wtorek, 29 października 2013
niedziela, 6 października 2013
W słowie kurwa nie ma grzechu
W Poznaniu skończyła się
dobra pogoda. Już pachnie jesienią. Niebo pociemniało i prawie codziennie
kropi. Wczoraj [niedziela] Lilka wywiozła nas do Kamińska. Było mi kurwa zimno
Staszku ja teraz nie przeklinam. „Kurwa” zadomowiła się na dobre w naszym
języku. W jednym z tabloidalnych czasopism znalazłem niesamowity anons związany
z niejasną wypowiedzią Lecha Wałęsy na temat wspólnej polityki europejskiej.
Uśmiechnięty Hitler trzyma gazetę i mówi:
- Kurwa, ja już przed wojną o
tym mówiłem.
Tutaj to słowo zostało
pozbawione profesjonalnego przesłania, także przekleństwa. Stało się
wykrzyknikiem, potwierdzającym z całą mocą rację polityczną, oraz podkreślające
racjonalne myślenie i związaną ze spóźnioną satysfakcją emocję. Słowem,
„kurwa”, stała się uniwersalnym wyrazem nastroju, radości, gniewu zadziwienia,
zaniepokojenia, podziwu, itd. Jako studenci bez powodu wybuchaliśmy śmiechem,
po słowach, - ale idzie, obserwując jakiegoś Bogu winnego przechodnia. Dzisiaj
byśmy mówili, - ale kurwa idzie, ale nie jestem pewny czy śmiech byłby taki
sam? W naszych studenckich czasach „kurwa” to było ciężkie słowo. Nie pamiętam
aby było w użyciu innym aniżeli określenie profesji. Marian Kruczek przytaczał
dialog bezdomnych meneli, którzy tym
słowem potrafili określić całą swoją filozoficznie, rzecz biorąc, egzystencję.
Wtedy to jeszcze były złe słowa, „kurwami” raczej straszono, - ja cię kurwa
zajebię - na pewno zaś nie wyrażano
zachwytu. Inne czasy, inna gramatyka postępu. Natomiast słuchając naukowych
bredni naszej koleżanki, mogliśmy bez obrazy powiedzieć, - ale to kurwa ambitna
hipoteza. Gdybyśmy natomiast zamienili miejscowniki i powiedzieli, ale ambitna
kurwa, to dopuścilibyśmy się obrazy.
Z uznaniem mówię o naszym
koledze, - to jest kurwa najwybitniejszy socjotechnik, jakiego w swoim życiu
zawodowym poznałem. Albo o pięknej kobiecie, - ale kurwa ma ciało! A teraz
przestaw, - ale ma ciało kurwa. Widzisz
Staszku, że naukowców od gramatyki czeka
ciężka robota. Tutaj nawet nie ma co przestawiać. Naukowcy i tak zostaną
naukowcami, mimo, że na to miano wcale sobie mogą kurwa, nie zasługiwać. Takie
kurwa jest życie. To słowo nobilituje postęp.
Zupełnie czymś innym jest
słowo „dupa”, które też wdarło się do języka potocznego. Ale często nadużywane,
szczególnie w kabaretach raczej wulgaryzuje, mimo że wywołuje salwy śmiechu.
Wymagająca widownia mało kurwa bywa..
Na listy czekali telegramów się bali
Teraz ludzie nie piszą tylko
majlują. Pamiętam listy, które przychodziły do mojej mamy. Było ich wiele. Mama
lubiła korespondować ze swoimi siostrami, znajomymi z okresu okupacji, z
przyjaciółmi z Piotrkowa Trybunalskiego. Dużo i ciekawie pisała.
– Leć liściku w drogę, bo ja
iść nie mogę, jak będziesz blisko, to pokłoń się nisko, jak będziesz u proga
pochwal Pana Boga. Ta prośba była gotowym wstępem, firmowała papeterię. Potem
następowało kanoniczne, kierowane od nadawcy do adresata: -
U nas wszyscy zdrowi, czego wam z całego serca życzymy.
Teraz przesyłano najważniejsze wiadomości: - Muśka się ocieliła, cielak ładny i zdrowy, Pieśku skręcił nogę, bardzo mu spuchła. Halinka jest zaręczona z Walerym, co go znasz, plotkują, że jest w ciąży…- dalej szły istotne informacje, dotyczyły krewnych oraz znajomych. Dawniej czekano na listy, ale telegramów się bano. Najczęściej donosiły o nieszczęściu. Leszek, najstarszy brat Bożenki był w wojsku. Rano ostry dzwonek i dziwny dekoracyjny telegram, dostarczony przez żołnierza. Pochmurny i skupiony zasalutował:
- Wiadomość od dowództwa.
Moja teściowa odebrała z tradycyjnie złym przeczuciem. Rzeczywiście. Tekst był złowieszczy:
– Donoszę, że pani syn w poległej mi
jednostce…Dalej biedna teściowa nie
czytała. Zatoczyła się z bólu i runęła półprzytomna na łóżko. Młodszy brat
Leszka był niemy z przerażenia, sądził, że będzie musiał zastąpić nieboszczyka,
dwie siostry żałobnie beczały. Wreszcie teść powrócił z pracy. Jako maszynista
pierwszej klasy był bardziej przytomny,
ale teraz, z żałości także zapłakany, postanowił się dowiedzieć nieco więcej z
tragicznego powiadomienia. Przetarł załzawione oczy, wytarł nos i odebrał z
zaciśniętej pieści żony funeralny zapis. Dwa razy przecierał oczy i czytał
pogrzebowe doniesienie, - Donoszę, ze Pani syn w podległej mi jednostce jako
wzorowy żołnierz otrzymał kolejny awans…Teraz, gdy pozbył się cmentarnego
potencjału, zaczerpnął powietrza i ryknął, - Ty, - długo szukał dosadnego słowa.
- Niestety nie znalazł adekwatnego do stworzonej sytuacji, wobec czego także
zaniósł się szlochem, odtajanym z bólu, ale nadal zmieszanym z wściekłością.
sobota, 24 sierpnia 2013
List do Jadźki z okazji trzydziestolecia Galerii
Droga Jadziu
Gdybym zaczął od Twojego
Jubileuszu, gratulowałbym dalszych pozytywnych trzydziestu lat, życząc zapewne
zapędziłbym się nawet do setki, oraz zdrowia, zdrowia, przelewając na Ciebie
moje pożądanie. O ile dodam, że mam ponad 80 lat, tego typu postulat jest
zupełnie na miejscu. A więc krótko: - Wszystkiego najlepszego.
Jeszcze raz, - Droga Jadziu!
Muszę przyznać, ze twój
telefon nie tylko mnie zaskoczył, ale także wzruszył. Jestem u córki w Poznaniu
ciałem, ale cała duszą nadal w Zielonej Górze. Pogodę zawsze zaczynam oglądać
od „mojego miasta”. Nawet często oznajmiam z satysfakcją, - U nas jest cieplej
jak u was. O! Tutaj często pada, a w Zielonej jest prawie zawsze słonecznie,
oczywiście powietrze czystsze, a niebo bez chmur.
Jak do tego doszło, że jestem
w Poznaniu? Ale ad początku.
Całe moje życie zawodowe
spędziłem w Zielonej Górze, przyjeżdżając po studiach na UAeMie w Poznaniu.
Urodziłem się w Gnieźnie. Wielkopolska to jednak wyraźny ślad w moim zapisie
genetycznym. Ponieważ Dziadkowie i Rodzice pochodzą z babimojskiego pogranicza
i urodzili się od zaborem, profesor Wąsicki wywiódł, że jestem Prusakiem.
I jako ten Prusak szczęśliwie
w Zielonej Górze doczołgałem się do emerytury. Chyba postąpiłem w myśl zaleceń
Konfucjusza: - Znajdź sobie pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz w życiu
ani jednego dnia.
Zapewne myśl jest
konfucjańska a forma werbalna przepracowana prze uczniów i myślicieli. Sam
Filozof nie pozostawił żadnych zapisków. Fakt, że tak myślano w latach 551-479
przed nową erą, jest porażającą mądrością. Dla mnie teraz właśnie, u schyłku
życia, nastąpiła ta iluminacja filozoficzna, ta pewność, jako prawda moja
wieczysta, że całe moje życie zawodowe, było w Zielonej Górze, zaplanowane przez
los szczęśliwy. To Miasto mnie ukształtowało, doceniło i wychowało. Żyłem wśród
ludzi, w znakomitej większości pracowitych, generalnie życzliwych, - co dla
mnie ważne, - także tolerancyjnych.
Droga Jadwigo, w tym infrastrukturalnym
klimacie Twoja działalność stworzyła ponad lokalny azyl dla profesjonalistów,
opiniodawców, myślicieli i lokalnych mędrców. Bez zadęcia, z poczuciem wagi i
humoru. A najpoważniej:
- Zielonogórska inteligencja,
właśnie u Ciebie, w Twojej siedzibie, lokalu, Galerii, znalazła szeroką
możliwość działania. Od wystaw, naukowych posiedzeń, merytorycznych spotkań
fachowców, specyficznych konkursów, aż po literacki kabaret.
Przyznaję, że także
prowadziłem indywidualne spotkania seminaryjne ze starszym ode mnie kolegą, oficerem Wojska Polskiego,
podejmującego prace magisterską na Wyższej Szkole Pedagogicznej. On uczył mnie
życia, a ja tylko metodologii pracy naukowej. Istotny w tym lokalu był także
bar.
Osobnym, doniosłym działem,
to prace związane z ekspozycjami
i upowszechnieniem sztuki, nie
tylko lokalnych artystów. To szeroki temat wymagający dotarcia do dokumentacji
i bazy źródłowej. Mam takie poczucie niespełnienia, że nie podjęto pracy
magisterskiej o kulturotwórczej roli Twojej Galerii a temat był istotny w
opisywanym kilkakrotnie środowisku plastyków. W każdym razie, nadal nieopracowana
naukowo przestrzeń, czeka na socjologa kultury, historyka sztuki, a ze względu
na czas działania, także politologa.
Jadwiga, Jadzia, nie! Tylko
Jadźka ze swoim wszechstronnym działaniem istnieje w świadomości społecznej nie
tylko Zielonej Góry. Zapracowałaś na to: - U Jadźki!
I z okazji trzydziestolecia
niech sens tego Jubileuszu trwa jak najdłużej.
Jadźka!. Zaczynałaś na
parterze, teraz jesteś znacznie wyżej. Może tę kamieniczkę odbudują dla Twojej
Galerii?
Powracam do postawionego
pytania. Jak do tego doszło, że jestem w Poznaniu? Jezus Maria! Pomóżcie abym się ponownie nie
zapędził w dygresje.
Moja Bożenka od wielu lat
dziwnie się zachowywała. Moja córka poszła na wykład wybitnej lekarki,
neurologa. Po pewnym czasie ze zdumieniem stwierdziła, że pani doktor mówi o
naszej mamie. Otępienie starcze, tak my sądziliśmy, a okazało się, że to
Alzheimer. Boże, od tego nie ma ratunku. Zostałem kucharzem, nauczyłem się
prać, robić uczciwy porządek, myć okna, wycierać kurze, a co najważniejsze dbać
o higienę Bożenusi. I gdy jakoś ten czas emeryta został z sensem
zagospodarowany, bez pomocy osób trzecich, nagle grom z ciemnej przepaści.
Okazało się, że mam trzy miesiące życia. Złośliwy, nieoperacyjny rak żołądka.
Leżałem w szpitalu i jakoś absolutnie nie przejmowałem się dramatyczną, w
dosłownym sensie, diagnozą lekarską. Może miałem za mało wyobraźni? W panice
wśród lekarzy krążyła moja poznańska córka. Wyżebrała chemioterapie. Facetom w
tym wieku nie chętnie podają. Uznali jednak, że jestem psychicznie odporny i
dali brawurową dawkę. Sześć razy powtarzali i wreszcie młody lekarz zadecydował
o kolejnej operacji. Zabiegu nie pamiętam, ale chemię, kurwa będę pamiętał całe
życie. Wróciłem, dosłownie jako wrak totalny do Zielonej Góry, ale według
zapewnień cudotwórców w białych kitlach, bez raka toczącego moje grzeszne
ciało. Jadziu, przysięgam, nie miałem siły odkręcić plastykowej zakrętki na
mleczku do kawy. Drętwiały mi nogi, mrówki „zapierdalały” po dłoniach do tego
stopnia, że nie byłem pewny utrzymania filiżanki. Jednak mimo potłuczonych
naczyń nie zgodziłem się na żadną pomoc I tutaj okazali się przyjaciele. Mój sąsiad
z piętra niżej, nie tylko dostarczał mi prasę, ale dosłownie żywił. Marian
Krześniak mówił, że żona przygotowała poczęstunek dla Bożenki, bo Ją polubiła
już dawno. Przy okazji kilka placków ziemniaczanych więcej…Oj, rosołu się
zrobiło za dużo…Jasiu spróbuj, to Małgorzata upiekła, Ona lubi słodkie ciasta i
nie wie czy są dobre…Te ogórki sam kisiłem i wygrałem konkurs na najlepszy
smak, twardość i kolor…
- Marian, błagam, przestań,
zajrzyj do kuchni, jaki zrobiłem obiad! Jak nie przestaniesz to nie będę z Tobą
rozmawiać o żużlowcach, zacznę kląć na Falubaz i źle życzyć drużynie
koszykarzy, niezależnie od wyników, - Marian, Marianinie bez habitu, błagam…
skazujesz mnie na bulimię, rozregulowałeś mój system trawienny… Nieco pomagało. Jednak nie zupełnie!
Oprócz Mariana zakupy robili,
Paweł Trzęsimiech i Staszek Kowalski. Oni stali się dla mnie najwyższej rangi przyjaciółmi. Ich troska o mnie i Bożenkę, po dzień dzisiejszy jest dla mnie powodem do wzruszeń. Wysoko ich oceniam gdyż znają mój
metabolizm. Wpadała także moja siostra i szwagier z piwem. Realizowałem
scenariusz opieki nad Bożenką z coraz lepszym samopoczuciem, gdyż Bożenusia
przeszła falę agresji, uspokoiła się i w tych okolicznościach przyrody, prawie
pogodzeni z losem, żyliśmy sobie, - tylko dla siebie w poczuciu pogodzonej
samotności. Bożenka wymaga uwagi przez całą dobę. Chodziłem niewyspany i lekko
się zataczałem. Ale, co tam!
Nie mówię o intuicji, ale
prosiłem wnuczkę, aby przyjechała, która z własnej inicjatywy często wsiadała
do „super ekspresu Poznań Zielona Góra”. Przyjechała w piątek po południu. W
sobotę z dobrym nastrojem usiadłem w wygodnym fotelu i nagle świat zawirował.
To był udar mózgu. Efektem była afazja. Utraciłem mowę, zdolność poruszania rękami
i nogami, nastąpiły uderzające zawroty głowy. Nie mogłem wstać ani się
porozumieć z wnuczką. Magdusia myślała, - „kochany dziadeczek się wygłupia”.
Okazała się bardzo dzielną,
kompetentną i upartą.
Pogotowie przyjechało
wystarczająco szybko. Stan nie zdołał się utrwalić. Jeszcze tego samego dnia
wróciłem do domu, na własną prośbę i odpowiedzialność. Teraz dopiero ogarnęło
mnie przerażenie. Afazja to jest zapowiedź udaru, może nastąpić w każdej, najmniej
spodziewanej chwili. Myśli były natrętne, wypełnione niemożnością zapanowania nad
sytuacją i treścią o pogarszającej się w czasie sytuacji, pamięć zmącona i
stale jeszcze nie sprawna. To nie był
strach przed nagłą śmiercią, tylko przed wyobrażonymi realnymi, pogłębiającymi
się dramatycznymi kłopotami. Gdyby nikogo nie było w domu? Bożenka nie jest w
stanie zatelefonować, wezwać pomocy, jedynie, co potrafi, to otwierać drzwi.
Telewizja i gazety donoszą o złodziejach wykorzystujących niemoc staruszków.
Napięta uwaga męcząco, eksploatowała ten temat
Córka zadecydowała, - Nie ma
alternatywy, zabieram was do Poznania. Tatulku, szykuj się do drogi.
Teraz w Zielonej Górze
pozostały groby ojca i siostry. Sprowadziła Ich prochy z gnieźnieńskiej
metropolii moja siostra Maria Czarkowska, która także tutaj zamieszkała.
Pochowaliśmy także na pięknym cmentarzu przy wrocławskiej, nasza mamę pod płytą,
- Grób Rodziny Muszyńskich. Czułem się kustoszem tych mogił. Powinnością jest
być tam gdzie nasi umarli.
Droga Jadziu,
kończę ten przydługi list,
dziękują równocześnie, że się do mnie
odezwałaś. Nie czuję się na wygnaniu. Lilka stworzyła nam znakomite
warunki. Oddała do naszej dyspozycji jeden pokój, z urządzeniami do
rehabilitacji. Bożenka nawet nie zauważyła zmiany miejsca. Jest nadal pogodna i
rozmawia ze sobą w lustrzanym odbiciu.. Ja się czuje po drugiej stronie lustra.
Jestem już stary. Pożyłem ostro, w sposób niepodległy, w tej mojej kochanej
małej ojczyźnie.
Do Zielonej Góry przyjechałem
w roku 1956. a
opuszczam „moje miasto” w roku 2013. Gdy wyjeżdżałem na dobre z Gniezna,
poszedłem do Parafii, aby wykupić sobie miejsce na cmentarzu. Tam były groby,
mojej siostry i ojca. Sam zaprojektowałem prosta płytę nagrobną, z napisem, -
Grób Rodziny Muszyńskich. Opłaciłem miejsce dla mnie, co mi się wydawało cezurą
kosmiczną, do roku 2015. To już niedługo!
środa, 31 lipca 2013
Moje opisanie fortunnego zatrudnienia
Znajdź sobie pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz
w życiu ani jednego dnia. Tak prawdopodobnie powiedział Konfucjusz.[551-470] Prawdopodobnie, gdyż nie pozostawił źródeł pisanych.
Mam powody aby się z tym
poglądem zgodzić. Nie mogę okresu w Zielonej Górze, a więc całego mojego życia
zawodowego potraktować inaczej, aniżeli fascynującej przygody, obdarowanej
przez los, szczęśliwie dla mnie wybrany.
Mogło być różnie, ale zawsze
praca była wielką przygodą i radością. Zarówno w Komórce Konserwatorskiej jak
w Lubuskim Towarzystwie Naukowym, czy
ostatnie, dwadzieścia lat w Muzeum Ziemi Lubuskiej. Aby jednak nie było tak
landrynkowato muszę odnotować także kilka dramatycznych incydentów.
Przeżyłem właśnie w Muzeum
dni przykre. Oczywiście na pierwszym miejscu kradzieże wśród kierowniczego
personelu. Tego nie sposób zapomnieć, podobnie jak kontekstu historycznego
umożliwiającego ten proceder. Kradzieże dokonywane pod „nadzorem” oficjalnego
opiekuna z bezpieki.
Innym zmartwieniem, które mnie dotknęło, dzisiaj zaliczane do decyzyjnych absurdów PRL-u to polecenie Vice przewodniczącego WRN, - Edwarda Hładkiewicza, aby zabrać węgiel z Muzeum, bo z powodu mrozu w zimie, jest potrzebny w szpitalu. My kupowaliśmy węgiel w maju, czerwcu i lipcu, według przydziałów. Okazało się, że lepiej po znajomości sięgnąć do zapasów idiotów wierzących w jakiś zanikowy porządek w kraju, gdzie zaradność, znajomości i spryt odgrywały zasadniczą rolę wśród decydentów sprawujących władzę.
Innym zmartwieniem, które mnie dotknęło, dzisiaj zaliczane do decyzyjnych absurdów PRL-u to polecenie Vice przewodniczącego WRN, - Edwarda Hładkiewicza, aby zabrać węgiel z Muzeum, bo z powodu mrozu w zimie, jest potrzebny w szpitalu. My kupowaliśmy węgiel w maju, czerwcu i lipcu, według przydziałów. Okazało się, że lepiej po znajomości sięgnąć do zapasów idiotów wierzących w jakiś zanikowy porządek w kraju, gdzie zaradność, znajomości i spryt odgrywały zasadniczą rolę wśród decydentów sprawujących władzę.
Dosyć o tych przykrych przygodach
ze złymi ludźmi - o tym, co
zapamiętałem, po wielu latach, - jako trwały ślad,- jak wyryte i niezniszczalne
grafity na mojej pamięci.
W tym zapisie wspominam „jak rosłem w siłę i żyło mi się dostatniej”?
w zawodzie, czyli w urzędniczym życiu historyka sztuki. Zaraz na wstępie muszę
zaznaczyć, że nie byłem przygotowany do pełnienia funkcji merytorycznej,
dyrektora placówki muzealnej. Administracji się nie bałem, mój pierwszy
Pryncypał, Mistrz, Prestidiwigator, Wódz, Szef, - Klemens Felchnerowski, dał mi
szkołę przydatną w całym życiu, - jak się poruszać, - z dobrym skutkiem, - w skomplikowanej sieci urzędniczych
przepisów, zazwyczaj rozmijających się i nieprzystosowanych do ochrony dóbr
kultury, mimo doskonałej w tym zakresie
Ustawy o Ochronie Zabytków.
Za to należy się Jemu
„Ławeczka”. Za malarstwo, i owszem, za uczciwą, w trudnych czasach, mądrą,
odważną, politykę konserwatorską, jak najbardziej, za doktrynę, ideologię,
koncept, pomysł z teorią stworzoną przez Niego, jako kopoizm, Jezus Maria! niekoniecznie!
Z taką świadomością, w
połowie lat 70. ubiegłego wieku, przystępowałem do pełnienia funkcji
najważniejszego urzędnika. Mimo to pewne przedsięwzięcia dotyczące prezentacji
sztuki współczesnej, stały się dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Dzisiaj się
zastanawiam jak uczciwie o tym
wspominać. Zapewne to nie był wynik uniwersyteckiej wiedzy. Prędzej
nieświadomość w założeniu, jak to się dzisiaj określa, projektu, ale z
poczuciem poprawności logicznej, intuicyjnie przeczuwalnej, uzasadnionej, ale
niekoniecznie wytłumaczalnej. Szerszej
jednakże aniżeli akademickie przesłania. Zdolnej jednak do zwerbalizowania,
wyjaśnienia i udokumentowania w zapisie, czyli z próbą, nie zawsze udaną, zracjonalizowania
intuicyjnego przeczucia. Nieuświadomiona zdolność, oraz znajomość i zmienność
rozwoju sztuki, szczególnie od czasu impresjonizmu.
Jak się dzisiaj okazuje,
często sprawdzona, w sensie dosłownym,
- boska wręcz intuicja, bez
zaangażowania i ocenzurowania myśleniem racjonalnym.
Społeczne zainteresowanie
sztuką, na początku mojej pracy, tego doświadczyłem, - było, dokładnie rzecz
ujmując, - ubogie.
Właśnie w takich
„okolicznościach przyrody” przeżyłem kilka muzealnych przygód, doznając
działania sztuki w ekspozycjach, które zapisały się trudnym do wymazania, tatuażem
w części mózgu odpowiadającym za emocjonalną pamięć,
Boże Ty mój, bez konkretnych
przykładów to może być odczytane jako rojenia paranoika.
Poprosiłem aby wyszukano płaszczyznę śniegu
bez śladów ludzkich stóp. W drodze do Świdnicy, na łagodnym stoku opadającym do
drogi, na białej przestrzeni zamkniętej czarnym lasem, ustawiliśmy rzeźby
Józefa Cyganka. Wyglądały tak, jak gdyby próbowały opuścić uwięzienie.
Trzeba znać twórczość
Artysty, aby uwierzyć, że właśnie te „odnajdywane” w lesie dzieła stworzyły
przejmujący, mroczny klimat: - Najświętsza Maria Panna, Jezus Chrystus,
człowiek zamieniony na siedzisko, ptak ze złamanym skrzydłem, oracz zmagający
się z pługiem, pomylone drzewo rosnące z bolejącymi, chorobliwie pokręconymi
rękami-korzeniami, próbujące wczepić się w niebo…
Dzieła sztuki, których
Artysta „nie stworzył a odnajdował”, próbowały odzyskać wolności, uchodząc z
ciemnego lasu. Wyobrażenia istot fatalnie zdeformowanych przez środowisko, dotknięte ręką artysty
odnajdowały godność i człowieczo-boską rangę. Uczestniczyłem w tym misterium z
poczuciem łaski. Głębokie, abstrakcyjne
cienie rzeźb, na bieli śniegu, przy zachodzącym słońcu, zamieniały i wypełniły
realność wydarzenia w surrealny klimat. Rozpacz, że ponownie nie potrafimy tego
spektaklu powtórzyć.
Józek uściskał mnie. Na moim
policzku poczułem Jego łzy.
Leszek Kania, - „Encyklopedia
Sztuki Lubuskiej”, znawca prądów i kierunków we współczesnym myśleniu
plastycznym, może określi, nazwie tamto nasze działanie. W tej śnieżnej
przestrzeni, nie tylko rzeźby czuły się zagubione.
Geologia. - Tylko tyle wiedziałem, że to nauka o ziemi. W
rozmowie z geotechnikiem dowiedziałem się o odwiertach geologicznych,
pionowych, poziomych a nawet kierunkowych. Historia ziemi:
- otwarta księga. Kluczem -
geologia inżynierska.
W zaciemnionej sali ustawiono
las odwiertów o różnej wysokości
i grubości. W gablotach
ekspozycja dotycząca badań na Ziemi Lubuskiej, z perspektywą osiągnięć, oraz
pełna dydaktyka muzealna. To był ukłon w stronę geologów, którzy znając nasze
zamierzenia wybrali odwierty pionowe, różnej wysokości, o zróżnicowanym
kolorze, w sposób odmienny, absorbujące światło. Od ciemnych, szarych,
przeźroczystych, z pasami biegnącymi spiralnie z góry ku podstawie, o
zróżnicowanej kolorystyce. Geolodzy, współorganizatorzy wystawy, wykazali dużo
dobrej woli do naszych zamierzeń, ciekawi także ostatecznego efektu.
Sala jasna, to gabloty.
W mrocznej, ekspozycja
pionowo ustawionych odwiertów, oświetlona, w różnym natężeniu, skierowanymi
promieniami światła, ukazała cud ziemi. Zatrzymano w kamiennych słupach, w
setkach tysięcy lat liczoną historię. Obraz fascynujący. „Zamrożone” niczym
żona Lotta, kamienne kolumny, stworzyły świat nienasyconego podziwu wizualnego.
Ukamienowany zachwyt wydobyty światłem.
Filozoficzne poznawanie praw tworzących
przez tysiąclecia obraz wszechświata. Iluminacja. Geotechnik wynikami
swojej pracy zezwolił podjąć próbę potwierdzenia, że planeta Ziemia, była i
jest pełna życia i woli twórczej. Nie jestem na tyle ograniczony, aby nie
widzieć kosmicznego porządku.
Z Andrzejem Gordonem, zielonogórskim plastykiem
z Gorzowa, od samego początku było nie tak. Jeszcze nie myślałem o Muzeum a
Jego obraz kupiłem do sali konferencyjnej Lubuskiego Towarzystwa Naukowego. Na
tle graficznie potraktowanej Katedry gorzowskiej, z lewej strony, siedzą trzy
skulone „Panny z Awignon”. Obraz zazwyczaj był kontrowersyjny, ale zawsze wyjaśniany
z szacunkiem przez Rektora Hieronima Szczegułę, podczas posiedzeń Prezydium
LTN. Gdy zostałem zatrudniony w Muzeum, szybko się zaprzyjaźniliśmy. Gdy
postanowiłem wydać katalog autorski o pracach Andrzeja zaproponował abym pisał
do Niego, do Gorzowa listy a On na każdy odpowie odpowiednim rysunkiem, „bo nie
lubi i nie umie pisać listów”. Tak się stało. Jego katalog został szybko
rozgrabiony. Jego dzieła wiele mnie nauczyły. Pozwoliły mi poznać samego siebie
i to bez taryfy ulgowej. To był dla mnie wstrząs. Nie wszystko tym słowem mogę
powiedzieć. Wiele razy piliśmy za dużo, gadaliśmy bez umiaru i sensu.
Stwarzaliśmy dramatyczny i bez perspektyw obraz świata. Spotkania w pracowni
Stefana Słockiego, zamienialiśmy na dyskusje wzmacniane alkoholem i przerywane rzutkami do tarczy z wyobrażeniem złych
ludzi.
Z Jego prac w naszym Muzeum
powstała znakomita kolekcja. Stworzyliśmy wystawę trudną do ponownego
odtworzenia. To był, w sensie dosłownym, wyczuwalny ale i nieuchwytny, klimat
sakralny. Nawa główna stworzona z brytów luźno zwisających. Trzy boczne aneksy
z każdej strony sugerujące zamknięte kaplice. Niejako na ołtarzu centralnym
obraz kobiety ekstatycznie cierpiącej. W bocznych „ołtarzach” sensualne
wyobrażenia kobiet. Głęboka erotyka, piękno i brzydota idące w parze,
cierpienie i rozkosz wypełnione nagimi torsami i mocarnymi udami. Wyobrażenia
kobiet bez twarzy, bez rąk i stóp. Obrazy w gamie ugrów jasnych i brązów.
Tkaniny w zwiewnym, głębokim, ciemnym fiolecie. Nawę główną tworzyły pasy,
prawie przeźroczyste. Te bryty poruszane wiatrem wentylatorów, odsłaniały i
umożliwiały chwilowy wgląd w boczne aneksy. Jedna z piękniejszych i udanych
mrocznych wystaw. Absolutnie poruszająca realizacja przewidziana impulsem
emocjonalno-intelektualnym. Dlaczego robiła takie wrażenie? Trudno mi
zdefiniować racjonalną odpowiedź. Nie wiem.
Do Muzeum przychodzono z
różnymi propozycjami.
Wielkie chłopisko, naciskał
aby wygospodarować małą salkę, taki stały kącik na wystawę Synów Pułku.
Interesant z propozycją
wystawy starych aparatów fotograficznych z opcją, zakupów, staroci, dzisiaj
mało atrakcyjnych. Może nawet zaproponować wymianę starej marki na sprzęt
bardziej nowoczesny. To się opłaci
Muzeum!
Teraz musi być nazwisko, ze
względu na doniosłość propozycji.
MZL zaszczycił radny wielu
komisji Pan Podbielski. Minister Spraw Zagranicznych przychylił się do Jego
propozycji i wstępnie przyznał 40 tysięcy złotych na prace organizacyjne.
Pieniądze zostaną przelane na konto Muzeum, po wykonaniu prac o których On
osobiście poinformuje Ministra. Mamy
natychmiast zebrać dokumentację techniczną Ściany Płaczu w Jerozolimie.
Następnie przystąpimy do wzniesienia takowej w skali jeden do jeden w Zielonej
Górze. Turyści z Niemiec, Francji, oraz Krajów Beneluksu, a także inni zainteresowani
z Basenu Śródziemnomorskiego, będą przyjeżdżać do Zielonej Góry aby odprawiać
przy wzniesionej ścianie modły. Do naszego miasta jest znacznie bliżej jak do
Jerozolimy i to się opłaci zarówno turystom jak i miastu. Ponieważ doniosłość
propozycji była dla mnie nie do ogarnięcia poprosiłem mojego zastępcę, vice
dyrektora Stanisława Kowalskiego, aby wysłuchał polecenia, gdyż ja mogłem
czegoś nie pojąć, a może nawet nie ogarnąć rozumem. Niestety z miny Kowalskiego
wynikało, że propozycja jest także nie na Jego intelekt. I tak z winy tępych
muzealników, oraz braku ich kompetencji, zmarnowano cenną inicjatywę i nie mamy
Ściany Płaczu. - Nie czas żałować róż gdy płoną lasy!
Gdy obejmowałem stanowisko
odpowiedzialnego urzędnika w Muzeum, zainteresowanie sztuką współczesną było nikłe, a często twórców obrażano a ich
dzieła wyśmiewano. „Owoc” Domańskiej -Bortnowskiej, doczekał się agresji
fizycznej a także poezji byłego Ormowca, Zdzisia P. humorystycznej jako, że
kamienna dupa to była skrzydlata metafora.
Zmienili ten czas pogardy do
współczesnych dzieł, kustosze sztuki współczesnej. Widzę trzech wybitnych
kuratorów, przyjaciół artystów, wymagających od siebie, podnosząc równocześnie
poprzeczkę w prezentacji, nawet trudnych twórców.
Leszek Kania, Twórca Galerii
Nowy Wiek w Muzeum.
Wojciech Kozłowski, dyrektor
Biura Wystaw Artystycznych.
Joanna Wallis, która
tytaniczną pracą zapewniła sobie uznanie ogólnopolskie, jak Jej, wymienieni
wyżej, znakomici koledzy. Twórczyni galerii w Instytucie Sztuki naszego
Uniwersytetu. Najpierw doktorat z nauk humanistycznych, następnie magisterium z
historii sztuki, a także tytuł dyplomowanego bibliotekarza. Instytut Sztuki
zgromadził i wzbogacił tworzoną, przez kilka lat bibliotekę.
Merytoryczne przygotowanie
kuratorów, szacunek do Artystów, ekspozycje na wysokim poziomie, zapewniły
wysoką rangę także instytucją w których pracują, stając się ich reprezentacją. Kuratorzy zmieniają stosunek
społeczeństwa do sztuki współczesnej, są bowiem na miarę artystów. Efekty, na
które pracowano, kilka lat, dokonują się w świadomości społecznej a w sposób
odczuwalny wśród młodzieży.
Istnieją w Zielonej Górze już
liczne miejsca prezentacji sztuki
współczesnej. Chwała wszystkim zaangażowanym w tę działalność.
Zasługi niepowtarzalne w
środowisku plastyków zielonogórskich a szerzej wśród Lubuszan spełniła i nadal
jest czynna Galeria Pro Arte. .Jestem z jej działaniem związany od momentu
powstania. Adaptacje kamieniczki na pracownie plastyków i salę
ekspozycyjną przygotowywał Tomasz
Florkowski, ze względu na jej zabytkowy charakter wytyczne do projektu
opracowałem osobiście, z polecenia Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Liczne
wystawy, osobiste kontakty, dyskusje, zawieranie środowiskowych znajomości.
Zaangażowane i życzliwe kierownictwo Galerii, porządek w ekspozycji, troska o
jakość i ranga wystaw, zasługuję na najwyższą ocenę środowiskowej instytucji
kulturalnej. Lokalizacja Pro Arte okazała się w układzie staromiejskiego Rynku,
nadzwyczaj cenna podkreślająca rangę centrum miasta z urokliwą, a zarazem
reprezentacyjną historyczną mieszczańską architekturą.
Na zakończenie nie sposób
pominąć doniosłej roli Muzeum Ziemi Lubuskiej podkreślając zdolność i
profesjonalizm w prezentacji sztuk od akademizmu, z kontemplacją piękna,
paradygmatem sztuki klasycznej, po popkulturę. Dyrektor Andrzej Toczewski z
młodych pracowników stworzył zespół realizatorów różnego typu ekspozycji, dział
audio i kapitalny dział promocji, wspomagany rzeszą
współpracowników-asystentów. To wszystko jest współczesne, elektroniczne.
Staram się kurwa być
współczesnym uczestnikiem w odbiorze akcji i wszelkiego rodzaju sztuk.
Muzeum Ziemi Lubuskiej jest
wporzo ziom Jan
niedziela, 16 czerwca 2013
List do Szwagra
„Co się nażyłam…”
Fragmenty wiersza
Agnieszki Osieckiej
Co się nażyłem, to się nażyłem
co się napiłem, to się napiłem
co wymarzyłem to moje!…
co pogubiłem, to pogubiłem
a co znalazłem to moje!
Co przegapiłem, to przegapiłem
a co zrobiłem, to moje!...
Myśmy żyli jak na wietrze,
Myśmy żyli niezbyt grzecznie,
Myśmy żyli niebezpiecznie,
ale jak!...
co nawarzyłem, to nawarzyłem,
co naprawiłem, to moje!
Co zapłaciłem, to zapłaciłem,
Co przebaczyłem, to przebaczyłem,
A co pamiętam – to moje
Drogi Szwagrze, moja najbliższa
rodzino!
Czytając poezję Osieckiej,
doszedłem do wniosku, że muszę dokonać pewnego wyboru z jej wiersza, „Co się
nażyłem”, gdyż w sposób uniwersalny pasuje do naszych życiorysów. Opuściłem
słowa, „Co przetańczyłem, to przetańczyłem”. My przecież nie „tańcory”.
Teraz wracając do „moja
najbliższa rodzino”. Facet poszedł do lekarza, a ten zapytał, - Kto z rodziny
chorował na tę pana przypadłość. Facet po zastanowieniu głębokim wykrzyknął
radośnie.
- Szwagier. Lekarz jednak nie
był życzliwy, gdyż oznajmił, „szwagier to nie rodzina”. Jędruś, dla mnie
niezależnie od opinii lekarza jesteś najbliższą dla mnie rodziną. Mam w dupie
genetykę.
Pozdrawiam całą rodzinę z wyboru serdecznego.
Pozdrawiam całą rodzinę z wyboru serdecznego.
PS. Szanowny Szwagrze, tekst
ten zmodyfikowany, napisany do Ciebie, z tego powodu, że bardzo pasują do
siebie nasze życiorysy. „A co pamiętam to moje” – pogrubione przeze mnie.
sobota, 15 czerwca 2013
Niebo gwieździste nade mną a kategoryczny imperatyw we mnie [o nie jest kradzież, tylko zapożyczenie frazeologiczne]
Na inkrustowanym stole, a
jakże zabytkowym, bardzo współczesna, także wytworna butelka. Tak na oko, na
pewno nie mniej aniżeli, litrowa. Przy stole Józek i ja, na razie potencjalni
konsumenci, ale za chwilę już nie potencjalni, co spowodowało twórczą
atmosferę. Powstała i rozwinęła się radosna wizja.
Najważniejsze, aby zdobyć
odpowiedni kamień. Musi być dosyć pokaźny a równocześnie łatwy do toczenia. - To
kwestia Józka, a moja, - to da się załatwić, gdy obejmowałem ten stołek, to
jeszcze był w Muzeum Dział Przyrodniczy. Z licznych żwirowni zwoziliśmy
wyjątkowej urody kamienie. Możesz sobie wybrać w kolorze i wadze.
Ustaliliśmy, korzystając z
modnej logistyki, że kamień będzie toczony z ulicy Wrocławskiej, od miejsca
gdzie jest zakręt, w najwyższym jej wzniesieniu, w kierunku do Zielonej Góry,
po prawej stronie, poboczem. Wybrany głaz zawieziemy muzealnym żukiem na
wybrane miejsce. Powiadomimy o przedsięwzięciu redakcję Gazety przez jej
kierownika Działu Kulturalnego, Henia Ankiewicza –Antabatę, z którym obaj
byliśmy zaprzyjaźnieni.
Butelka jeszcze do połowy
była napełniona.
W Gazecie ukazał się artykuł
w sensacyjnym tonie o człowieku, który już drugi dzień toczy do miasta ogromny
kamień. Tajemnicza sprawa. Nikt nie może udzielić na ten temat informacji a
toczący milczy i nie odpowiada na prośby o wyjaśnienie.
To już piąty dzień tej
niesamowitej męki donosiła Gazeta.
Teraz będzie znacznie
trudniej. Do tego czasu było nieco z górki a teraz szosa się wznosi, dość znacznie,
dostrzegalnie.
Wczoraj był dziennikarz z
Rozgłośni zielonogórskiej w towarzystwie znanej Carycy reportażu, ale utrudzony
tym kamieniem, tylko spojrzał na kobietę, nawet lekki uśmiech zagościł na jego
obliczu, ale niestety bez jakiegokolwiek słowa. Wczoraj wieczorem dwie znane
dziennikarki z Gazety, doniosły butelkę, co prawda mało wytwornego wina, które
nie zostało przyjęte i znowu - efectus nulus. W godzinie południowej pani
prowadząca warsztaty dla młodzieży w Biurze Wystaw Artystycznych, przybyła pod
kamień z grupą młodzieży i wygłosiła prelekcje na temat happeningu i performensu.
Młodzi pytali czy mogą uczestniczyć w dziele twórczym, ale niestety nie
uzyskali przyzwolenia.
Wczoraj rano pojawiła się
grupa starszych pań, które przywiódł do kamienia ksiądz proboszcz. Po krótkiej
modlitwie i żarliwym skupieniu oznajmił, że nie zna, co prawda człowieka, ale
jest pewny, że to jest grzesznik, w ten sposób właśnie odkupujący swój, zapewne
ciężki grzech śmiertelny. O Jezu, może kogoś zamordował, jęknęła jedna z nich.
Potem odmówiono kilka zdrowasiek a dwie panie odśpiewały na głosy pieśń nabożną.
Gazeta donosiła także, że znalazł się zatroskany gospodarz, oferujący za darmo
przewiezienie kamienia wozem na gumowych kołach. Znalazł się niestety także
sutener, który przyprowadził Córy Koryntu korzystając ze stałego tłumu przy
kamieniu.
Z prelekcją naukową wystąpił
znakomity historyk Paweł Trzęsimiech, którego wykład o kamiennych krzyżach,
pomnikach przeszłości, wzbogacił słuchaczy cytatem „Do mitów należy zaliczyć
pokutujący powszechnie pogląd jakoby ongiś winowajca własnoręcznie odkuwał
krzyż” i jeszcze wyraził pogląd, że to, co się dzieje na naszych oczach to jest
współczesna wypowiedź artystyczna a nie ekspiacja za grzech popełniony przez
twórczą wolę artysty. Podobnie jak nie wszystkie kapliczki należy uznawać za
próbę wyłgania się od odpowiedzialności za zły czyn popełniony przez fundatora
miejsca kultu. Artysta nawiązuje to tej tradycji, która ma wielkie znaczenie do
poznania mentalności twórców kamiennych symboli, których znaki zarosły dziś
trawą zapomnienia w sensie dosłownym i metaforycznym.
Ze szpitala, od ordynatora
neurologa, siostry przyniosły na plastykowych tackach placki ziemniaczane z
cukrem i śmietaną. Kilku meneli narzucało się z piwem. Pojawił się także
sprzedawca lodów. Duży pies chciał powąchać kamień, zapewne, aby się pod nim,
albo na nim, podpisać.
Z Poznania przybyła telewizja,
a krakowskie „Życie Literackie”
delegowało, nie bez powodu, swoich przedstawicieli z działu publicystyki,
reportażu i poezji.
Jak zwykle, nieprofesjonalna
nasza policja, na sygnale podjechała pod kamień. Zażądała dokumentu
określającego tożsamość, – tak donosiła Gazeta – od krakowskiego profesora
Józefa Marka. Cenionego w polskiej sztuce malarza, rzeźbiarza, rysownika,
medaliera, dysponującego najwyższymi odznaczeniami ze Związku Polskich Artystów
Plastyków, laureata wielu nagród, autora licznych ekspozycji krajowych i zagranicznych
a także tomików poetyckich poświadczających tożsamość wrażliwej natury, tego z
takim trudem i uporem polskiego robotnika toczącego nie kamień, a los
człowieczy. Utrudzony, ubrudzony, doszczętnie złachany, ledwie trzymający się
na nogach bohater naszych czasów. Tacy ludzie tworzą tradycje i folklor swoich
małych ojczyzn.Tak wzniośle napisała Gazeta i jeszcze wystosowała apel, ale już
nie zbyt byliśmy w stanie określić, jakiej treści.
Następnego dnia sprzątaczka: - Mogę sobie zabrać tę butelkę?
I jeszcze jedno szefie. Czy
ten klamot ma tu leżeć między kieliszkami?
Subskrybuj:
Posty (Atom)