w Głogowie, jak wynika ze źródeł pisanych, zniszczył pożar w 1241 roku.

W toku praktyki zawodowej Stanisław Kowalski kształcił swoje umiejętności w odczytywaniu wieku i przebudowy architektury. Dla wielu zabytków brakowało zapisków archiwalnych. Łatwiej można ustalić właścicieli czy użytkowników aniżeli rozbudowę czy remont, tym bardziej, że kronikarze każdą prace zapisywali i traktowali najczęściej jako budowę. Jedynie z autopsji i badań bryły obiektu istniała możność jej rozwarstwienia na poszczególne etapy i okresy historyczne. Pod każdą cegłą kryły się tajemnice historyczne i konstrukcyjne w książęcych zamkach piastowskich, w Krośnie, Kożuchowie czy Głogowie. W Zielonej Górze sensacją dla historyków i archeologów okazało się, po oczyszczeniu ze zniekształceń, wewnętrzne rozplanowanie obiektu przeznaczonego na Muzeum Historii Miasta. Odkryto lochy, w których według historyka Władysława Korcza, więziono po przesłuchaniach w ratuszowej izbie tortur i sądowych posiedzeniach zielonogórskie czarownice. Wstępne ustalenia pozwoliły w układzie przestrzennym wnętrza odkryć późno średniowieczny karcer oraz klozet. Nieczystości z prewetu były odprowadzane wprost do fosy. Badań nie zakończono. Dr Stanisław Kowalski uważa, że należałoby poddać weryfikacji datowanie samego obiektu jak i zachowanych we wnętrzu, reliktów z różnych epok.
W 2002 roku wyszła drobniejsza publikacja opisująca system warowny Zielonej Góry. Poprzedziło ją opracowanie klasztoru Augustianów, pod jego redakcją, w roku 1999. Trzykrotnie wydano szkice monograficzne Kożuchowa ze współautorstwem Muszyńskiego. Ostatnia książka to szersza praca zbiorowa wydana w 2003 roku. Merytoryczną znajomość architektury polskiej potwierdził Staszek w trzech ogólnopolskich albumach opisując w sposób syntetyczny  przynależność stylową obiektów zabytkowych. Artykuły i rozprawy w wydawnictwach naukowych są świadectwem jego  rzetelności. Warto to szczególnie podkreślać w czasie gdy wiele opracowań z zakresu historii regionu podejmowanych jest przez autorów niechlujnych, pseudo popularyzatorów, którym wolny rynek umożliwia wszelkiego rodzaju poczynania wydawnicze bez recenzji i odpowiedzialności.

Wracamy z Brodów, limuzyną marki trabant. Myślami jesteśmy jeszcze stale przy pałacu przybici jego zniszczeniem, zaniedbanym parkiem, gdzie dosłownie, wierzba specjalnie szczepiona rodziła karłowate, niejadalne gruszki.
.
Na pustej szosie, w latach sześćdziesiątych szosy były mało używane, pojawił się człowiek na rowerze. Jechał od jednej krawędzi asfaltu do drugiej. Ale pięknie meandruje, oceniłem. Podjechałem  bliżej i zatrąbiłem. Wtedy ten cyklista zatrzymał się niejako w miejscu, skrzywił koło o 45 stopni, pochylił się głęboko nad kierownicą, wtulił głowę w ramiona i zupełnie jak w zwolnionym filmie, rozkrzyżował się na asfalcie. Błyskawicznie się pozbierał, podniósł rower i w odwrotnym kierunku ruszył wyjątkowo szybko, nie rezygnując jednakże ze slalomu, którym zapisywał swoją trasę. Patrzyliśmy za nim lekko wypłoszeni. Narastało we mnie złe samopoczucie. Wtedy Staszek wybawił mnie z moralnego dyskomfortu.
- Ten człowiek przez nadużycie alkoholu zatracił się w czasie i przestrzeni. Teraz w chaosie myśli, już w Brodach, skąd zapewne wyjechał, będzie próbował ustalić godzinę, dzień, miesiąc i rok, swojego wyjazdu. I nagle dopadnie go szok poznawczy, przez który zyska pewność, że ziemia jest kulista.

Wśród moich licznych znajomych są i tacy, którzy manifestują swoją ważność takim zwrotami: - Ja to mówiłem, to już dawno zauważyłem, ja to przewidywałem, pamiętacie moje zdanie na ten temat itd, itp.
Te sformułowania stają sie tak powszechne, że prawie niezauważalne. Nie zdarzyło się aby kiedykolwiek podobnego zwrotu użył Staszek. Czyżby nie cenił swoich sądów?. Nie doceniał swojej pracy, wniosków, publikacji?. Jak to określić, jak nazwać?. O ile do tego dodać, że nigdy nie skarżył się na życie, los, to jest to istotnie sprawa nie do pojęcia. Nigdy, znowu to nigdy, nie używa do rozmowy gestykulacji, nie rozmawia rękami. Mam wrażenie, że nawet gdyby pokazywał kierunek pytającemu o drogę, nie użyłby ręki, w formie drogowskazu. W ogóle nie jest ekspresyjny. Objawia nieco dynamiki, gdy łowi ryby, ale tylko w tym momencie, gdy sięga po wędzisko, aby zaciąć rybę. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek zachował się spontanicznie, albo ożywiał się widocznie nawet w ciekawych dyskusjach. Z nudnych po prostu chyłkiem wychodzi.
Raz się ożywił odruchowo. Na początku lat pięćdziesiątych w ubiegłym wieku. Profesor Gwidon Chmarzyński omawiał kapitele romańskie. Motywy związane z zoomorfizmem bardzo go ożywiały. Profesora, ale Staszka także;
- O tutaj wyobrażenie Jonasza połkniętego przez wieloryba. Są uczeni,  którzy, uważają, ze to sak, każdy głupi widzi, że to ryba, o tutaj widzicie głowę psa, albo, może to być żona psa, może to być,
- tutaj wykładowca zrobił przerwę i nagle oznajmił radośnie, - psica, psica.. I tutaj Staszek spontanicznie powiedział: - suka. Profesora zamurowało, ale szybko się pozbierał: -Tak, może pan ma rację, żona psa to chyba suka.
Nasze koleżanki, subtelne historyczki sztuki były niepocieszone. One uwielbiły rzekome roztargnienie Gwidona Chmarzyńskiego, cały ten teatr delikatnie surrealistyczny, tak zarysowywany, aby wykład nie był nudny. A tutaj agrikola Kowalski wprowadził ponury realizm, a przecież psica jest bardziej elegancka aniżeli suka.
Muszę jeszcze odnotować specyficzne poczucie humoru mojego przyjaciela. Wykłady z marksizmu były wspólne dla psychologów, muzykologów, historyków sztuki, i wielu innych nieszczęśników znudzonych tymi obowiązkowymi wykładami.  Aula była zazwyczaj pełna w głównym gmachu Uniwersytetu. Pewnego dnia niedaleko nas stał student muzykologii. Staszek do mnie; -Wydaje się, że flet jest zbyt trywialny i powinien być wyeliminowany z szanującej się orkiestry symfonicznej. Muzykolog zaślinił się tłumacząc nam, że nie mamy racji. Albo w obecności astronoma stwierdził, że te studia są zupełnie zbędne, ale mogą być, aby zająć czymś młodzież, która z lenistwa woli gapić się w niebo aniżeli zająć się poważną pracą dla dobra kraju. Astronom długo tłumaczył potrzebę astronomii wyjaśniając, że bez tej nauki nawet nie można ustalić przemijającego czasu, ba nawet godziny; - O, tutaj nie masz racji, bo godzinę można ustalić słuchając sygnału z wieży Kościoła Mariackiego w Krakowie. Astronom prawie płakał nie mogąc nas przekonać do swoich ukochanych studiów.  

Staszka głos jest zawsze przemyślany, logiczny, pozbawiony emocji. Natomiast nie jest łaskawy do literatury regionalnej podejmowanej przez  różnego rodzaju patriotów swojej ziemi, ukazujących miłość słowem pisanym. Potrafi krytycznie zareagować, mocno, bez taryfy ulgowej do tekstów pseudo naukowych, wymyślanych faktów, czy bezkrytycznie przepisywanych z obcej literatury. Tutaj wykazuje brak tolerancji, pobłażliwości. Jest pryncypialny. Rzeczywistość naukową dzieli na dwa kolory. Czarny i biały. Nie lubi tutaj słowa „ale”. Sądzę, że dlatego iż często, profesorowie, artyści, dziennikarze poszukują perspektywy, z której można by usprawiedliwić różnego typu niegodziwości. Poszukują usprawiedliwienia w tak zwanych obiektywnych warunkach, wyjątkowych sytuacjach czy błędach pedagogicznych. Staszek mówi; - Zabił bo miał pod górkę do szkoły, a zimą padał śnieg. Pani psycholog usprawiedliwia; - Zabrakło mordercy witaminy „M” – miłości.
Sarkastycznie ocenia współczesne stosunki społeczne; - Dawniej to były wspaniałe czasy, nie było fetyszystów, pedofilii, hedonizmu, masonów, homoseksualistów, drutu, gwoździ, kawy, nabojów do syfonu, manify a kierowniczka sklepu mięsnego interesującym klientom dawała od tyłu, sklepu.. Teraz jak twierdzą zaczadzeni dążeniem do władzy, jest pusty świat, bagno moralne, brak wolności. Brak im obcych wojsk w Polsce.
Staszku – mówię – czy jest możliwe abyśmy przez te 55. lat się nie pokłócili, poróżnili?  –„Byłoby dobrze i może nawet wskazane abyśmy się wzajemnie obili za naszą głupotę, bezmyślną wiarę w sprawiedliwość a nawet za to, że często daliśmy się wykorzystywać takim, których uważaliśmy za mniej od nas rozgarniętych”.

Stanisław Kowalski:
 Romańska Bazylika Św. Mikołaja w Głogowie
W: Ze studiów nad średniowiecznym Głogowem i Krosnem. Prace Lubuskiego Towarzystwa Naukowego VII. Komisja Historii. Zielona Gora.1970
Zabytki Środkowego Nadodrza. Katalog  Architektury i Urbanistyki.
Lubuskie Towarzystwo Naukowe. Zielona Góra. 1976
Zabytki Województwa Zielonogórskiego. Lubuskie Towarzystwo Naukowe. Zielona Góra. 1987
Miasta Środkowego Nadodrza Dawniej. Historia zapisana w Zabytkach. Lubuskie Towarzystwo Naukowe. Zielona Góra. 1994
Mury Obronne Zielonej Góry. Muzeum Ziemi Lubuskiej. 2002
Klasztor Augustianów w Żaganiu. Praca zbiorowa pod redakcją Stanisława Kowalskiego. Żary 1999 Dom Wydawniczy „Soravia”.
Jan Muszyński. Prace konserwatorskie w województwie zielonogórskim. Przegląd Zachodni Nr.5/1958 Instytut Zachodni Poznań.
Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Zielonej Górze z siedzibą w Kisielinie. Dokonałem wyboru dokumentów z akt Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej Wydziału Kultury od roku 1957, odzwierciedlających prace Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Od późnej jesieni 1956 roku w komórce konserwatorskiej zatrudnionych było czterech pracowników z pełnym wyższym wykształceniem. Wraz z tytułem dokumentu podaję jego sygnaturę.
Obejmują one pierwsze dziesięciolecie trudnego okresu w pracy Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
Plany pracy Wydziału Kultury na 4 kwartały 1957. syg.58
Plany pracy i sprawozdania Wydziału Kultury-Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków za rok 1957. syg. 60
Plan pracy Wydział Kultury za 2 kwartał 1958. syg.60
Sprawozdanie z działalności kulturalni oświatowej na terenie woj. Zielonogórskiego za I półrocze 1959. syg,61
Sprawozdanie z działalności Wydz. Kultury z I półrocze 1961. syg.64
Sprawozdanie Stanisława Kowalskiego za lata 1959-1960. Jest to kopia pisma, przygotowanego do sprawozdania Wydz. Kult. syg. 64
Perspektywiczny plan rozwoju i upowszechniania kultury Prez. Wojew. Rady Narodowej na lata 1959-1965.  syg. 56
Sprawozdanie z działalności Wydz. Kultury za I półrocze 1962. syg.65
Komisja Koordynacyjna powołana w Wydz. Kultury. w 1959. syg 21 Protokoły posiedzeń kolektywu Wydziału Kultury od 1961. syg. 29
Komisje doradcze działające przy Wydz. Kultury od 1959. syg.51
Zarządzenia wewnętrzne Kierowników Wydz. Kultury od 1960 do 1973. sygnatury. 54 i 55

To jest wywiad, jaki przeprowadziłem osobiście ze Stanisławem Kowalskim około roku 2000

*Jestem ciekawy jak rozpatrujesz twój przyjazd do Zielonej Góry W kategorii przypadku, losu, czy abstrakcyjne funkcji przyjaźni?.

Człowiek rodzi się z zapisaną księgą życia. Przewraca kartki, na których jest zapisany jego żywot. To księga życia, to przeznaczenie.

*Gdy przyszedłeś do pracy łatwo było zauważyć, że szef ciebie polubił.

Ciebie bardziej, Klem dał tobie buty, bo do jesieni chodziłeś w sandałach.

*Nazwałem je Klemensówki, były skórzane brązowe i w dobrym stanie. Od tego czasu nigdy już nie chodzę w sandałach. Czy nie sądzisz, że historyk sztuki to biedny zawód?

A niby, dlaczego?

*Czy nie uważasz, nie masz pewności, ze w innym zawodzie lepiej by się tobie żyło?.

No skąd?. Pewności z pewnością nie mam.

*Ja mam pewność, ze gdybyś nie był konserwatorem, nie byłoby zielonogórskiego muzealnictwa. Remonty budynków muzealnych w Świdnicy, Drzonowie i Ochli były, z przeznaczeniem na muzea, finansowane ze środków Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

Widocznie pisałeś dobre uzasadnienie, ja je przepisywałem, wysyłałem do Ministerstwa a oni przyznawali pieniądze.

*No dobrze. To może trudniejsze pytanie. Za co kochasz kobiety?.

Jak to, za co? Że są, no i nie maja tego niezidentyfikowanego bagażu, jakim jest dusza, co naukowo ustalił Mahomet.
*A to ciekawe! Dlaczego wobec tego za przyzwoleniem rektora Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, Hipolita Polańskiego chodziliśmy rysować modelki?

Mną kierowała duchowość a tobą erotyka.

*Musisz przyznać, że Celina Pająk była niezwykle atrakcyjną kobietą oraz doświadczoną modelką. Wiedziała, że ma piękne bujne ciało.

Oczywiście, była zaprzeczeniem swego nazwiska.

*Ale się wykręcasz, to powiedz czy lubisz zwierzęta?.

Lubię najbardziej myszę, za jej uroczy ogon, a także mola za jego wybujałą suchość. Pamiętam karalucha, muchę domową, mrówkę faraonkę, ale jestem pod wrażeniem zielonego owadka. Jego nadzwyczajna lekkość przypomina puch. Ma złote oczy i w letnie wieczory wlatuje przez okno do światła. Nie wiadomo, co z takim czymś zrobić?. Może to jest dusza kogoś znajomego? Lubi to łazić po kartce papieru, na której coś akurat piszesz. Szkoda, że to dziwo nie zostało opisane przez Gałczyńskiego, jak boża krówka. Chociaż prawdę mówiąc to Konstanty Ildefons zagrał nie ekologicznie, pytając, „po cholerę toto żyje”?. Każda gadzina ma prawo do życia, czy ma szyję, czy nie”. 

*Widzę, że czynisz z tego wywiadu lekki, literacki kabaret. Jakie miasto cieszy się twoim konserwatorskim uznaniem?.

Łagów Lubuski, bo jest najmniejszym miastem i łatwo się zwiedza starą część między bramami. Aby je zobaczyć z lotu ptaka, nie trzeba angażować balonu ani samolotu, wystarczy wdrapać się na wieżę zamkową.

*Staszku, między bramami w Łagowie jest 150. kroków. Kończę ten wywiad. Bardzo dziękuję. Co byś zjadł?

Zamów stek z jednorożca, rarytas z raroga i jajecznicę z feniksa. Langusty zostawiam Francuzom, czerwie spod starej kory, Pigmejom.