sobota, 15 czerwca 2013

List do Pani Zosi K. pracującej jako wolontariuszka w Zielonogórskim Hospicjum



Wielce szanowna Pani Zosieńko

Jesteśmy już prawie miesiąc w Poznaniu. Córka stworzyła nam dobre warunki. Bożenka ma własne łóżko na pilota. Ja natomiast dosyć twardy tapczan. Stworzono mi także prawie biuro. Mam wszystko, co potrzeba do pisania i drukowania listu do Pani, Droga Kochana Pani Zosieńko. Jestem ciałem w Poznaniu, ale pamięcią i duszą nadal w Zielonej Górze. Jakie to silne uczucie, może poświadczyć taki fakt:
- Pogodę oglądam tylko w odniesieniu do mojego miasta. 28 05 najcieplej było w Zielonej. Oglądam i krzyczę do córki,
-  Lilusiu, zobacz, że u was jutro chłodniej jak u nas!
Potem udałem, że to tylko żart, ale naprawdę to zupełnie byłem pewny, że jestem nadal w Zielonej Górze, do której tęsknię, mimo aklimatyzacji branej na rozum. Niestety nie ma alternatywy.
Żyję cały czas z objawami ostrzegawczymi udaru mózgu:
1. - Chwilami mówię niewyraźnie, szczególnie przez telefon, gdy bardzo się staram precyzyjnie wyrazić swoją myśl. Krępuję się z tego powodu. Tylko Pani się przyznaję do tej słabości.
2. - Odczuwam wyraźne osłabienie lewej nogi, cały czas towarzyszy mrowienie i drętwienie, ale już bez bólu, co było dawniej.
3. - Zaburzenia widzenia w jednym oku, ale wiem, że to także rodząca się zaćma. W tej sprawie byłem u okulistki z próbą zamówienia okularów, ale dobrała tylko nowe szkła i zaleciła poczekać na postęp.
4. -  Występujące zawroty głowy, często bardzo silne.
5. -   Niepewny chód oraz trudności z utrzymaniem równowagi.
6. -  Niemożność chwilami utrzymania równowagi.

 Ja już w Zielonej Górze mówiłem do przyjaciół, - poczekajcie aż uchwycę pion.
Pani Zosieńko, jestem pogodny i ani mi w głowie zamartwiać się z tego powodu. Piszę dosyć dokładnie, bo cenię Pani kompetencje i żywię wielki szacunek do Pani wrażliwego serca.

Pani Zosieńko musze Pani donieść, że jesteśmy wszyscy zaskoczeni dobrym samopoczuciem Bożenki. Ma apetyt dobrze się czuje w nowym otoczeniu i znalazła sobie zajęcie. Otwiera szafy z lustrem w środku, ustawia do lustrzanych drzwi i ma trzy kobiety do rozmowy. W zależności od kąta lustra, bardziej lub mniej z profilu a sama jest en face. Potrafi długo z tymi kobietami rozmawiać, uprzejmie, przyjaźnie, coś objaśniać, a nawet wszczynać kłótnie i się obrażać. Mam wrażenie, że jest zadowolona. Ta choroba czyni Ją bezproblemową. To wielkie szczęście, ale dla mnie dramat. Teraz robię przerwę. Jutro będę pisał dalszy ciąg naszej banicji.
Przerwałem o godz. 2, 30 bo wychodziłem z Bożenką, potem już nie miałem siły powrócić do pisania. Po jakimś czasie opuszcza mnie uwaga i muszę się bardzo skupić, aby nie robić błędów. Teraz jest godz. 23. Bożenusia śpiewa i rozmawia. Tak będzie z pół godziny. Potem wychodzi i chętnie maszeruje, ale nie mogę na to pozwalać, gdyż poczyna chować różne przedmioty, małe i duże. Dzisiaj odnaleziono w łóżku Bożenki torebkę Magdusi. Dziwne, ale nikt nie zwrócił uwagi, kiedy to zrobiła. Cały czas próbuje coś przechować w dłoni. Wpadliśmy na pomysł, aby jakiś gadżet stale nosiła w zaciśniętej pięści. I jakoś to zdaje egzamin. Uprzednio niczego nie chciała pokazać, ani oddać. Teraz pozwoli sobie wyjąć z dłoni, z tym, że po myciu, na przykład rąk, natychmiast oddajemy. To są takie drobne wynalazki na Alzheimera. Całe szczęście, że Bożenka nie gustuje w niemieckich militariach, na przykład w granatach.

Cały czas przebywamy w pokoju oddanym do naszej dyspozycji. Jeszcze nie byliśmy, jak to się mówi, na mieście. Lilka proponuje abyśmy pojechali do Kamińska. [Od rana do wieczora]. Jak na razie przeciwko planom wystąpiła pogoda. Dzisiaj i wczoraj padało w  Poznaniu i Zielonej Górze. Tylko z meteorologią jest jak z politykami. Nie sposób wierzyć. Wicher „dmie kędy chce”. Politycy „dmą” frazesy i kłamstwa, aby pozyskać ciemny naród, czyli elektorat.
Jezus Maria, odebrało mi rozum i zapędziłem się w politykę. Pani Zosieńko, proszę wybaczyć to chwilowe zaćmienie.
Kończę, aby ponownie nie przepraszać. Aha, córka planuje wyjazd do Zielonej. Oczywiście, że powiadomię wcześniej abyśmy się mogli spotkać, a ja się nacieszyć, jak Pani Zosieńka mówi, pogaduchą.

Do zobaczenia. Życie to walka z nadzieją w tle.
                                                                  Jan Muszyński



piątek, 3 maja 2013

Wielce Szanowny Drogi Kochany Tomku


Dzisiaj otrzymałem twoje dzieło, z całą odpowiedzialnością używam tego określenia na książkę, która jest obrazem duchowego życiorysu człowieka kultury.
Tomku, oczywiście, że tylko do niej zajrzałem i natychmiast się zaczytałem. Aby jednak coś sensownego napisać trzeba być takim gigantem jak Ty. Twoje szerokie zainteresowania, właściwie, co ja piszę, Twoje życie realizowane pod takim szerokim niebem wymaga znacznie szerszego horyzontu aniżeli tego, czym ja mogę dysponować. Nie piszę tego w poczuciu fałszywej skromności a jedynie zdając sobie sprawę z mojej niewiedzy wśród tych rozległych obszarów, po których Ty się poruszasz. Muszę przyznać uczciwie, że najpierw pojawiło się zadziwienie nad rozległością tematyki a potem pytanie, kto byłby w stanie i jakim pojemnym esejem podjąć kompetentną próbę oceny pracy obejmującej Twój Tomku, wszechstronny talent. Zrozumienie rzeczy Twojego świata, opisanego w sposób nowatorski, zarówno pod względem formy, układu i treści, przekraczają możliwości percepcji prowincjonalnych czytelników. Co tutaj dużo mówić, trzeba naprawdę wielkiej wielokierunkowej i w dodatku specjalistycznej wiedzy. Nie wystarczą nawet najbardziej pilnie odsiedziane akademickie wykłady.
Tomku, jestem już starym człowiekiem, zawróciłem z drogi cmentarnej, nie stać mnie już na płaskie kłamstwa, tym bardziej, że życie nas wpisało we wspólny pod względem egzystencjalnym los. Mogę jedynie wyrazić podziw i podziękować Tobie za taki wspaniały przykład woli życia w twórczej pracy. Największym darem jest doznawanie piękna w świecie pełnym bólu i złego losu. Ty pokazałeś, że jest to dar, którym dysponujesz.

Teraz, co u mnie. Stan Bożenki toczy się według scenariusza zapisanego w podręcznikach medycyny. Na razie z tej choroby nie ma wyjścia. Jestem wszystkim w domu. Dramatyzm polega na tym, ze nadzór musi być stale modyfikowany. Nigdy nie wiadomo co Bożenka schowa, co aktualnie zje, o której zaśnie, kiedy wstanie, czy noc zamieni w dzień. Jestem jedynym człowiekiem, którego poznaje i któremu ufa. Na razie nie martwię się na zapas jak to długo potrwa. Teraz jest noc, mam więc czas dla siebie. Z wielką radością piszę ten list Tomeczku do Halinki i do Ciebie. Twoje koperty są nawet dziełkami graficznej sztuki, listonosze nawet się zachwycają. Tomku ja piszę na komputerze gdyż drętwieją mi po chemioterapii palce i po kilku zdaniach już nie mogę wyraźnie i to w sensie dosłownym, pisać. Cholernie mi się podoba, kiedy piszesz, że nowotwór nie ma u Ciebie żadnych szans. Boże Ty mój, gdybym ja mógł z taka wiarą to samo powiedzieć. Jedynie, czego jestem pewny i co odczuwam z wdzięcznością to przekonanie, że Bóg dał mi szansę abym mógł się opiekować Bożeną. Na razie nie potrzebuję żadnej pomocy i tak długo jak będę się czołgał tak długo będziemy razem.
Pozdrowienia dla Halinki, Do zobaczenia Tomeczku. Jeżdżę samochodem z Bożenką po zakupy. Ponieważ znacie nasz stan nie ma potrzeby się krępować. Może jeszcze pogadamy w Waszej posiadłości.     
                                   Serdecznie Was pozdrawiam

Kak pisać ruczkej czto nie rozwiłaj toporom


Pisałem dla siebie prawie zawsze. Robiłem to na studiach, poza wykładami, potem jako Wojewódzki Konserwator Zabytków, następnie jako sekretarz Lub.Towarzystwa Naukowego i wreszcie jako ważny urzędnik w Muzeum. Gdy miałem jakiś problem, albo ciekawy temat, to się w ten sposób uwalniałem z ciężaru. Przeliczyłem się jako dyrektor placówki sądząc, że mogą mi skoczyć. I skoczyli. Ogłosili stan wojenny. Były aresztowania, rewizja, a we mnie ogromny strach, że ponownie do pierdla, gdyby tylko te moje pamiętniki dorwali. Nie było żadnego świętego ze sfer politycznych, których bym nie opisał nie bacząc na wulgaryzmy. Mój przyjaciel Jasiu D. - połączyła nas choroba i wspólny pobyt w szpitalu, -  który miał wysokie stanowisko w organach ścigania, -  poradził, abym zniszczył swoje kroniki, gdyż ogólnie - tak powiedział - wiadomo, że piszesz w nich paszkwile.
Istotnie, tak było. W mojej nowo założonej Kronice na stronie tytułowej grubym mazakiem napisałem swoje credo. Ciemna plama przeszła na drugą stronę. Nie zwróciłem uwagi na te zapiski. Dopiero teras je z trudem odczytałem. Ten zapis zapewne pochodził sprzed stanu wojennego. Niestety, nie jest datowany.
- Zygmunt M. z KW PZPR: - Kania pije bez umiary. W nocy się dobijał do ambasadora ZSRR w Polsce. Skandal dyplomatyczny. Gen. Jaruzelski wykorzystuje sentyment Polaków do munduru. Nie należy ufać Generałowi, gdyż wyrzekł się linii partii. Socjalizm jest zagrożony.
- Alfons M. podpułkownik milicji: - Gierek jest zdrajcą narodu. Gdy był w Belgii został agentem USA. Celowo robił długi, aby uzależnić Polskę od Niemców i Amerykanów. Gen. Kiszczak zdradza codziennie linie partyjną. Jak milicja się napracuje, aby zamknąć jakiegoś wroga, to Kiszczak, mimo dowodów winy wypuszcza gon na wolność i milicja musi na nowo gromadzić dowody. Chodzi o paraliż służby bezpieczeństwa i milicji.
- Bolesław Z. podpułkownik SB: - Społeczeństwo Polskie jest zaszokowane i dotknięte stanowiskiem Papieża za wtrącanie się do spraw Polski. [to było do mnie skierowane z oczekiwaniem na reakcje. Udałem, że o wizycie od niego się dowiedziałem].
-Prof. Jan W: - Rozmawiałem z Adamem Łopatką i Stefanem Olszowskim. Idziemy w dobrym kierunku. Spokój jest potrzebny. Co trupom, np.20.tysiącom po wolności?

Tylko tyle się zachowało.
Do kurwy nędzy! Co teraz?  Strach jak sraczka. Niby człowiek zdrowy a wypróżniać się trzeba nieco intensywniej. Radzić się nie ma, komu. Donosicieli wokół, - tych kurwów jak mrówków, - cytując słowa oblatanego w temacie milicjanta. Zostałem sam z tymi albumami. Przeglądałem, wyrywałem całe strony, raz trzeźwy, raz pijany, ale to - ni chuja - gówno pomagało. Panika nadal. Te wpisy zachowane przypadkowo, to mały pikuś. Dalszych cytować nie mogę, gdyż źródło dokumentacyjne zostało zatopione.
Postanowiłem wszystko, przechować u przyjaciela. Był wówczas dyrektorem Muzeum w Międzyrzeczu. Zapakowałem cały wysiłek intelektualny, w liczbie trzech. Kronik, do bagażnika.
Od kochanej Baśki Fijałkowskiej, pani dyrektor Wydziału Kultury WRN, dostałem delegację, okryłem nieprawomyślne albumy urzędniczą makulaturą i dalej w drogę. Panika jednak narastała, ale w innym wymiarze, bo już mniej egoistycznym. Czy mam prawo narażać Staszka? Co on mi kurwa zawinił?
Przed mostem w Cigacicach podjąłem męską, nieskalaną wspólną odpowiedzialnością, decyzje. Zaparkowałem na wale przeciw powodziowym.  Bohatersko-tchórzliwie, obejrzałem teren aż po horyzont. Potem wziąłem z bagażnika wędkę, - zawsze była gotowa  - oraz trzy albumy i nieco luźnych zapisków, - że niby idę na ryby - i utopiłem je w Odrze. Potem chwilę posiedziałem i ruszyłem z powrotem. Powoli się uspakajałem, ale było mi smutno, no to kurwa znowu się spiłem. Nigdy, nikogo nie śmiałem obarczać swoim uzależnieniem, ale teraz był winien Komitet Centralny PZPR. Byłem jednak tak ostrożny, że tego nigdzie nie zapisałem. Nawet w sraczu, co było wówczas modne.
Gdy tylko wróciłem do pionu uzależnienie powróciło z nieprzemożoną siłą. Słaby jestem. Poległem. Ogłosiłem na pierwszej stronie nowego albumu credo do starego nałogu.
Nie napiszę prawdy w obraźliwej formie, ale będę pisał prawdę.
Tak! Tylko Prawdę. I nie wiem, dlaczego obok tego zapisu wyrysowałem kopulujące pieski. Chyba nadal byłem na gazie.                                         
Dzisiaj, to znaczy 17. kwietnia 2013.roku, leży na podłodze pięć kronik-pamiętników. Niektóre mają nawet bogate inicjały. Wszystkie zaś złocone, wytłoczone, napisy na okładkach Dziwny ich los. Żadna z tych złotych ksiąg, poza kilkoma stronami, nie została zapisana. Nie kupowałem tych albumów. To były dawne muzealne pamiętniki, które wykładano do wpisów gości odwiedzających Muzeum, gdzie zazwyczaj najwięcej wpisów pochodziło z wycieczek szkolnych. Gdy zostałem szefem tej placówki znalazłem je w stosie porzuconej makulatury.
Jako poznańska pyra, oszczędny do przesady, postanowiłem z nich skorzystać i oczywiście zachować te z zasady, pochwalne wpisy i pozytywne uwagi. Są to dokumenty aktywności Muzeum z minionych lat PRLu.  Każdy wpis był datowany, co podnosiło historyczną rangę zapisu, niezależną od jego wartości.

Kolejne moje dzienniki zawierały opis życia muzealnego, często w kontekście społecznym. Byłem, na początku daleko od polityki. Stale miałem przed oczyma zachłanny nurt Odry pochłaniający mój subiektywny osąd. W tych topielcach, najczęściej wulgarnie, plułem na durnych aktywistów politycznych, patriotów związanych finansowo ze służbami. Szczególnie zaś obkurwiałem donosicieli z potrzeby serca. Oraz, różnego rodzaju swołocz, nawet rodzaju żeńskiego…. Brutalnie i tchórzliwie, zawsze z nazwiskiem, gdyż zdarzało mi się zapominać, kogo opis dotyczył. Zamykałem w konspiracyjnych kronikach, świat, który mnie uwierał. Mimo, że go zatopiłem uwierał mnie w dalszym  ciągu. Z treści kronikarskich zapisków wynika, że byłem ostrożny, ale jak się okazało także do czasu.
Zapisywanie życia, było i jest obrazem trudnej do zniesienia egzystencji, - już mnie nikt nie wyleczy.

Oto wykaz:
1.    - Kronika - wym.35cm na 25 grub.5cm. Na okładce daty, 1981 – 1988  Obustronnie zapisane 302 karty.
2.    - Księga Pamiątkowa  - wym.40cm na 30 grub. 2cm z datami, 1988 – 1992 oraz 93. zapisanymi z obu stron wydarzeniami.
3.    - Złota Księga - wym.34cm na 24 grub. 2cm. Datowana, 1992 – 1997, kart 116 obustronnych.
4.    - Złota Księga - wym.34cm na 24 grub1,5cm. Tutaj czas- okres zapisów został zaburzony. W roku mojego odejścia na emeryturę, przyszły dyrektor niespodziewanie awansował a ja pozostałem, decyzją Wojewody, nadal dyrektorem, potem jeszcze jakiś czas, ze Stanisławem Kowalskim na pól etatu. Złota Księga zawiera zapisy wydarzeń od roku 1999. ale coraz częściej wspominam o czasach odleglejszych. Zaopatrzyłem także te zapisy w artykuły prasowe oraz dokumentację innego asortymentu. Zapisałem 58 kart
5.    - Księga Pamiątkowa - wym.33,5 cm na 23,5 grub.1,5cm Na 71. obustronnych notatkach wspominam przeszłość, rekonstruuje swoje poglądy, wyrażam opinie, przedstawiam siebie jako dobrego człowieka. O ile opisuję jakieś konflikty, staram się je dokumentować. Kontrowersje wynikały raczej ze względów charakterologicznych, braku wiedzy albo ze zwyczajnej głupoty. Na okładce daty: 
- 2000 - 2011

Ostatni zapis w piątej Kronice z dnia 21.04. 2011.
- Z Klemem piłem, umarł
- Z Bogdanem Kresem piłem, umarł
- Z Joachimem Benyskiewiczem, piłem, umarł
- Z Heńkiem Ankiewiczem, piłem, umarł

Od czasu, gdy na schodach zaczaiła się na Klema śmierć, aż po czasy Henia, minęło dwadzieścia pięć lat. Wspomniałem tylko intencjonalnych, intensywnych moich przyjaciół.

I co tutaj dodać? A może za mało piłem?
     

Skandal - Co wydarzyło się w Muzeum


Od kilku lat chciałem napisać o swojej największej porażce zawodowej. O ile opowiem o tym będzie mi lżej, będę mniej wściekły, rozżalony, uwolnię się od tego wspomnienia, które mnie dopada i odbiera poczucie satysfakcji z pracy zawodowej. Wiem z doświadczenia, że traumę pozbawiam niszczącej siły przez jej opisanie. Jestem uzależniony od pisania pamiętników. Całe moje zawodowe życie jest wypełnione, naznaczone zapisami i dobrymi
i dosyć często tymi, których chciałbym ze swojej świadomości się pozbyć. Treść tego przykrego wspomnienia dotyczy mojej naiwności oraz przebiegłości złodzieja w Muzeum, który okazał się moim zastępcą. Ten opis jest także moim odwetem. Teraz jest on stępiony przez czas, ale był okres, gdy z bezsilności byłem skłonny do przerażającego, samowolnego wymierzenia sprawiedliwości. Wiele osób pomagało złodziejowi, powodując moją bezradność, ale do czasu! To nie był rabuś małego formatu! Stanowisko, a nade wszystko czas mu sprzyjał. Wydarzenie w Muzeum wymaga pióra zdolnego pisarza od kryminałów zdolnego uporządkować, bogate pomieszanie materii przestępczej, oraz ukazać osoby z elity zielonogórskiej zamieszanych w ten proceder. Czuje się osobiście skrzywdzony. Jestem zdeterminowany mimo braku kompetencji i talentu, o tym napisać. Muszę jeszcze zasięgnąć opinii prawnika jak daleko w sprawach personalnych, po tylu latach, mogę otwarcie napiętnować po imieniu i nazwisku uczestników i wspólników złodziejstwa.   

Zaczęło się dosyć niezwykle. Mój magistrant, z Wyższej Szkoły Pedagogiczne, celnik z Gubina, przyniósł do biura XIX wieczny cynowy kubek.. Z informacji wynikało, że turysta z Niemiec był w jego posiadaniu. Kupił go od nieznajomego w Zielonej Górze. Gdy się dowiedział, że służba celna ma obowiązek zapytać Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, czy może uzyskać zezwolenie na wywóz tego zabytku, oraz że może poczekać na przyjazd konserwatora, to Niemiec poprosił, aby cynowe naczynie pozostało na granicy aż do wyjaśnienia sprawy. W ten sposób kubek trafił do Muzeum. Był naszą własnością. Z moim zastępcą Januszem K. sprawdziliśmy w Dziale Winiarskim ponad wszelką wątpliwość, że pochodził z naszych zbiorów. Miał założoną kartę inwentaryzacyjną z opisem i fotografią. Odczytano także zatarte litery MZG i numer zapisu w księdze obejmującej zapasy magazynowe. Najbardziej zatroskany był mój zastępca i oświadczył gotowość wyjaśnienia tej sprawy. Po jakimś czasie przedstawił listę byłych pracowników Muzeum z całą gamą podejrzeń. Sprawa się wlokła dosyć długo. Mój zasadniczy błąd. Nie zgłosiłem sprawy, jako kradzieży do Prokuratury ani na policję. Jedyny plus, że pamiętałem.
Postanowiłem zarządzić inwentaryzację zbiorów. Komisje ustalał zastępca. Jest regułą, ze w komisji muszą brać udział pracownicy z innych działów. Jednak zbyt długo trwało ustalanie i powołanie zespołu. Ustaliłem sam zestaw personalny i przystąpiliśmy do spisu z natury. Efekt był przerażający. Nie sposób było ustalić braków gdyż podczas pracy komisji zaginęły kartoteki z poprzednich lat, a nawet spis historycznych map, który był w Dziale Sztuki Dawnej tuż przed inwentaryzacją.
Gdy mieszkałem przy ulicy Fabrycznej, zapoznałem się z moim sąsiadem, prokuratorem Witoldem Bryndą, któremu przedstawiłem sprawę jeszcze w trakcie prac inwentaryzacyjnych. Potraktował wydarzenie poważnie i zapoznał mnie z Naczelnikiem Wydziału Kryminalnego. Podpułkownik Alek Merda wysłuchał z uwagą mojej relacji, zalecił absolutną dyskrecję i umówiliśmy się na kolejne spotkanie, ze spisem wszystkich pracowników, oraz tych, którzy przestali pracować w ostatnich pięciu latach. Spis pracowników miałem zrobić także samodzielnie nie informując nikogo w Muzeum. Na kolejnym spotkaniu poinformował mnie, że wkrótce się spotkamy, gdyż jest w przededniu pójścia na emeryturę. Najtrudniejsze do ujawnienia są kradzieże w rodzinie. Tutaj mamy do czynienia z takim wydarzeniem. Zalecił wzmożenie nadzoru i zaproponował zatrudnienie emeryta z pionu dochodzeniowego jako konserwatora w dziale technicznym Po paru dniach pismo o zatrudnienie złożył Jan Sudolski, który nie dostał nawet biurka do pracy. Jako konserwator doglądał wszystkiego, od piwnic po dach. Po kilku dniach złożyła podanie o zwolnienie z pracy sekretarka, gdyż dostała propozycję z Wydziału Spraw Wewnętrznych Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, ze znacznie wyższą pensją. Główny sekretariat mieścił się przy gabinecie zastępcy. Przez kilka dni Janusz K. sam odbierał telefony, przyjmował pocztę
i wysyłał korespondencję. Na zatrudnienie jego kandydatów nie wyrażałem zgody. Panie salowe poinformowały zastępcę dyrektora, że jakaś pani, która interesuje się sztuką i muzealnictwem, jest emerytką i poszukuje pracy. W konsekwencji do pracy w sekretariacie została zatrudniona elegancka pani kapitan, Irena K. wbrew stanowisku Janusza K. Franciszek Marecki z Janem Sudolskim zakładali nowe zamki, elektryczne dzwonki alarmujące otwieranie drzwi pomiędzy częścią biurowa a ekspozycją i magazynami. Wszystko uzgadniali z zastępcą dyrektora, Januszem K. W portierni zamontowali zamkniętą oszkloną szafkę, z zapasowymi kluczami do wszystkich pomieszczeń. Zgłosiłem do prokuratury braki zabytków, ale wymagano dokładnego opisu przedmiotów, z czym mieliśmy trudności. Nagle pojawiały się uznane za zaginione, które się odnajdywały, aby ponownie się zdematerializować. W Sulechowie, w roku 1983. odnaleziono skarb monet. Pojechała po nie kierowniczka Działu Numizmatycznego Barbara Żyża  Przejęła  613 numizmatów i w obecności milicjanta zapakowała do 10. kopert. Potem udała się do jubilera, aby określił wartość kruszcu. Przygotowywała się do ich opracowania, gdy zauważyła, ze brakuje około 30.monet. Zabrakło z tych kopert gdzie było ich więcej. Sprawę zaboru zgłosiliśmy milicji. Wtedy kilka się odnalazło a następnie ponownie kilka z nich zaginęło. Barbara Żyża spłakana przyszła do mnie: - Jak pan dyrektor chce mnie zwolnić, to proszę o normalną drogę służbową. Tylko życzliwości zastępcy  zawdzięczam ukryte intencję pana dyrektora. Myślałem, że to wręcz niemożliwe, aby wymyślić taką strategie. Uznałem tę metodę za nikczemność zawodową i wyrafinowany mobing psychiczny. Baśka się uspokoiła. Trafiały do niej moje argumenty.
Janusz K. na dramatyczne zmartwienia Baśki związane z huśtawką monet, oświadczył, że pani Żyża jest wariatką i może dostarczyć dowodów na jej paranoję. Nie należy jej łez brać poważnie.
Sprawa monet wzbudzała ciekawość numizmatyków. Mój szwagier poinformował mnie, że prof. Wojciech P. prosił abym mu udostępnił wgląd w skarb sulechowski, gdyż ma wiele monet w swoich zbiorach i o ile były by duplikaty to by je pozamieniał[?]. Uznałem za stosowne przestrzec Baśkę, aby żadną miarą nie zgadzała się na udostępnienie zbiorów panu profesorowi. Jak później się okazało, Wojciech P. poczynił nie odwracalne szkody w starodrukach i zabytkowych mapach. Ale o tym pisze już Alfred Siatecki, .

Pewnego dnia zatelefonowała do mnie, zawsze nam życzliwa, dyrektorka Wydziału Kultury Barbara Fijałowska z informacją, że w instytucjach kultury należy wygospodarować skromne pomieszczenie do pracownika zajmującego się grami wojennymi i rozlokowaniem dzieł sztuki na wypadek konfliktu zbrojnego. Będzie to oficer W.P.  Po kilku dniach poinformowała mnie, że będzie to prawdopodobnie oficer M.O. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony, kiedy tym oficerem okazał się Alek Merda. Rozkładał fikcyjne mapy w moim gabinecie i gdy zjawiał się mój zastępca uzgadniał z nami trasy, oraz miejsca ewakuacji a jego pytał o najważniejsze dzieła sztuki, które w pierwszym rzędzie powinny być wywiezione. Potem wyjeżdżał do miejsc wytypowanych, a naprawdę odwiedzał „Desy” począwszy od poznańskiej. Zyskał nie tylko pomieszczenie, urządzone przez szefową Działu Sztuki, ale także sympatie pracowników. Teraz sprawy nabrały wyjątkowego tępa. To nie był złodziej indywidualny w rodzinie, ale wręcz zorganizowana grupa wzajemnie się wspomagająca w okradaniu Muzeum. Teraz dopiero wyszło, że Kamili M. skradziono ikony, złote zegarki a na dodatek, po rewizji, przekopano jej ogródek w Nowej Soli, poszukując znakomitych dzieł sztuki, których była kustoszem.
Janusz K. poruszał się swobodnie po gmachu w towarzystwie Adama P. pracownika S.B. który oficjalnie był naszym politycznym nadzorcą. Nie wpisywali swoich wizyt do Muzeum w godzinach popołudniowych, dozorców zobowiązywali do dyskrecji, poszukując wrogich ulotek. Nie wspomina o tym Alfred Siateczki, publikując cykl materiałów z procesu w „Nadodrzu”, dwutygodniku społeczno-kulturalnym,  -  „Co wydarzyło się w Muzeum”.
Od stycznia 1988. r do kwietnia, opisywał: -  kradzież numizmatów, militarii, historycznych map, zabytkowych ksiąg… Wspomniał o zaskoczeniu Edwarda Dąbrowskiego archeologa, jak po latach odnalazł rzymską monetę, która zaginęła gdy Janusz K. pracował jako laborant w Dziale Archeologicznym.
To, co się wydarzyło w Muzeum, to temat absolutnie na kryminał społeczno polityczny, ze stanem wojennym w tle. Właśnie ten czas sprzyjał złodziejowi i jego przyjacielowi. Przyjacielowi w roli prowadzącego go opiekuna po meandrach działalności służb operacyjnych. Alfred Siatecki rok wcześniej powiedział, że ma gotowy kryminał, z trudnym zapleczem ideowo-politycznym. Gazeta Lubuska zamieściła 14 września 1987.r, notatkę pod krzyczącym tytułem „Prokurator oskarża…”. Janusz K. został tymczasowo zatrzymany od maja 1987. Teraz ruszyła parada pomocników,  przyjaciół, obiektywnych znajomych. w sprawie niezawinionej krzywdy mojego zastępcy. Jak się okazało, od samego początku prowadzona była gra zmierzająca do wyeliminowania go z kręgu osób podejrzanych. Tylko dzięki uporowi Alka Merdy sprawa nie została zamieciona pod dywan.
Bogdan Rogoziński był kierowcą w Archiwum, w Wojewódzkim Domy Kultury, w Lubuskim Towarzystwie Kultury, aż pewnego dnia pojawił się w drzwiach w mundurze podoficera M.O.
z wnioskiem aby sprawę wyciszyć. Kompetencja i doświadczenie Alka Merdy uratowały mnie i nie pozwoliły na przejście do historii Muzeum Ziemi Lubuskiej, jako złodziejowi.

Bożenka jest wstrząśnięta, ja jestem skamieniały.
- „Teleekspres”  powiadomił, że dyrektor Muzeum w Zielonej Górze dopuścił się kradzieży i stanął przed sądem. Tekst został zilustrowany zabytkową bronią, nie pochodzącą z naszego Muzeum

Do Prezydenta Gorbaczowa

Do Prezydenta Gorbaczowa
z okazji jego przyjazdu do Polski w lipcu 1988.

Socjalizm to nie jest kura, której na pieńku gniewu obcina się głowę.
Komunizm to nie tłusty karp, którego wielki łep Komitetu Centralnego można przeznaczyć na zupę, zaprawioną krwią wyprowadzonego czerwonego sztandaru.
Pan Prezydent jest komunistą uznanym i komunizmu Pan nie zdradzi.
Socjalizm Pana wykolebał i sutą sutką wykarmił.
Pan ma obowiązki. Pan ma wiarę głęboką w szczęśliwą przyszłość.
Ma Pan odwagę, Już się rozpędzili, już do Pana komuniści biegną
zabukowani w dobre wzorce.
Andrej Woznieseńskij określił jako wściekłe psy tych, których unicztożyc trzeba. Dzierżyńskie, Piecki, Gotwaldy dali przykład,
Kto jest patriotą i co jest ojczyzną prawdziwą.
Nasz pisarz Andrzejewski marksizm, do bożej godności wyniósł, do narodzin Chrystusa przyrównał.
Nina Andrejewna o godność komunisty walczy. Jest, o co? Tak, jest!
Tiepłow uczony psycholog radziecki nadludźmi swoich ziomków uczynił. Stalin pracę ponad życie wyniósł. Gorki obdarzył humanizmem europejskim, z Łagrów przykład wychowawczy wywiódł. Człowiek to brzmi dumnie, wykrzyczał zapewne nie ze strachu.
Wschodnia Europa do świata wolnego swój wkład wniosła.
Albania szerokie otwarcie na świat, Rumunia najniższą śmiertelność niemowląt wzorcem uczyniła. Tymi darami obciążeni do Pana się zbliżają, także inne juczne stada.
Bułgar Żiwkow i Beria pokazali jak bez seksu się obywać, Honecker
z czujności drogę do awansu wymościł, Gomółka realizował z nad ludzką gorliwością prawo do godności robotniczej, a w 70-tym, jak  wiecznie żywy Lenin tych z Kronsztadu, tak tych ze stoczni potraktował. On właśnie z Breżniewem o wolność w Czechosłowacji się zatroszczył. Czesi w pas się komunie kłaniają.
Komunizm ślady po wsze czasy w uszczęśliwionej części Europy pozostawił.
Od francuskich lewych intelektualistów nauki pobierali i przykładny raj poczęli budować Czerwoni Khmerowie.
Nie pozostałeś sam. Komuniści całego świata dosiedli ogierów Apokalipsy i z pomocą spieszą. Komuniści z Polski oddają Tobie zmysł zgodnej partyjnej współpracy z wiecznym dobrobytem przyszłych pokoleń. Komuniści Czescy niosą odwagę a Węgierscy wierność i niesprzedajność w chwili zagrożenia, poczucie humoru i lekkość niosą towarzysze niemieccy, z uczciwością podążają z Rumunii, ze zdolnościami poliglotów towarzysze z Węgier.

Nie jesteś doprawdy sam. Podają Tobie serdeczne uściski dłoni, wzmacniając Twój autorytet przyjaźni komuniści tej części Europy, którą Twój kraj swoim piętnem szczęśliwie naznaczył. Polscy, pierwsi u Twoich stóp złożą dziewiczą wolność swego kraju. Pragną jak Żiwkow, być w łaskach Lenina i Stalina po śmierci swojej i swoich nauczycieli-pedagogów. Komuniści polscy są marzycielscy i sentymentalni. Romantyzm rewolucyjny wykładali w procesach politycznych. Długo po śmierci znakomitego językoznawcy, posługując się kwiecistym językiem jego prokuratorów.
Chwała im pośmiertna. Na nich można liczyć. Obca im jest schizma Lutrów i Kalwinów, oraz echo ich wrażych wątpliwości, oraz rozbijackich odchyleń.
Pamiętaj! Wspomogą Ciebie czujnym szaleństwem. Rozprawili się z tymi, którzy wasze łagry przetrwali. Komunizm realizują z fatalnym czarem. Postać mają skromnych urzędników a gdy przemawiają twarze natchnionych ewangelistów. To są ojcowie komunistycznego raju. Na Boga mogą się powołać i pakt z szatanem zawrzeć. Miłość do Związku Radzieckiego można im jedynie s sercem wyrwać. Kurwy z prywatnymi warsztatami, rodzącymi z godziny na godzinę kapitalizm, przytroczą do Twojego ideowego rydwanu. Wytropią spekulantów i dolarowych gości. - To tłuste wszy, - ogłoszą. Ciebie zaś jak Lenina przed syfilisem ustrzegą.
Narodowi patrioci to wyrafinowani i wykształceni zbrodniarze. Nie znajdziesz lepszych sukinsynów. Zmieszają krew Żydów, Cyganów i Słowian, dyskretnie zbełczą ironią, kłamstwem i dowcipem. Przy współpracy tubylców, na łep amerykańskich imperialistów wyleją. Zakłopoczą i onieśmielą Twoich wrogów. Flotą Ciebie wspomogą lewacy ze Słowacji i Czesi, jedni z krzykiem przybiegną inni milczkiem podejdą. Wrota wszystkich mórz otworzą, aby do portów mogły wpłynąć okręty twoich myśli, lotniskowce inicjatyw i torpedowce realizowanych planów. W głębinach nieujawnione tajemnice zakute w stalowych pancerzach ukryli. Przed Tobą je rozkują.
Tak przynajmniej starają się Pana Prezydenta przekonywać:
- Zapewniamy Was Towarzyszu, że nasz nacjonalizm zamienimy na Eurokomunizm. Pretensje do świata zarzucimy wtedy, gdy szczodrymi ramionami obejmiemy ludzkość. Na razie ofiarujemy Wam zdolną do wszystkiego aktywistkę partyjną, składany w portfelu karabin maszynowy, taksometr reagujący na opilstwo, słownik wyrazów obcych z północnych i zachodnich terenów Twojej ojczyzny. Krainy okalanej pasmem lodu na północy, oraz rozległe zielone obszary na południu. Dla komunizmu wszystko, co najlepsze. Wzmogą antysemityzm, podniosą procent w winie, zaostrzą smak każdej potrawy, obdarzą świat nikłym procentem samobójców, partyjną służalczością i prowokacją będą Ciebie wspierać. Całunem kiru okryją Twoich wrogów od stóp do głowy. Kochać Ciebie będą jak Pawka Morozow swoich rodziców. Do Twoich dłoni tulą twarz komuniści niemieccy. Oni w Twojej ojczyźnie pozostawili obmarzłe uszy i nosy. Oni teraz lepiej słyszą, węch na wroga im się wyostrzył. Daj im wolną rękę a przez dwadzieścia lat odmienią technologie zabijania.  Z cmentarzy uczynią wesołe miasteczka. W Oświęcimiu zainstalują Dom Spokojnej Starości. Trabanta zamienią w mercedesa, Szwejka we wzorowego żołnierza, z prostytutki zrobią dziewicę, z kolejarza lotnika, z prezerwatywy największy balon świata. Wybudują szpitale dla wariatów, obdarzą szacunkiem opozycję. Wszystko zrobią dla Ciebie towarzyszu Prezydencie. Pozłocą kopuły cerkwi, zakonserwują ikony, wyprostują kraty więzienne a cyrylice zamienią w łagodny śródziemnomorski bat, do batożenia. Starczy zawsze życia na genialne egzystencjalne plany. Jeden mundur, jednolita myśl i jeden zaciśnięty kułak. Abyś mógł skrzydlate myśli zrealizować do dyspozycji i zarządzania kudłaty Fidel odda Tobie w pacht i zarządzanie bogactwo Kuby.
Każde dziecko pionierem i komsomolcem, każdy dorosły Czapajewem, każdy emeryt darczyńcom dla bezprizornych wnuków. Człowiek trwa krótko, idea jest wieczna. Nie żałują komuniści życia. Między tym, co głoszą, a tym, co przynoszą, jest miejsce dla śmierci. Życie - jako takie - zamieniają na lepsze, te gorsze do piachu. Panie Prezydencie, komuniści do Ciebie bieżą. Kadzidło przynoszą.
Panie Prezydencie!
Oznajmią, że wykryli wroga wśród Żydów, masonów i cyklistów. Oni mądrzy, skuteczni i wierni.

Wielce Szanowny Panie Prezydencie. Ja nie jestem komunistą. Nie przynoszę żadnego żaru ideowego. Jestem biedakiem w zamożnym kraju. Taki komunistyczny oksymoron.
Ten list-balladę do Pana piszę w Zielonej Górze, bez poczucia lewicowego aktywizmu. Pragnę tylko jednego. Aby się Panu nie udało powrócić do dawnego stylu, tym bardziej, że broni Pan, jako komunista, Rosję imperialną przed stagnacją i rozpadem. To Pana zdanie, - „Socjalizm ma być budowany naukowo”. - Jaki socjalizm?
- „Taki aby go ludzie zaakceptowali”, - od siebie dodaje - najlepiej bez tego drygu szczerych komunistów, bez ich smykałki i zacięcia.
                                     
Pozostaję z szacunkiem
  Jan Muszyński


Humor i dydaktyka w niespodziewanej poincie

Anegdoty środowiskowe

Takiego skrybę grafomana, jakim jestem, co bez wstydu przyznaję, mobilizuje do zapisu każde wydarzenie, „warte ocalenia od zapomnienia”. W tym przypadku chciałbym zapisać trójgłos w jednej sprawie. Mamy otóż środowisko kulturalne, które potrafi wykreować z banalnego wydarzenia anegdotę. A tam gdzie się ona rodzi doprawiona dowcipem , to znaczy, że mamy do czynienia z kulturą wysoką:  - jak  porośnięta wiosenną trawą góra zielona.

Bywali w naszym mieście, Zielonej Górze giganci literatury, Iwaszkiewicz, Andrzejewski, Broniewski oraz nieco mniejsi, ale także wielcy, do których należał Sztaudynger. W Peerelu postać nie tyle wybitna, ile cholernie popularna. W dobrym tonie było znać fraszki a w jeszcze lepszym, kilka tych nieco frywolnych i zabawiać lekko zaprawione, mieszane, duchowo bogate towarzystwo.
Gdy zaszczycił nasze miasto, Wydział Propagandy KW PZPR delegował mnie, Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, - zresztą nie tylko w tym przypadku, - abym obwoził znane w kraju znakomitości po zabytkach naszego województwa. Instruktorzy partyjni podkreślali moje służbowe stanowisko, aby goście nie sądzili, że cicerone to pracownik fizyczny z Pegeeru.  Poznałem wówczas prominentnych polityków, artystów a wśród poetów nawet miałem zaszczyt dowieść do Gorzowa w stanie nie wskazującym autora
- Ulicy Miłej i Słowa o Stalinie. Niestety, nie udało się w Sulechowie, ale w Świebodzinie pisuardessa, dokonała zakupu w barze, czujnie przeze mnie obserwowanym w czasie, - jak sadziłem, - że Poeta zmaga się z czynnością fizjologiczną.   

Sztaudyngera wraz z małżonką wiozłem do Międzyrzecza. W Gościkowie-Paradyżu, po świątyni oprowadzał dostojnych pielgrzymów osobiście Rektor seminarium.. Przed jednym z małych konterfektów usłyszałem, gdy oddalając się zdążył poinformować:
- To jest portret powstańca.
Prawie natychmiast cichy szept: - Ja podczas tańca mam coś z powstańca.

Po przyjeździe do Zielonej Góry w godzinach popołudniowych dostaliśmy obiad w Klubie Dziennikarza [Pod Kaczką], ale nie w głównej sali tylko w bocznym aneksie. Miałem obowiązek dotrwać przy gościach, dotrzymać towarzystwa w mieście i odprowadzić do hotelu Wszystko było zaplanowane i zatwierdzone.
Przed obiadem, - wytworniej, - przed konsumpcją, zapragnąłem   zniwelować subiektywne, ale uzasadnione, samopoczucie nie dorastania do poziomu intelektualnego moich gości. Po namyśle postanowiłem życzyć skromnie staropolskim zwyczajem, -  bon appetit.-  W odpowiedzi na ten bonmot pojawił się łaciaty kot. Wyprężony, jak czołgowa antena, ogon zaciekawił nas. Kot wolno, dostojnie przemaszerował po sali i udał się pod drzwi naprzeciwko naszego jeszcze nie rozpoczętego obiadowania. Najpierw błagalnie, potem arogancko spoglądał w naszym kierunku i począł drzeć mordę. Pan Jan wstał od stołu podszedł pod drzwi uchylił je a kot szybko wśliznął się do środka.
Pierwsza odsłona spektaklu nastąpiła:
- Drzwi się otworzyły, pojawił się z zagniewaną twarzą Tadeusz Jasiński, potem rozjaśnił oblicze, skłonił się: -  kolega literat, delikatnie składając w ofierze kota. Ten bezczelnie miauknął domagają się powtórzenia uprzedniego gestu. I tak się stało.


Teraz akt drugi.
W drzwiach pojawił się kierowca Gazety Lubuskiej, towarzysz Kolanko:
- co, tego, no jest poważne zebranie partyjne, to jest niepoważne, jest towarzysz sekretarz, to jest, on się spienił ten tego, dwa razy był, aż mnie rozjuszył, ten tego, partyjna sprawa, ludzie nie są głupie żeby im, tego kota. Jeszcze wam mówię, ten tego.

Groźnie i złowieszczo na nas popatrzył!
Nie postawił kota delikatnie, jak członek ZLP, - Dymy wyższe nad dęby - Tadeusz Jasiński, tylko rzucił nim na podłogę, a kotek szybko dał nogę. Zapanowała cisza. Prawie natychmiast Jan Sztaudynger oznajmił swoje przyzwyczajenie.  
-  Tam gdzie hołota ja zawsze wpuszczam kota.

Janusz Koniusz w swojej poetyckiej prozie,  - Kamień z serca, napisał, że był przy tym, a fraszka brzmiała,  - Pojąłem w lot, że do partii wstąpić chce kot.

Dyrektor Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Grzegorz Chmielewski oświadczył, że żona i córka mogą potwierdzić, że cała sprawa się odbyła w jego książnicy. Fraszki nie pamięta, brzmiała jednak inaczej.  Jest zdegustowany brakiem prawdy w relacji. Koniusza przy tym nie było a to, co on pisze, to nie jest literatura faktu.
Na to zabrał głos Henryk Ankiewicz. Ceniony u nas dziennikarz i autor kilku pozycji reportażowo-literackich. - Przechadzki zielonogórskie - oraz liczne miłosierdzia dla artystów plastyków.

Literatura to literatura, a czy faktu czy nie faktu, to niech się tym zajmują doktorzy czy docenci. To jest wymyślone dla studentów. Jednym słowem, - tłumaczył dla inaczej rozwiniętych umysłowo,
- dobra literatura to zarówno Truman Capowe ze swoją – Zimną krwią, jak i Koniusz ze swoim – Kamieniem z serca.
Przy tej okazji zawsze pojawiało się moje nazwisko. Jakobym miał jeszcze inną wersję. Zawsze dostojnie odpowiadałem, że mam to w dupie i nie myślę anegdot i mitów, które są solą każdego środowiska, prostować. Nasze środowisko dopiero wychodzi z jajka, pękła już twarda skorupa jednolitego, zapóźnionego pierońsko, prawie pod każdym względem, importowanego kotła etnicznego. Związek Literatów Polskich powinien mieć oddział w Zielonej Górze, i wtedy sytuacja może się zmienić. Brak jest jednego członka, aby powstała wymagana ilość. Według autora kilku tomików Henryka Szylkina, ktoś im obumarł i brakuje tego nieboszczyka. Teraz jest ich o tego jednego za mało, a koledzy bardzo pragną mieć swój Oddział Związku Literatów Polskich w Z.G.  Prezesem jest literat Zbigniew Ryndak.Autor także zbioru felietonów, - Karawana idzie dalej.
Trudno powiedzieć, że popiera pogląd, nadzieję,
- że będą pisać lepiej, gdy będzie w Zielonej Górze, Oddział Zlepu?




piątek, 12 kwietnia 2013

Mój Piotrków Trybunalski po raz drugi



Na krześle otwarty album, - „Zbiór Obrazków Zoologicznych”. Za tym albumem uśmiechnięty, bucowaty dziesięciolatek. To ja. Zdjęcie zrobiono w Gwiazdkę. Poświadcza to choinka w tle. Tę radosną dla mnie fotografię opisał mój tata: - Piotrków. Tryb.1942. Ten sfatygowany album leży teraz obok komputera. Ma ponad siedemdziesiąt lat. Wyklejałem go obrazkami zwierząt przeszło dwa lata. Zdobywałem te wyobrażenia światowej fauny, przede wszystkim w różnych małych żydowskich sklepikach.
W Piotrkowie Trybunalskim Niemcy zorganizowali pierwsze w Polsce getto, oficjalnie 8. października 1939.
Ten album to fontanna wspomnień także o getcie, gdyż w 1942. jesienią, dostęp do tej wydzielonej dzielnicy, już był niemożliwy. Getto przestawało istnieć. Niemcy wywieźli lub wymordowali ponad 20 tysięcy piotrkowskich Żydów. Dostępu do getta pilnowali Niemcy, Ukraińcy, a na zewnątrz, nie pozwalała się zbliżać granatowa policja. Na moje uliczki, ze wszelkiego rodzaju atrakcjami, Starowarszawską, Garncarską, Grodzką i Rynek, zabroniono dostępu pod groźbą kary śmierci. Złowieszczo przypominały o tym czarne trupie czaszki, wymalowane na żółtym tle. Przestałem, już wcześniej chodzić także do innych żydowskich dzielnic, gdyż Niemcy resztki ludności przesiedlili do getta. Próbowałem jeszcze przez jakiś czas, podczas deszczu sprzedawać przed hotelami parasole, ale niestety nie padało tak często jak bym sobie tego życzył. To nie był dobry geszeft.
W każdym razie, od końca roku 1942. nastał dla mnie nowy czas. Nowy czas dla wszystkich chłopaków z ulicy Nowej przyniósł rok1943.
Pierwszy transport był naprawdę wielkim wydarzeniem. Na bocznicy, gdzie dawniej stawały pociągi towarowe, teraz kilka wagonów, my mówiliśmy pulmanów, zamieniono na szpital. Przez duże okna widzieliśmy żołnierzy, - Niemców.
Zabandażowani dokumentnie. Ręce, nogi, głowy, poowijane do tego stopnia, że z trudem, pod tymi manekinami, rozpoznawaliśmy żywych ludzi. Jeszcze niedawno w bydlęcych wagonach przywożono na tę samą bocznicę jeńców rosyjskich. Ustawiano ich w kilka szeregów i pędzono…nikt nie wiedział, gdzie oczekiwała na nich śmierć. Czy od razu, czy na raty?
Teraz pasażerowie eleganckiego pociągu, z wagonów pierwszej klasy, nie byli zdolni o własnych siłach wyjść na zewnątrz.
Dla nas to była atrakcja, bez odniesienia jakiejkolwiek myśli
politycznej. Refleksja rodziła się znacznie później i to pod wpływem uwag wypowiadanych, z nadzieją, że ten szpital to zapowiedź przegrywania wojny przez Niemców.
Ten pociąg musiał przybyć z daleka. Za ostatnim osobowym, doczepiony był wagon towarowy, w którym była kuchnia. Niemki w białych, szpitalnych fartuchach, przygotowywały jedzenie. Podchodziliśmy dosyć blisko, licząc, że coś z tej kuchni dostaniemy. A tutaj akurat odwrotnie. To one prosiły o jajka, kapustę, marchew, ziemniaki, cebulę. Dawały twarde jak kamienie suchary. Miałem doświadczenie handlowe jeszcze z okresy jak chodziłem do getta z warzywami: - za obrazki do albumu. Kucharka Niemka dała mi damskie trzewiki, do tego scyzoryk. Po raz pierwszy w życiu miałem własny, mam go do dzisiaj. Ale to było piekło w domu. Mama ukarała mnie śmierdzącą ścierką, wiedząc, że była to dla mnie poniżająca kara. Zakazała także tam chodzić.
- Akurat. W życiu.
Rano, to musiało być latem, albo wczesną jesienią, bo na bosaka, biegiem przeskakiwałem zabłoconą ulice i tyle mnie było na ulicy Nowej. Do niej dobijała prostopadle ścieżka i gnało się na wały. To były dwa usypane wzgórki. Poniżej dosyć duży płaski obszar zamknięty bocznicą kolejową. Kiedyś próbowano ją osłonić, zbudowano nawet wysoki, z grubych pali płot. Ale robotę w połowie porzucono. Zaczęto go wznosić od ulicy Nowej. Po kilkudziesięciu metrach jednak się kończył. My go nazywaliśmy, „czarny płot”, bo istotnie był prawie czarny. Na nim najczęściej w opromienionej mandorli, mało religijny, a
do tego denny artysta, próbował w sposób syntetyczny przedstawić kobiecą płeć. Dalej po obu stronach były pola uprawne i tuż przed wałami, nisko, oddzielony, o dziwo goły, nie zarosły trawą, piaszczysty kawałek terenu.  
Teraz kumple z ulicy Nowej nie żebrali tylko handlowali. A jeszcze niedawno, gdy na bocznicy stały pociągi z wesołymi Niemcami w wojskowych mundurach: - Majne libe cher, bite ajsztik brot, ojciec tod, muter krang, szwester dojczlant arbait, bite brot.
Mama powiedziała, - gdybyś żebrał u Niemców to ojciec by cię obdarł ze skóry. Co było robić?  Nie znaliśmy języka niemieckiego, uczyliśmy się wymowy fonetycznie, jeden od drugiego. Ale się role odwróciły. Teraz Niemki żebrały. Nawet się do nas przyjaźnie uśmiechały.
- My mówiliśmy, - Haben Się, Tabak, Zigaretten, Schokolade
- Niemki odpowiadały, - Nein, nichts dawon.
Dogadaliśmy się także w sprawie warzyw [Gemuse], marchwi
[Karotte], kapusty [Kohl],  cebuli [Zwiebel], a nawet ziemniaków [Kartoffeln]. Tego nauczyli mnie okupanci. Właściwie to tata, bardziej tolerancyjny do mojego handlu  
 z Niemcami. Rodzice znali niemiecki. Chodzili do szkół pruskich na pograniczu. Służyli w dobrach hrabiów Mielżyńskich. Rodziciele moich kumpli nie znali niemieckiego. Ja byłem ich nauczycielem, pojętni i bystrzy byli.  
Nie cieszyło nas doświadczanie braków w kuchni  szpitala na kołach. Traktowaliśmy naszą działalność merkantylnie. Moja Mama przestała suszyć skórki od chleba: - Na czarną godzinę. Teraz mimo początkowego zakazu przymykało oko na moje nieposłuszeństwo. Lniane woreczki napełniała niemieckimi sucharami. Dzięki Bogu nie nadeszła dla naszej rodziny ta czarna godzina. Nikt nawet nie wyłamał sobie zębów na tych kamiennych sucharach, zgromadzonych  przeze mnie
z poczuciem dumy.
Po kilkunastu dniach pociąg odjechał. Pozostawili śmietnisko i zapach szpitalny. Było jeszcze kilka transportów, ale nieco bogatszych, mieli czekoladę, papierosy, prosili tylko o alkohol. Oczywiście, dostarczyliśmy, ale brali tylko w butelkach, które oglądali dokładnie. Jednak to nie był opłacalny handel. Trudno było o czystą wódkę i tylko w jasnych flaszkach.
Natomiast bardzo chętnie kupowali jajka. Początkowo począsali przy uchu, ale potem brali w każdej ilości.
Te transporty szpitalne trwały prawie cały rok, ale nas już nie tak bardzo interesowały. Paradoksalne, ale im bliżej końca wojny powodziło nam się coraz lepiej. Ojciec nocą, na motocyklu, przywiózł beczkę masła. Mieliśmy dużo przyjaciół. Ulica Nowa do tego stopnia zhardziała, że do granatowego policjanta, ktoś ze starszych rzucił kamieniem. Policjant gwałtownie się odwrócił, ale nikt nie uciekał. Mężczyźni stali nieporuszeni i bezczelnie na niego patrzyli. Więcej na ulicę Nową nie przychodził, a był czas, gdy dla nas uczciwych młodzieńców, był utrapieniem. Dwa razy mnie gonił, ale becząc ze strachu, byłem bardziej zwinny i w nogach lepszy. O zmroku dawaliśmy ekwilibrystyczny popis tak zwanymi wiewaczkami. Na drucie zamocowana była puszka. Podziurawiona gwoździem. Zamieniona prawie w durszlak. Najczęściej po konserwach. Do niej wkładało się palny materiał. Chodziliśmy po łąkach i zbieraliśmy wysuszone krowie placki. Węgiel zbieraliśmy na torach. Tego było dużo, tyle, że drobny. Wysportowani mężczyźni wskakiwali na wagony jadącego pociągu, zrzucali duże kęsy, które częściowo się rozbijały. Na bryły węgla czekały z wózkami matki, żony, siostry. My zbieraliśmy to, co pozostało. Teraz ładowano umiejętnie ten materiał do puszki i podkładano ogień. Gdy się nieco rozpalił, delikatnie podkręcano puszkę, a gdy się rozżarzył zaczęto okręcać wokół głowy, a potem w zależności od kondycji
i fantazji, kreśląc linie poziome, tuż przy ziemi, lub nad głową. Sypały się skry, to były nasze planety. Nie używaliśmy tego słowa. Dzisiaj tak myślę. To było piękne, ale znowu zakaz.
Nie wolno!  Granatowy policjant był trudny do zniesienia. Zapisywał, wlepiał wysokie mandaty, straszył pożarem całej ulicy, a teraz o zmroku, chyba wagarował. Jego absencja była odczuwalna. Widocznie miał poważniejsze zadanie. Teraz nawet żandarmi byli starymi dziadygami. Dla nas mężczyzna po 50. był staruszkiem. Od czasu do czasu, Niemcy pokazywali kły. Mnożyły się egzekucje. Coraz częściej ukazywały się plakaty, niby zakładników, a w istocie zazwyczaj już rozstrzelanych. Mnożyły się też odwety. Zabijano kolaborantów, strzyżono oddające się Niemcom kurwy, które łatwo było rozpoznać. Przyozdabiały ogolone łby, niby turbanami, albo dekoracyjnymi chustami wiązanymi na czole. Bardziej ekskluzywne nosiły na glacach peruki. Wesołe chłopaki zrywały to sztuczne owłosienie. To już nie były pierwsze miesiące lat czterdziestych. Na czarnym płocie pojawił się napis, - Hitler kaput. Obok metaforycznej waginy pyszniła się swastyka.
Tata pracował w elektrowni jako portier i telefonista. Przez dwanaście godzin odbierał po niemiecku telefony i łączył dalej. Potem miał dwadzieścia cztery godziny wolne.
 Także odmykał żelazną furtę, gdy ktoś dzwonił. O otwarciu bramy musiał meldować niemieckiemu żandarmowi
i zapisywać, kto? kiedy? w jakim celu?
Mimo takich obostrzeń na wsi kupili krowę i przeprowadzili nocą przez miasto. Wyłączali kolejno światła na ulicach. Doprowadzali udręczone trasą do elektrowni. Biedne zwierzę kończyło żywot w kuźni, ogłuszone mocarnym młotem wątłego kowala, o nazwisku Szymański.
Moja mama codziennie nosiła ojcu obiad. Zabierała mnie ze sobą. Chyba ze strachu, że mogę coś zmalować. Naprzeciwko elektrowni był kiosk prowadzony przez Polaków. Gdy był zamknięty, a najczęściej tak było, szło się od podwórza do ich mieszkania. Pewnego dnia wysłano mnie po papierosy. Gdy byłem przy drzwiach i jeszcze nie wszedłem do środka, ktoś siłą prawie wrzucił mnie do mieszkania. Było tam już kilka osób z podniesionymi rękami. Dwaj mężczyźni przeprowadzali rewizję. Wyraźnie czegoś szukali. Trwało to dosyć długo. Doszła do tego grona jeszcze kobieta, podobnie jak ja. Potem jeden trzymający w ręce pomalowany na niebiesko granat? uzbrojony dodatkowo w pistolet oznajmił, - Tak zostali ukarani, bo dali pięćset marek na Niemiecki Czerwony Krzyż. Gdy, grożąc, że mogą nas rozwalić, jak za szybko wyjdziemy, właścicielka kiosku ryknęła płaczem,  - Złodzieje, nigdy nie daliśmy nawet marki, to zwykli rabusie, bandyci, jacy to partyzanci, okradli nas. Głośno lamentowała, ale gdy mówiła, że trzeba powiadomić policję, jej mąż warknął, - Nie waż się!  

Dwa razy w sensie dosłownym otarłem się o śmierć. W tej elektrowni była zbudowana drewniana chłodnia wysoka na trzy piętra. Gorąca woda była pompowana na górę i po drewnianej konstrukcji, obrosłej marglem, spływała na dół. Była jeszcze ciepła. W tym dolnym basenie taplałem się nader zadowolony. Ale pływanie pieskiem to było za mało. Postanowiłem sprawdzić gdzie ta woda dalej płynie. Nurkowałem przy ścianach, aż natrafiłem na otwór grubej rury. Gdy się zbliżyłem, aby zajrzeć do środka, ta rura mnie zassała. Dlatego mnie nie wciągnęła gdyż jej średnica nie była dostosowana do mojego wzrostu. Ale potężnie się przeraziłem gdy nie chciała mnie puścić. Opiłem się i zakrwawiłem dłonie. Ale się nie przyznałem nawet do krwawej pręgi na plecach. Mama dała mi dwa razy w pysk i oznajmiła, że ostatni raz mnie zabrała. Ale jak zwykle nie dotrzymała słowa.
Po raz drugi to było tuż przed końcem wojny. Poszedłem po mleko z naszym radosnym pieskiem, Drabcią. Biegła przede mną, ale co chwilę przybiegała, patrzyła na mnie i jak Boga kocham, uśmiechała się. W pewnej chwili usłyszałem warkot kukuruźnika i strzały z karabinu maszynowego. Polną drogą pędził konnica i z tego samolotu do niej strzelano. Jeźdźcy się rozjechali w różne strony.  Ja pobiegłem do kępy krzaków i tam wpadłem do zamarzniętej płytkiej studni. Drabcia skoczyła mi na głowę. Piesek był równie przerażony jak jego pan.. Śmierć poprzedza strach. Ja nie myślałem o utracie życia, tylko o tym by uciec i się schować. Jak zwierzęta z mojego „Zbioru Obrazków Zoologicznych”. Przeżyli jak zdołali uciec. Tak było przez setki tysięcy lat.
Wygramoliłem się z tej studni. Byliśmy przemarznięci i wystraszeni nadal.  Na śniegu nie daleko, leżał ciężko ranny, albo zabity. Jego okrągła czapka obok. Mojego pieska musiałem cały czas nieść. Drabcia  nie mogła nawet ustać na trzęsących się nóżkach. Jak przyszliśmy to mama płakała i nas ściskała. Potem się modliła. Tata miał pretensje do mamy, że poszedłem po mleko, ale w domu teraz bywał rzadko.
Mówiono, że był to Kozacki Korpus współpracujący z Niemcami, nawet dodawano jego przynależność do „SS”.

Zawsze w środę przychodziła w odwiedziny i aby się pożywić
„Babcia Środa”. Tak ją nazywaliśmy. Przynosiła wieści z miasta. Niemcy rozpoczęli propagandową ofensywę na temat Katania. Pamiętam wydanie książkowe, gdzie na okładce były dłonie spętane kolczastym drutem. Babcia Środa miała wątpliwości, czy mordu dokonali Rosjanie czy może jednak Niemcy. Ojciec przeglądał ze zmarszczonym czołem wydawnictwo. Nie jestem w stanie teraz jednoznacznie określić stanu świadomości rodziców. Jednak już w PRL-u byli pewni, że to ci sami, którzy pozwolili utopić w krwi Powstanie Warszawskie i spalić stolicę.
Babcia Środa przynosiła także pocztówki w formie starych dokumentów, ukazujących Żydów jak kłują szewskimi śpilorkami hostię i mordują chrześcijańskie dzieci na mace.
Pewnego dnia, gdy już myślami, szykowaliśmy się do powrotu, do Gniezna, Babcia Środa przyniosła poważnych rozmiarów korbol. Leżała ta dynia i tata się o nią potknął. Wtedy wstąpiła w niego furia. Podniósł ją jak Atlas nad głowę, zacisnął zęby
 i roztrzaskał o podłogę. Zanim pestki opadły z sufitu  Babcię Środę widzieliśmy po raz ostatni. Mama się zatrwożyła, ale potem nie mogła się powstrzymać ze śmiechu. Nie wiedzieliśmy czy płacze czy się śmieje, bo obcierała łzy.
Ja pakowałem swój majątek. Ołówki, kredki, farbki akwarelowe na tekturce w formie malarskiej palety, papier milimetrowy różowy, w rolce pergamin, ale przede wszystkim album ze zwierzętami. Jeszcze musieliśmy poczekać na Armię Czerwoną. I wreszcie przybyli. Najpierw nas zatrwożyli. To była biedota. Potem pojawiła się przejazdem arystokracja w czołgach. Weseli rozśpiewani, dobrze odżywieni. Ja dogłębnie zapamiętałem brodatego Rosjanina. Siedział na wiklinowym półkoszku ciągnionym przez cztery psy. Zapytał, w która stronę poszła większa część wojska. I też tę drogę wybrał.  Oznajmił jeszcze, że dąży z armia na Berlin.
Jedyny raz mieliśmy kontakt z żołnierzami. Pewnego popołudnia weszło ich dwóch. Zaczęli szukać giermanca W szufladach, w szafie... Najpierw wyszła do nich pani Karolina Lechowa, z drugiego pokoju. U niej mieszkaliśmy. Znała  rosyjski. Zaczęła rozmowę grzecznie, coś po cichu powiedziała
do mamy. Mama zaczęła się modlić: -  Zdrowaś Mario…Potem  wyszedł oficer z naganem. Też tam mieszkał. Biedacy odtrącili kobiety i rzucili się do ucieczki. Niestety przy drzwiach czekał na nich ordynans pułkownika. Nie sam tylko z pepeszą. Zdążył oblecieć dom. Zasadzką skończył się  nieszczęśliwy los maruderów. Mieli cholernego pecha.

Nie mogę pojąć, jak to się stało, ze nikt z nas nie stracił życia, ani nawet nie został ranny. Broni różnego kalibru było pod dostatkiem. Z naboi wyłamywaliśmy czubki pocisków, proch sypaliśmy do różnych naczyń, zakładaliśmy lont i w nogi. Co się potem działo: - Jezus Maria!. Z szybkością błyskawic te pojemniki pod różnymi kątami szybowały, często nawet ponad koronami drzew. Nawet z karabinu próbowaliśmy strzelać do zajęcy. Orgia i bezwstyd tuż po wojnie.

Dzisiaj te wspomnienia budzą grozę. Wówczas to było normalne. Opisałem je przez pryzmat własnych doznań
i przeżyć. To moje życie w tym Piotrkowie Trybunalskim było częściowo szczęśliwe. Wystrzegam się auto-plagiatu. To jest mój drugi tekst dotyczący moich spraw podczas okupacji niemieckiej na wysiedleniu. Poza tym jest wpisany do Internetu pamiętnik mojej mamy To jest dla mnie i mojej siostry ważny zapis. Wydałem mamy opis po pozytywnej opinii profesora Andrzeja Kwileckiego, w formie książki, z dokumentacją fotograficzną, w 20. egzemplarzach. Tylko dla rodziny, z moimi przypiskami.
 Nie zamierzam niczego powtarzać. Piszę egoistycznie dla siebie. Odnotowałem to, co dla mnie było i jest nadał ważne. 

Nie wydaje mi się, aby ten tekst zaciekawił moje córki. Także nie rzucą się na wspomnienia dziadka wnuczęta. Ta piątka może mieć dzieci. I może się wśród nich znaleźć któreś ciekawe, - jak było u pradziadka. Poszukiwanie korzeni. To może być egzotyczne. Teraz ich wiedza o drugiej wojnie światowej pochodzi z telewizji, filmów czy pokracznych, ale atrakcyjnych, fascynujących gier komputerowych. Już nie rozróżniają życia fikcyjnego, wirtualnego, od prawdy. Na grube książki brak czasu. W elektronicznej korespondencji, nawet słowa trzeba skracać. Rządzi popkultura żywiąc się stereotypami. Nie mam żalu.
Tylko ten, co przeżył prawdziwy głód może pojąć tęsknotę za dobrym żarciem. Tylko nieumiejący pływać zna strach topielca.                                                                    
Jestem rozkojarzonym starcem, z peselem informującym, że mam ponad 80 lat. Mimo to pamięć składa się z całego szeregu scen. Nawet z drobnymi szczegółami. Nie pamiętam wczorajszego śniadania, jednak imiona moich kolegów z lat czterdziestych, prawie wszystkich.
Kocham te wspomnienia!

Poeta rzymski Marcjalis [Iw.n.e.]: - „Kto potrafi z przyjemnością  przeżywać czasy przeszłe , to tak jakby żył dwukrotnie”.