niedziela, 6 października 2013

W słowie kurwa nie ma grzechu

W Poznaniu skończyła się dobra pogoda. Już pachnie jesienią. Niebo pociemniało i prawie codziennie kropi. Wczoraj [niedziela] Lilka wywiozła nas do Kamińska. Było mi kurwa zimno Staszku ja teraz nie przeklinam. „Kurwa” zadomowiła się na dobre w naszym języku. W jednym z tabloidalnych czasopism znalazłem niesamowity anons związany z niejasną wypowiedzią Lecha Wałęsy na temat wspólnej polityki europejskiej. Uśmiechnięty Hitler trzyma gazetę i mówi:
- Kurwa, ja już przed wojną o tym mówiłem.
Tutaj to słowo zostało pozbawione profesjonalnego przesłania, także przekleństwa. Stało się wykrzyknikiem, potwierdzającym z całą mocą rację polityczną, oraz podkreślające racjonalne myślenie i związaną ze spóźnioną satysfakcją emocję. Słowem, „kurwa”, stała się uniwersalnym wyrazem nastroju, radości, gniewu zadziwienia, zaniepokojenia, podziwu, itd. Jako studenci bez powodu wybuchaliśmy śmiechem, po słowach, - ale idzie, obserwując jakiegoś Bogu winnego przechodnia. Dzisiaj byśmy mówili, - ale kurwa idzie, ale nie jestem pewny czy śmiech byłby taki sam? W naszych studenckich czasach „kurwa” to było ciężkie słowo. Nie pamiętam aby było w użyciu innym aniżeli określenie profesji. Marian Kruczek przytaczał dialog  bezdomnych meneli, którzy tym słowem potrafili określić całą swoją filozoficznie, rzecz biorąc, egzystencję. Wtedy to jeszcze były złe słowa, „kurwami” raczej straszono, - ja cię kurwa zajebię -  na pewno zaś nie wyrażano zachwytu. Inne czasy, inna gramatyka postępu. Natomiast słuchając naukowych bredni naszej koleżanki, mogliśmy bez obrazy powiedzieć, - ale to kurwa ambitna hipoteza. Gdybyśmy natomiast zamienili miejscowniki i powiedzieli, ale ambitna kurwa, to dopuścilibyśmy się obrazy.
Z uznaniem mówię o naszym koledze, - to jest kurwa najwybitniejszy socjotechnik, jakiego w swoim życiu zawodowym poznałem. Albo o pięknej kobiecie, - ale kurwa ma ciało! A teraz przestaw, - ale ma ciało kurwa.  Widzisz Staszku, że naukowców od gramatyki czeka  ciężka robota. Tutaj nawet nie ma co przestawiać. Naukowcy i tak zostaną naukowcami, mimo, że na to miano wcale sobie mogą kurwa, nie zasługiwać. Takie kurwa jest życie. To słowo nobilituje postęp.
Zupełnie czymś innym jest słowo „dupa”, które też wdarło się do języka potocznego. Ale często nadużywane, szczególnie w kabaretach raczej wulgaryzuje, mimo że wywołuje salwy śmiechu. Wymagająca widownia mało kurwa bywa..

Na listy czekali telegramów się bali

Teraz ludzie nie piszą tylko majlują. Pamiętam listy, które przychodziły do mojej mamy. Było ich wiele. Mama lubiła korespondować ze swoimi siostrami, znajomymi z okresu okupacji, z przyjaciółmi z Piotrkowa Trybunalskiego. Dużo i ciekawie pisała.

– Leć liściku w drogę, bo ja iść nie mogę, jak będziesz blisko, to pokłoń się nisko, jak będziesz u proga pochwal Pana Boga. Ta prośba była gotowym wstępem, firmowała papeterię. Potem następowało kanoniczne, kierowane od nadawcy do  adresata: - U nas wszyscy zdrowi, czego wam z całego serca życzymy.

Teraz przesyłano najważniejsze wiadomości: - Muśka się ocieliła, cielak ładny i zdrowy, Pieśku skręcił nogę, bardzo mu spuchła. Halinka jest zaręczona z Walerym,  co go znasz,  plotkują, że jest w ciąży…- dalej szły istotne informacje, dotyczyły krewnych oraz znajomych. Dawniej czekano na listy, ale telegramów się bano. Najczęściej donosiły o nieszczęściu. Leszek, najstarszy brat Bożenki był w wojsku. Rano ostry dzwonek i dziwny dekoracyjny telegram, dostarczony przez żołnierza. Pochmurny i skupiony zasalutował:

- Wiadomość od dowództwa.

Moja teściowa odebrała z tradycyjnie złym przeczuciem. Rzeczywiście. Tekst był złowieszczy:

 – Donoszę, że pani syn w poległej mi jednostce…Dalej biedna  teściowa nie czytała. Zatoczyła się z bólu i runęła półprzytomna na łóżko. Młodszy brat Leszka był niemy z przerażenia, sądził, że będzie musiał zastąpić nieboszczyka, dwie siostry żałobnie beczały. Wreszcie teść powrócił z pracy. Jako maszynista pierwszej klasy był bardziej  przytomny, ale teraz, z żałości także zapłakany, postanowił się dowiedzieć nieco więcej z tragicznego powiadomienia. Przetarł załzawione oczy, wytarł nos i odebrał z zaciśniętej pieści żony funeralny zapis. Dwa razy przecierał oczy i czytał pogrzebowe doniesienie, - Donoszę, ze Pani syn w podległej mi jednostce jako wzorowy żołnierz otrzymał kolejny awans…Teraz, gdy pozbył się cmentarnego potencjału, zaczerpnął powietrza i ryknął, - Ty, - długo szukał dosadnego słowa. - Niestety nie znalazł adekwatnego do stworzonej sytuacji, wobec czego także zaniósł się szlochem, odtajanym z bólu, ale nadal zmieszanym z wściekłością.   

sobota, 24 sierpnia 2013

List do Jadźki z okazji trzydziestolecia Galerii

Droga Jadziu
Gdybym zaczął od Twojego Jubileuszu, gratulowałbym dalszych pozytywnych trzydziestu lat, życząc zapewne zapędziłbym się nawet do setki, oraz zdrowia, zdrowia, przelewając na Ciebie moje pożądanie. O ile dodam, że mam ponad 80 lat, tego typu postulat jest zupełnie na miejscu. A więc krótko: - Wszystkiego najlepszego.
Jeszcze raz, - Droga Jadziu!
Muszę przyznać, ze twój telefon nie tylko mnie zaskoczył, ale także wzruszył. Jestem u córki w Poznaniu ciałem, ale cała duszą nadal w Zielonej Górze. Pogodę zawsze zaczynam oglądać od „mojego miasta”. Nawet często oznajmiam z satysfakcją, - U nas jest cieplej jak u was. O! Tutaj często pada, a w Zielonej jest prawie zawsze słonecznie, oczywiście powietrze czystsze, a niebo bez chmur.   
Jak do tego doszło, że jestem w Poznaniu? Ale ad początku.
Całe moje życie zawodowe spędziłem w Zielonej Górze, przyjeżdżając po studiach na UAeMie w Poznaniu. Urodziłem się w Gnieźnie. Wielkopolska to jednak wyraźny ślad w moim zapisie genetycznym. Ponieważ Dziadkowie i Rodzice pochodzą z babimojskiego pogranicza i urodzili się od zaborem, profesor Wąsicki wywiódł, że jestem Prusakiem.
I jako ten Prusak szczęśliwie w Zielonej Górze doczołgałem się do emerytury. Chyba postąpiłem w myśl zaleceń Konfucjusza: - Znajdź sobie pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia.
Zapewne myśl jest konfucjańska a forma werbalna przepracowana prze uczniów i myślicieli. Sam Filozof nie pozostawił żadnych zapisków. Fakt, że tak myślano w latach 551-479 przed nową erą, jest porażającą mądrością. Dla mnie teraz właśnie, u schyłku życia, nastąpiła ta iluminacja filozoficzna, ta pewność, jako prawda moja wieczysta, że całe moje życie zawodowe, było w Zielonej Górze, zaplanowane przez los szczęśliwy. To Miasto mnie ukształtowało, doceniło i wychowało. Żyłem wśród ludzi, w znakomitej większości pracowitych, generalnie życzliwych, - co dla mnie ważne, - także tolerancyjnych.
Droga Jadwigo, w tym infrastrukturalnym klimacie Twoja działalność stworzyła ponad lokalny azyl dla profesjonalistów, opiniodawców, myślicieli i lokalnych mędrców. Bez zadęcia, z poczuciem wagi i humoru. A najpoważniej:
- Zielonogórska inteligencja, właśnie u Ciebie, w Twojej siedzibie, lokalu, Galerii, znalazła szeroką możliwość działania. Od wystaw, naukowych posiedzeń, merytorycznych spotkań fachowców, specyficznych konkursów, aż po literacki kabaret.
Przyznaję, że także prowadziłem indywidualne spotkania seminaryjne ze starszym ode mnie kolegą, oficerem Wojska Polskiego, podejmującego prace magisterską na Wyższej Szkole Pedagogicznej. On uczył mnie życia, a ja tylko metodologii pracy naukowej. Istotny w tym lokalu był także bar.     
Osobnym, doniosłym działem, to prace związane z ekspozycjami
i upowszechnieniem sztuki, nie tylko lokalnych artystów. To szeroki temat wymagający dotarcia do dokumentacji i bazy źródłowej. Mam takie poczucie niespełnienia, że nie podjęto pracy magisterskiej o kulturotwórczej roli Twojej Galerii a temat był istotny w opisywanym kilkakrotnie środowisku plastyków. W każdym razie, nadal nieopracowana naukowo przestrzeń, czeka na socjologa kultury, historyka sztuki, a ze względu na czas działania, także politologa.
Jadwiga, Jadzia, nie! Tylko Jadźka ze swoim wszechstronnym działaniem istnieje w świadomości społecznej nie tylko Zielonej Góry. Zapracowałaś na to: - U Jadźki!
I z okazji trzydziestolecia niech sens tego Jubileuszu trwa jak najdłużej.
Jadźka!. Zaczynałaś na parterze, teraz jesteś znacznie wyżej. Może tę kamieniczkę odbudują dla Twojej Galerii?

Powracam do postawionego pytania. Jak do tego doszło, że jestem w Poznaniu?  Jezus Maria! Pomóżcie abym się ponownie nie zapędził w dygresje.
Moja Bożenka od wielu lat dziwnie się zachowywała. Moja córka poszła na wykład wybitnej lekarki, neurologa. Po pewnym czasie ze zdumieniem stwierdziła, że pani doktor mówi o naszej mamie. Otępienie starcze, tak my sądziliśmy, a okazało się, że to Alzheimer. Boże, od tego nie ma ratunku. Zostałem kucharzem, nauczyłem się prać, robić uczciwy porządek, myć okna, wycierać kurze, a co najważniejsze dbać o higienę Bożenusi. I gdy jakoś ten czas emeryta został z sensem zagospodarowany, bez pomocy osób trzecich, nagle grom z ciemnej przepaści. Okazało się, że mam trzy miesiące życia. Złośliwy, nieoperacyjny rak żołądka. Leżałem w szpitalu i jakoś absolutnie nie przejmowałem się dramatyczną, w dosłownym sensie, diagnozą lekarską. Może miałem za mało wyobraźni? W panice wśród lekarzy krążyła moja poznańska córka. Wyżebrała chemioterapie. Facetom w tym wieku nie chętnie podają. Uznali jednak, że jestem psychicznie odporny i dali brawurową dawkę. Sześć razy powtarzali i wreszcie młody lekarz zadecydował o kolejnej operacji. Zabiegu nie pamiętam, ale chemię, kurwa będę pamiętał całe życie. Wróciłem, dosłownie jako wrak totalny do Zielonej Góry, ale według zapewnień cudotwórców w białych kitlach, bez raka toczącego moje grzeszne ciało. Jadziu, przysięgam, nie miałem siły odkręcić plastykowej zakrętki na mleczku do kawy. Drętwiały mi nogi, mrówki „zapierdalały” po dłoniach do tego stopnia, że nie byłem pewny utrzymania filiżanki. Jednak mimo potłuczonych naczyń nie zgodziłem się na żadną pomoc I tutaj okazali się przyjaciele. Mój sąsiad z piętra niżej, nie tylko dostarczał mi prasę, ale dosłownie żywił. Marian Krześniak mówił, że żona przygotowała poczęstunek dla Bożenki, bo Ją polubiła już dawno. Przy okazji kilka placków ziemniaczanych więcej…Oj, rosołu się zrobiło za dużo…Jasiu spróbuj, to Małgorzata upiekła, Ona lubi słodkie ciasta i nie wie czy są dobre…Te ogórki sam kisiłem i wygrałem konkurs na najlepszy smak, twardość i kolor…
- Marian, błagam, przestań, zajrzyj do kuchni, jaki zrobiłem obiad! Jak nie przestaniesz to nie będę z Tobą rozmawiać o żużlowcach, zacznę kląć na Falubaz i źle życzyć drużynie koszykarzy, niezależnie od wyników, - Marian, Marianinie bez habitu, błagam… skazujesz mnie na bulimię, rozregulowałeś mój system trawienny… Nieco pomagało. Jednak nie zupełnie!
Oprócz Mariana zakupy robili, Paweł Trzęsimiech i Staszek Kowalski. Oni stali się dla mnie najwyższej rangi przyjaciółmi. Ich troska o mnie i Bożenkę, po dzień dzisiejszy jest dla mnie powodem do wzruszeń. Wysoko ich oceniam gdyż znają mój metabolizm. Wpadała także moja siostra i szwagier z piwem. Realizowałem scenariusz opieki nad Bożenką z coraz lepszym samopoczuciem, gdyż Bożenusia przeszła falę agresji, uspokoiła się i w tych okolicznościach przyrody, prawie pogodzeni z losem, żyliśmy sobie, - tylko dla siebie w poczuciu pogodzonej samotności. Bożenka wymaga uwagi przez całą dobę. Chodziłem niewyspany i lekko się zataczałem. Ale, co tam!                        
Nie mówię o intuicji, ale prosiłem wnuczkę, aby przyjechała, która z własnej inicjatywy często wsiadała do „super ekspresu Poznań Zielona Góra”. Przyjechała w piątek po południu. W sobotę z dobrym nastrojem usiadłem w wygodnym fotelu i nagle świat zawirował. To był udar mózgu. Efektem była afazja. Utraciłem mowę, zdolność poruszania rękami i nogami, nastąpiły uderzające zawroty głowy. Nie mogłem wstać ani się porozumieć z wnuczką. Magdusia myślała, - „kochany dziadeczek się wygłupia”.
Okazała się bardzo dzielną, kompetentną i upartą.
Pogotowie przyjechało wystarczająco szybko. Stan nie zdołał się utrwalić. Jeszcze tego samego dnia wróciłem do domu, na własną prośbę i odpowiedzialność. Teraz dopiero ogarnęło mnie przerażenie. Afazja to jest zapowiedź udaru, może nastąpić w każdej, najmniej spodziewanej chwili. Myśli były natrętne, wypełnione niemożnością zapanowania nad sytuacją i treścią o pogarszającej się w czasie sytuacji, pamięć zmącona i stale jeszcze nie sprawna.  To nie był strach przed nagłą śmiercią, tylko przed wyobrażonymi realnymi, pogłębiającymi się dramatycznymi kłopotami. Gdyby nikogo nie było w domu? Bożenka nie jest w stanie zatelefonować, wezwać pomocy, jedynie, co potrafi, to otwierać drzwi. Telewizja i gazety donoszą o złodziejach wykorzystujących niemoc staruszków. Napięta uwaga męcząco, eksploatowała ten temat

Córka zadecydowała, - Nie ma alternatywy, zabieram was do Poznania. Tatulku, szykuj się do drogi.
Teraz w Zielonej Górze pozostały groby ojca i siostry. Sprowadziła Ich prochy z gnieźnieńskiej metropolii moja siostra Maria Czarkowska, która także tutaj zamieszkała. Pochowaliśmy także na pięknym cmentarzu przy wrocławskiej, nasza mamę pod płytą, - Grób Rodziny Muszyńskich. Czułem się kustoszem tych mogił. Powinnością jest być tam gdzie nasi umarli.

Droga Jadziu,
kończę ten przydługi list, dziękują równocześnie, że się do mnie  odezwałaś. Nie czuję się na wygnaniu. Lilka stworzyła nam znakomite warunki. Oddała do naszej dyspozycji jeden pokój, z urządzeniami do rehabilitacji. Bożenka nawet nie zauważyła zmiany miejsca. Jest nadal pogodna i rozmawia ze sobą w lustrzanym odbiciu.. Ja się czuje po drugiej stronie lustra. Jestem już stary. Pożyłem ostro, w sposób niepodległy, w tej mojej kochanej małej ojczyźnie.
Do Zielonej Góry przyjechałem w roku 1956. a opuszczam „moje miasto” w roku 2013. Gdy wyjeżdżałem na dobre z Gniezna, poszedłem do Parafii, aby wykupić sobie miejsce na cmentarzu. Tam były groby, mojej siostry i ojca. Sam zaprojektowałem prosta płytę nagrobną, z napisem, - Grób Rodziny Muszyńskich. Opłaciłem miejsce dla mnie, co mi się wydawało cezurą kosmiczną, do roku 2015. To już niedługo!    

środa, 31 lipca 2013

Moje opisanie fortunnego zatrudnienia

Znajdź sobie pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia. Tak prawdopodobnie powiedział Konfucjusz.[551-470] Prawdopodobnie, gdyż nie pozostawił źródeł pisanych.
Mam powody aby się z tym poglądem zgodzić. Nie mogę okresu w Zielonej Górze, a więc całego mojego życia zawodowego potraktować inaczej, aniżeli fascynującej przygody, obdarowanej przez los, szczęśliwie dla mnie wybrany.
Mogło być różnie, ale zawsze praca była wielką przygodą i radością. Zarówno w Komórce Konserwatorskiej jak w  Lubuskim Towarzystwie Naukowym, czy ostatnie, dwadzieścia lat w Muzeum Ziemi Lubuskiej. Aby jednak nie było tak landrynkowato muszę odnotować także kilka dramatycznych incydentów. 
Przeżyłem właśnie w Muzeum dni przykre. Oczywiście na pierwszym miejscu kradzieże wśród kierowniczego personelu. Tego nie sposób zapomnieć, podobnie jak kontekstu historycznego umożliwiającego ten proceder. Kradzieże dokonywane pod „nadzorem” oficjalnego opiekuna z bezpieki. 
Innym zmartwieniem, które mnie dotknęło, dzisiaj zaliczane do decyzyjnych absurdów PRL-u to polecenie Vice przewodniczącego WRN, - Edwarda Hładkiewicza, aby zabrać węgiel z Muzeum, bo z powodu mrozu w zimie, jest potrzebny w szpitalu. My kupowaliśmy węgiel w maju, czerwcu i lipcu, według przydziałów. Okazało się, że lepiej po znajomości sięgnąć do zapasów idiotów wierzących w jakiś zanikowy porządek w kraju, gdzie zaradność, znajomości i spryt odgrywały zasadniczą rolę wśród decydentów sprawujących władzę. 


Dosyć o tych przykrych przygodach ze złymi ludźmi -  o tym, co zapamiętałem, po wielu latach, - jako trwały ślad,- jak wyryte i niezniszczalne grafity na mojej pamięci.

W tym zapisie wspominam  „jak rosłem w siłę i żyło mi się dostatniej”? w zawodzie, czyli w urzędniczym życiu historyka sztuki. Zaraz na wstępie muszę zaznaczyć, że nie byłem przygotowany do pełnienia funkcji merytorycznej, dyrektora placówki muzealnej. Administracji się nie bałem, mój pierwszy Pryncypał, Mistrz, Prestidiwigator, Wódz, Szef, - Klemens Felchnerowski, dał mi szkołę przydatną w całym życiu, - jak się poruszać, -  z dobrym skutkiem, -  w skomplikowanej sieci urzędniczych przepisów, zazwyczaj rozmijających się i nieprzystosowanych do ochrony dóbr kultury, mimo doskonałej w tym zakresie  Ustawy o Ochronie Zabytków.
Za to należy się Jemu „Ławeczka”. Za malarstwo, i owszem, za uczciwą, w trudnych czasach, mądrą, odważną, politykę konserwatorską, jak najbardziej, za doktrynę, ideologię, koncept, pomysł z teorią stworzoną przez Niego, jako kopoizm,  Jezus Maria! niekoniecznie!
Z taką świadomością, w połowie lat 70. ubiegłego wieku, przystępowałem do pełnienia funkcji najważniejszego urzędnika. Mimo to pewne przedsięwzięcia dotyczące prezentacji sztuki współczesnej, stały się dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Dzisiaj się zastanawiam jak uczciwie o tym  wspominać. Zapewne to nie był wynik uniwersyteckiej wiedzy. Prędzej nieświadomość w założeniu, jak to się dzisiaj określa, projektu, ale z poczuciem poprawności logicznej, intuicyjnie przeczuwalnej, uzasadnionej, ale niekoniecznie  wytłumaczalnej. Szerszej jednakże aniżeli akademickie przesłania. Zdolnej jednak do zwerbalizowania, wyjaśnienia i udokumentowania w zapisie, czyli z  próbą, nie zawsze udaną, zracjonalizowania intuicyjnego przeczucia. Nieuświadomiona zdolność, oraz znajomość i zmienność rozwoju sztuki, szczególnie od czasu impresjonizmu.
Jak się dzisiaj okazuje, często sprawdzona, w sensie dosłownym,
- boska wręcz intuicja, bez zaangażowania i ocenzurowania myśleniem racjonalnym.

Społeczne zainteresowanie sztuką, na początku mojej pracy, tego doświadczyłem, - było, dokładnie rzecz ujmując, - ubogie. 
Właśnie w takich „okolicznościach przyrody” przeżyłem kilka muzealnych przygód, doznając działania sztuki w ekspozycjach, które zapisały się trudnym do wymazania, tatuażem w części mózgu odpowiadającym za emocjonalną pamięć,

Boże Ty mój, bez konkretnych przykładów to może być odczytane jako rojenia paranoika. 

 Poprosiłem aby wyszukano płaszczyznę śniegu bez śladów ludzkich stóp. W drodze do Świdnicy, na łagodnym stoku opadającym do drogi, na białej przestrzeni zamkniętej czarnym lasem, ustawiliśmy rzeźby Józefa Cyganka. Wyglądały tak, jak gdyby próbowały opuścić uwięzienie.
Trzeba znać twórczość Artysty, aby uwierzyć, że właśnie te „odnajdywane” w lesie dzieła stworzyły przejmujący, mroczny klimat: - Najświętsza Maria Panna, Jezus Chrystus, człowiek zamieniony na siedzisko, ptak ze złamanym skrzydłem, oracz zmagający się z pługiem, pomylone drzewo rosnące z bolejącymi, chorobliwie pokręconymi rękami-korzeniami, próbujące wczepić się w niebo…
Dzieła sztuki, których Artysta „nie stworzył a odnajdował”, próbowały odzyskać wolności, uchodząc z ciemnego lasu. Wyobrażenia istot fatalnie zdeformowanych przez  środowisko, dotknięte ręką artysty odnajdowały godność i człowieczo-boską rangę. Uczestniczyłem w tym misterium z poczuciem łaski. Głębokie,  abstrakcyjne cienie rzeźb, na bieli śniegu, przy zachodzącym słońcu, zamieniały i wypełniły realność wydarzenia w surrealny klimat. Rozpacz, że ponownie nie potrafimy tego spektaklu  powtórzyć.
Józek uściskał mnie. Na moim policzku poczułem Jego łzy.

Leszek Kania, - „Encyklopedia Sztuki Lubuskiej”, znawca prądów i kierunków we współczesnym myśleniu plastycznym, może określi, nazwie tamto nasze działanie. W tej śnieżnej przestrzeni, nie tylko rzeźby czuły się zagubione.    



Geologia. -  Tylko tyle wiedziałem, że to nauka o ziemi. W rozmowie z geotechnikiem dowiedziałem się o odwiertach geologicznych, pionowych, poziomych a nawet kierunkowych. Historia ziemi:
- otwarta księga. Kluczem - geologia inżynierska.
W zaciemnionej sali ustawiono las odwiertów o różnej wysokości
i grubości. W gablotach ekspozycja dotycząca badań na Ziemi Lubuskiej, z perspektywą osiągnięć, oraz pełna dydaktyka muzealna. To był ukłon w stronę geologów, którzy znając nasze zamierzenia wybrali odwierty pionowe, różnej wysokości, o zróżnicowanym kolorze, w sposób odmienny, absorbujące światło. Od ciemnych, szarych, przeźroczystych, z pasami biegnącymi spiralnie z góry ku podstawie, o zróżnicowanej kolorystyce. Geolodzy, współorganizatorzy wystawy, wykazali dużo dobrej woli do naszych zamierzeń, ciekawi także ostatecznego efektu.
Sala jasna, to gabloty.
W mrocznej, ekspozycja pionowo ustawionych odwiertów, oświetlona, w różnym natężeniu, skierowanymi promieniami światła, ukazała cud ziemi. Zatrzymano w kamiennych słupach, w setkach tysięcy lat liczoną historię. Obraz fascynujący. „Zamrożone” niczym żona Lotta, kamienne kolumny, stworzyły świat nienasyconego podziwu wizualnego. Ukamienowany zachwyt wydobyty światłem.  Filozoficzne poznawanie praw tworzących  przez tysiąclecia obraz wszechświata. Iluminacja. Geotechnik wynikami swojej pracy zezwolił podjąć próbę potwierdzenia, że planeta Ziemia, była i jest pełna życia i woli twórczej. Nie jestem na tyle ograniczony, aby nie widzieć kosmicznego porządku.

Z  Andrzejem Gordonem, zielonogórskim plastykiem z Gorzowa, od samego początku było nie tak. Jeszcze nie myślałem o Muzeum a Jego obraz kupiłem do sali konferencyjnej Lubuskiego Towarzystwa Naukowego. Na tle graficznie potraktowanej Katedry gorzowskiej, z lewej strony, siedzą trzy skulone „Panny z Awignon”. Obraz zazwyczaj był kontrowersyjny, ale zawsze wyjaśniany z szacunkiem przez Rektora Hieronima Szczegułę, podczas posiedzeń Prezydium LTN. Gdy zostałem zatrudniony w Muzeum, szybko się zaprzyjaźniliśmy. Gdy postanowiłem wydać katalog autorski o pracach Andrzeja zaproponował abym pisał do Niego, do Gorzowa listy a On na każdy odpowie odpowiednim rysunkiem, „bo nie lubi i nie umie pisać listów”. Tak się stało. Jego katalog został szybko rozgrabiony. Jego dzieła wiele mnie nauczyły. Pozwoliły mi poznać samego siebie i to bez taryfy ulgowej. To był dla mnie wstrząs. Nie wszystko tym słowem mogę powiedzieć. Wiele razy piliśmy za dużo, gadaliśmy bez umiaru i sensu. Stwarzaliśmy dramatyczny i bez perspektyw obraz świata. Spotkania w pracowni Stefana Słockiego, zamienialiśmy na dyskusje wzmacniane alkoholem i przerywane  rzutkami do tarczy z wyobrażeniem złych ludzi.
Z Jego prac w naszym Muzeum powstała znakomita kolekcja. Stworzyliśmy wystawę trudną do ponownego odtworzenia. To był, w sensie dosłownym, wyczuwalny ale i nieuchwytny, klimat sakralny. Nawa główna stworzona z brytów luźno zwisających. Trzy boczne aneksy z każdej strony sugerujące zamknięte kaplice. Niejako na ołtarzu centralnym obraz kobiety ekstatycznie cierpiącej. W bocznych „ołtarzach” sensualne wyobrażenia kobiet. Głęboka erotyka, piękno i brzydota idące w parze, cierpienie i rozkosz wypełnione nagimi torsami i mocarnymi udami. Wyobrażenia kobiet bez twarzy, bez rąk i stóp. Obrazy w gamie ugrów jasnych i brązów. Tkaniny w zwiewnym, głębokim, ciemnym fiolecie. Nawę główną tworzyły pasy, prawie przeźroczyste. Te bryty poruszane wiatrem wentylatorów, odsłaniały i umożliwiały chwilowy wgląd w boczne aneksy. Jedna z piękniejszych i udanych mrocznych wystaw. Absolutnie poruszająca realizacja przewidziana impulsem emocjonalno-intelektualnym. Dlaczego robiła takie wrażenie? Trudno mi zdefiniować racjonalną odpowiedź. Nie wiem.

Do Muzeum przychodzono z różnymi propozycjami.
Wielkie chłopisko, naciskał aby wygospodarować małą salkę, taki stały kącik na wystawę Synów Pułku.
Interesant z propozycją wystawy starych aparatów fotograficznych z opcją, zakupów, staroci, dzisiaj mało atrakcyjnych. Może nawet zaproponować wymianę starej marki na sprzęt bardziej nowoczesny.  To się opłaci Muzeum!
Teraz musi być nazwisko, ze względu na doniosłość propozycji. 
MZL zaszczycił radny wielu komisji Pan Podbielski. Minister Spraw Zagranicznych przychylił się do Jego propozycji i wstępnie przyznał 40 tysięcy złotych na prace organizacyjne. Pieniądze zostaną przelane na konto Muzeum, po wykonaniu prac o których On osobiście  poinformuje Ministra. Mamy natychmiast zebrać dokumentację techniczną Ściany Płaczu w Jerozolimie. Następnie przystąpimy do wzniesienia takowej w skali jeden do jeden w Zielonej Górze. Turyści z Niemiec, Francji, oraz Krajów Beneluksu, a także inni zainteresowani z Basenu Śródziemnomorskiego, będą przyjeżdżać do Zielonej Góry aby odprawiać przy wzniesionej ścianie modły. Do naszego miasta jest znacznie bliżej jak do Jerozolimy i to się opłaci zarówno turystom jak i miastu. Ponieważ doniosłość propozycji była dla mnie nie do ogarnięcia poprosiłem mojego zastępcę, vice dyrektora Stanisława Kowalskiego, aby wysłuchał polecenia, gdyż ja mogłem czegoś nie pojąć, a może nawet nie ogarnąć rozumem. Niestety z miny Kowalskiego wynikało, że propozycja jest także nie na Jego intelekt. I tak z winy tępych muzealników, oraz braku ich kompetencji, zmarnowano cenną inicjatywę i nie mamy Ściany Płaczu. - Nie czas żałować róż gdy płoną lasy!

Gdy obejmowałem stanowisko odpowiedzialnego urzędnika w Muzeum, zainteresowanie sztuką współczesną  było nikłe, a często twórców obrażano a ich dzieła wyśmiewano. „Owoc” Domańskiej -Bortnowskiej, doczekał się agresji fizycznej a także poezji byłego Ormowca, Zdzisia P. humorystycznej jako, że kamienna dupa to była skrzydlata metafora.
Zmienili ten czas pogardy do współczesnych dzieł, kustosze sztuki współczesnej. Widzę trzech wybitnych kuratorów, przyjaciół artystów, wymagających od siebie, podnosząc równocześnie poprzeczkę w prezentacji, nawet trudnych twórców.
Leszek Kania, Twórca Galerii Nowy Wiek w Muzeum.
Wojciech Kozłowski, dyrektor Biura Wystaw Artystycznych.
Joanna Wallis, która tytaniczną pracą zapewniła sobie uznanie ogólnopolskie, jak Jej, wymienieni wyżej, znakomici koledzy. Twórczyni galerii w Instytucie Sztuki naszego Uniwersytetu. Najpierw doktorat z nauk humanistycznych, następnie magisterium z historii sztuki, a także tytuł dyplomowanego bibliotekarza. Instytut Sztuki zgromadził i wzbogacił tworzoną, przez kilka lat bibliotekę.  
Merytoryczne przygotowanie kuratorów, szacunek do Artystów, ekspozycje na wysokim poziomie, zapewniły wysoką rangę także instytucją w których pracują, stając się ich  reprezentacją. Kuratorzy zmieniają stosunek społeczeństwa do sztuki współczesnej, są bowiem na miarę artystów. Efekty, na które pracowano, kilka lat, dokonują się w świadomości społecznej a w sposób odczuwalny wśród młodzieży.
Istnieją w Zielonej Górze już liczne  miejsca prezentacji sztuki współczesnej. Chwała wszystkim zaangażowanym w tę działalność.
Zasługi niepowtarzalne w środowisku plastyków zielonogórskich a szerzej wśród Lubuszan spełniła i nadal jest czynna Galeria Pro Arte. .Jestem z jej działaniem związany od momentu powstania. Adaptacje kamieniczki na pracownie plastyków i salę ekspozycyjną  przygotowywał Tomasz Florkowski, ze względu na jej zabytkowy charakter wytyczne do projektu opracowałem osobiście, z polecenia Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Liczne wystawy, osobiste kontakty, dyskusje, zawieranie środowiskowych znajomości. Zaangażowane i życzliwe kierownictwo Galerii, porządek w ekspozycji, troska o jakość i ranga wystaw, zasługuję na najwyższą ocenę środowiskowej instytucji kulturalnej. Lokalizacja Pro Arte okazała się w układzie staromiejskiego Rynku, nadzwyczaj cenna podkreślająca rangę centrum miasta z urokliwą, a zarazem reprezentacyjną historyczną mieszczańską architekturą.
Na zakończenie nie sposób pominąć doniosłej roli Muzeum Ziemi Lubuskiej podkreślając zdolność i profesjonalizm w prezentacji sztuk od akademizmu, z kontemplacją piękna, paradygmatem sztuki klasycznej, po popkulturę. Dyrektor Andrzej Toczewski z młodych pracowników stworzył zespół realizatorów różnego typu ekspozycji, dział audio i kapitalny dział promocji, wspomagany rzeszą współpracowników-asystentów. To wszystko jest współczesne, elektroniczne.
Staram się kurwa być współczesnym uczestnikiem w odbiorze akcji i wszelkiego rodzaju sztuk.
Muzeum Ziemi Lubuskiej jest wporzo  ziom   Jan   

niedziela, 16 czerwca 2013

List do Szwagra



„Co się nażyłam…”
Fragmenty wiersza Agnieszki Osieckiej

Co się nażyłem, to się nażyłem
co się napiłem, to się napiłem
co wymarzyłem to moje!…
co pogubiłem, to pogubiłem
a co znalazłem to moje!
Co przegapiłem, to przegapiłem
a co zrobiłem, to moje!...
Myśmy żyli jak na wietrze,
Myśmy żyli niezbyt grzecznie,
Myśmy żyli niebezpiecznie,
ale jak!...
co nawarzyłem, to nawarzyłem,
co naprawiłem, to moje!
Co zapłaciłem, to zapłaciłem,
Co przebaczyłem, to przebaczyłem,
A co pamiętam – to moje

Drogi Szwagrze, moja najbliższa rodzino!

Czytając poezję Osieckiej, doszedłem do wniosku, że muszę dokonać pewnego wyboru z jej wiersza, „Co się nażyłem”, gdyż w sposób uniwersalny pasuje do naszych życiorysów. Opuściłem słowa, „Co przetańczyłem, to przetańczyłem”. My przecież nie „tańcory”.

Teraz wracając do „moja najbliższa rodzino”. Facet poszedł do lekarza, a ten zapytał, - Kto z rodziny chorował na tę pana przypadłość. Facet po zastanowieniu głębokim wykrzyknął radośnie.
- Szwagier. Lekarz jednak nie był życzliwy, gdyż oznajmił, „szwagier to nie rodzina”. Jędruś, dla mnie niezależnie od opinii lekarza jesteś najbliższą dla mnie rodziną. Mam w dupie genetykę.
Pozdrawiam całą rodzinę z wyboru serdecznego.

PS. Szanowny Szwagrze, tekst ten zmodyfikowany, napisany do Ciebie, z tego powodu, że bardzo pasują do siebie nasze życiorysy. „A co pamiętam to moje” – pogrubione przeze mnie.

sobota, 15 czerwca 2013

Niebo gwieździste nade mną a kategoryczny imperatyw we mnie [o nie jest kradzież, tylko zapożyczenie frazeologiczne]

Na inkrustowanym stole, a jakże zabytkowym, bardzo współczesna, także wytworna butelka. Tak na oko, na pewno nie mniej aniżeli, litrowa. Przy stole Józek i ja, na razie potencjalni konsumenci, ale za chwilę już nie potencjalni, co spowodowało twórczą atmosferę. Powstała i rozwinęła się radosna wizja.

Najważniejsze, aby zdobyć odpowiedni kamień. Musi być dosyć pokaźny a równocześnie łatwy do toczenia. - To kwestia Józka, a moja, - to da się załatwić, gdy obejmowałem ten stołek, to jeszcze był w Muzeum Dział Przyrodniczy. Z licznych żwirowni zwoziliśmy wyjątkowej urody kamienie. Możesz sobie wybrać w kolorze i wadze.
Ustaliliśmy, korzystając z modnej logistyki, że kamień będzie toczony z ulicy Wrocławskiej, od miejsca gdzie jest zakręt, w najwyższym jej wzniesieniu, w kierunku do Zielonej Góry, po prawej stronie, poboczem. Wybrany głaz zawieziemy muzealnym żukiem na wybrane miejsce. Powiadomimy o przedsięwzięciu redakcję Gazety przez jej kierownika Działu Kulturalnego, Henia Ankiewicza –Antabatę, z którym obaj byliśmy zaprzyjaźnieni.
Butelka jeszcze do połowy była napełniona.

W Gazecie ukazał się artykuł w sensacyjnym tonie o człowieku, który już drugi dzień toczy do miasta ogromny kamień. Tajemnicza sprawa. Nikt nie może udzielić na ten temat informacji a toczący milczy i nie odpowiada na prośby o wyjaśnienie.
To już piąty dzień tej niesamowitej męki donosiła Gazeta.
Teraz będzie znacznie trudniej. Do tego czasu było nieco z górki a teraz szosa się wznosi, dość znacznie, dostrzegalnie.  
Wczoraj był dziennikarz z Rozgłośni zielonogórskiej w towarzystwie znanej Carycy reportażu, ale utrudzony tym kamieniem, tylko spojrzał na kobietę, nawet lekki uśmiech zagościł na jego obliczu, ale niestety bez jakiegokolwiek słowa. Wczoraj wieczorem dwie znane dziennikarki z Gazety, doniosły butelkę, co prawda mało wytwornego wina, które nie zostało przyjęte i znowu - efectus nulus. W godzinie południowej pani prowadząca warsztaty dla młodzieży w Biurze Wystaw Artystycznych, przybyła pod kamień z grupą młodzieży i wygłosiła prelekcje na temat happeningu i performensu. Młodzi pytali czy mogą uczestniczyć w dziele twórczym, ale niestety nie uzyskali przyzwolenia.
Wczoraj rano pojawiła się grupa starszych pań, które przywiódł do kamienia ksiądz proboszcz. Po krótkiej modlitwie i żarliwym skupieniu oznajmił, że nie zna, co prawda człowieka, ale jest pewny, że to jest grzesznik, w ten sposób właśnie odkupujący swój, zapewne ciężki grzech śmiertelny. O Jezu, może kogoś zamordował, jęknęła jedna z nich. Potem odmówiono kilka zdrowasiek a dwie panie odśpiewały na głosy pieśń nabożną. Gazeta donosiła także, że znalazł się zatroskany gospodarz, oferujący za darmo przewiezienie kamienia wozem na gumowych kołach. Znalazł się niestety także sutener, który przyprowadził Córy Koryntu korzystając ze stałego tłumu przy kamieniu.

Z prelekcją naukową wystąpił znakomity historyk Paweł Trzęsimiech, którego wykład o kamiennych krzyżach, pomnikach przeszłości, wzbogacił słuchaczy cytatem „Do mitów należy zaliczyć pokutujący powszechnie pogląd jakoby ongiś winowajca własnoręcznie odkuwał krzyż” i jeszcze wyraził pogląd, że to, co się dzieje na naszych oczach to jest współczesna wypowiedź artystyczna a nie ekspiacja za grzech popełniony przez twórczą wolę artysty. Podobnie jak nie wszystkie kapliczki należy uznawać za próbę wyłgania się od odpowiedzialności za zły czyn popełniony przez fundatora miejsca kultu. Artysta nawiązuje to tej tradycji, która ma wielkie znaczenie do poznania mentalności twórców kamiennych symboli, których znaki zarosły dziś trawą zapomnienia w sensie dosłownym i metaforycznym.

Ze szpitala, od ordynatora neurologa, siostry przyniosły na plastykowych tackach placki ziemniaczane z cukrem i śmietaną. Kilku meneli narzucało się z piwem. Pojawił się także sprzedawca lodów. Duży pies chciał powąchać kamień, zapewne, aby się pod nim, albo na nim, podpisać. 

Z Poznania przybyła telewizja, a  krakowskie „Życie Literackie” delegowało, nie bez powodu, swoich przedstawicieli z działu publicystyki, reportażu i poezji.
Jak zwykle, nieprofesjonalna nasza policja, na sygnale podjechała pod kamień. Zażądała dokumentu określającego tożsamość, – tak donosiła Gazeta – od krakowskiego profesora Józefa Marka. Cenionego w polskiej sztuce malarza, rzeźbiarza, rysownika, medaliera, dysponującego najwyższymi odznaczeniami ze Związku Polskich Artystów Plastyków, laureata wielu nagród, autora licznych ekspozycji krajowych i zagranicznych a także tomików poetyckich poświadczających tożsamość wrażliwej natury, tego z takim trudem i uporem polskiego robotnika toczącego nie kamień, a los człowieczy. Utrudzony, ubrudzony, doszczętnie złachany, ledwie trzymający się na nogach bohater naszych czasów. Tacy ludzie tworzą tradycje i folklor swoich małych ojczyzn.Tak wzniośle napisała Gazeta i jeszcze wystosowała apel, ale już nie zbyt byliśmy w stanie określić, jakiej treści.
Następnego dnia sprzątaczka:  - Mogę sobie zabrać tę butelkę?  
I jeszcze jedno szefie. Czy ten klamot ma tu leżeć między kieliszkami?